Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Małgorzata Musierowicz

FRYWOLITKI (82)
czyli ostatnio przeczytałam książkę!!!



Niestety, nie mogę zaakceptować takiego klimatu, Kochane Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy: na widok tego, co się dzieje, ogarnia mnie gwałtowny sprzeciw. Co, u licha - co to ma być za lato? Najpierw ziąb jak w listopadzie, wilgoć i wiatr, teraz znów okropnie gorąco. Jak to mają rozumieć te biedne rośliny? Graham Thomas, angielska wielkokwiatowa róża parkowa, wyhodowana w 1983 roku przez samego Austina - ciepło żółta, pełna, taka sama, jak te wdzięcznie przegięte kiście ze starych tapet - nie wytrzymała żaru lejącego się z nieba: wygląda, jakby spłonęła. Jestem niepocieszona, choć ocalały mi jeszcze dwa krzewy tego gatunku. Ale też do czego to podobne, żeby słońce szkodziło róży, o której Niemcy mówią: "Sonnenkind"!

Jednakże... zaglądam do swej ulubionej książeczki o pożółkłych, miękkich kartkach (prezent od pani Wandy Bułhakowej, za który raz jeszcze serdecznie dziękuję) - "Róże w ogrodzie jako najpiękniejsza, najekonomiczniejsza ozdoba - ich przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - napisał Bronisław Gałczyński. Nakładem autora - Piaseczno pod Warszawą, rok 1927, cena 5 zł" i czytam: "Róża jest jak dobrze urodzona i wychowana dama, która nie lubi przesady pod żadnym względem. Lubi słońce, ale nie lubi smażyć się od rana do wieczora. Zwłaszcza różom czerwonym szkodzi w upały pełne południowe słońce. (A! No, właśnie! Żółtym też szkodzi, jak się okazuje.) Popołudniu róża, zwłaszcza czerwona, lubi cień. Ale spróbujmy ją posadzić w zupełnym cieniu, pod drzewami np., albo w głębi przeciętnego warszawskiego podwórka - a zrobimy z niej brzydką i nieszczęśliwą istotę. Nie lubi miejsc wystawionych na wszystkie wiatry. Pod tym względem nie zgadza się ze Słowackim i nie wybrała by nigdy »zamiast domu-gniazda na skałach orła«, nie umiała by spać, »gdy źrenice czerwone od gromu i słychać jęk szatanów w sosen szumie«. Nawet góralka między różami - róża Alpejska - rośnie w górach tylko w miejscach zacisznych. (...) Ale róża nie lubi także miejsc szczelnie przed wszelkim wiatrem zasłoniętych. W takich miejscach jej duszno".

Pan Bronisław Gałczyński pisał o róży per "istota". Musiał to być miły człowiek. Lubię sobie wyobrażać, że był, dajmy na to, stryjem Konstanego Ildefonsa, albo raczej jakimś bocznym dziadkiem; chociaż, zdaje się, to niemożliwe, pewnie były różne rody Gałczyńskich - skromne i zamożne. Ale pan Bronisław był poetyckiego usposobienia, co nie wykluczało zresztą posiadania dobrodusznego i miłego poczucia humoru; żartował, udzielając cennych porad ogrodniczych; swobodnie cytował Anakreonta, Goethego, Głowackiego i księdza Sarbiewskiego; znał się na świecie starożytnym i na Średniowieczu, równie dobrze jak na ogrodnictwie, botanice, zoologii i chemii. Najwyraźniej zbyt lubił poezję, by mieć za złe Mickiewiczowi że "depcze po różach". "Za czasów Mickiewicza i Słowackiego - pisze - nie było jeszcze remontantek. Toteż róża dla Mickiewicza była obrazem rzeczy nietrwałej, szybko przemijającej, niemal płytkiej i powierzchownej. (...) »Lecz jak róża zabłyśnie i wnet oko zmruży, wnet giną w ziemi liście, w sercu pamięć róży«... Pamięć róży zginęła w sercu Mickiewicza. W Soplicowie niema róż. Nawet w sonetach krymskich niema róż. (...) U Mickiewicza wyraz »róża« owiany jest smutkiem: róża jest dla Mickiewicza tylko sposobnością do pomyślenia o marności tego świata. (...) Słowacki natomiast lubił róże i znał się na różach. W poezjach swoich używa on prawie tyle róż, co błyskawic, ale myliłby się, kto by sądził, że dla Słowackiego róża to tylko symbol. Słowacki zna róże nie z literatury, a z ogrodu, obserwuje je uważnie i opisuje po mistrzowsku. Rzadką bardzo u nas odmianę róży - Rosa Lutea Bicolor - którą Kluk nazywa turecką i której płatki kwiatowe są wewnątrz czerwone, a zewnątrz żółte - opisuje Słowacki jak ogrodnik, lepiej niż ogrodnik - jak botanik. Oto ten opis:

Nie płonie ona tak, jak miłość płonie,
Ani niewinność białym znaczy kwiatem -
Lecz tak, jak ogień przy Eblisa tronie,
Błyszczy naprzemian złotem i szkarłatem.

Wszystkie wdzięki i wszystkie zapachy róż, które były wówczas znane, rozsiane są obficie w jego dziełach. (...) Wobec tylu dowodów znajomości róż i sympatji dla róży, jakie w dziełach swoich złożył Juljusz Słowacki - przyszłe polskie Towarzystwo Przyjaciół Róży powinno w lokalu swoim wmurować tablicę marmurową, na której byłby następujący napis:

Juljuszowi Slowackiemu
Pierwszemu Polakowi
Który kochał róże
I znał się na różach".

Projekt tej tablicy, a jakże, zamieszcza pan Gałczyński na stronie trzeciej swego dzieła ("Projektował architekt Adam Knauf"). A na ostatniej stronie książki, tuż przed spisem treści, widnieje ogłoszenie:

"Kogo obchodzi sprawa powstania Towarzystwa Przyjaciół Róży niech przyśle swój adres autorowi niniejszej książki, a otrzyma zawiadomienie o czasie i miejscu zebrania organizacyjnego. Adresować proszę: B. Gałczyński, Piaseczno pod Warszawą".

Miałabym ochotę wybrać się do Piaseczna i popytać, gdzie był ów wielki ogród pana Gałczyńskiego. Może ocalał? Może istnieje jeszcze choć skrawek tego czarownego miejsca, pełnego arkad różanych, uroczych zakątków, widocznych na fotografiach z podpisem: "W ogrodzie autora", wysokich bukszpanowych żywopłotów i ptaków. "Śpiewem swoim, gwarem i świegotem sprawiają, że w ogrodzie jest nie tylko na co popatrzeć, ale i czego posłuchać. (...) Ogród bez ptaków byłby jak balet bez orkiestry. Skrzydlate te muzykanty i śpiewaki posiadają liczne talenty. Wybitni soliści o długich cienkich dziobkach są zwykle czarno ubrani, usposobienie mają nieśmiałe, stronią od tłumu, i śpiewają z ukrycia, najchętniej wieczorami, gdy inne ptaki śpią. Zato ci z chóru lub z orkiestry zwykle są pięknie postrojeni i tańcem swym wśród gałęzi niemało przyczyniają się do uroku tego widowska, jakim jest ogród na wiosnę." Może przynajmniej kwitnie gdzieś stary krzew "prześlicznej Mrs Henry Morse. Barwa jej jest bardzo trudna do opisania. Można powiedzieć, że przypomina barwę twarzy młodej i ładnej, nieco zarumienionej blondyki (nie opalonej). Jest zresztą prawie równie zmienna."

Może też powinnam pochodzić po Warszawie i znaleźć park Skaryszewski, by sprawdzić, czy istnieje jakiś ślad po rozarium, tak dobrze się prezentującym na fotografiach pana Gałczyńskiego. Najpiękniej jednakże wygląda własny jego ogród, w którym łuki dla róż pnących wykonywało się - jak informuje podpis - z długich leszczynowatych prętów, co tworzyło "bramkę pięknięjszą, niż tryumfalne bramy Cezarów". Przed domem autora rozległe różane rabaty otaczają trawnik. Dom jest ładny, piętrowy, z podcieniami. Na jednym ze zdjęć przed tym domem stoi wdzięczna dziewczynka z białą kokardą na czubku krótko ostrzyżonej głowy. Ubrana jest w jasną sukienkę o modnej, przedłużonej talii i krótkich rękawkach. Przed nią ustawiono stolik z wazonem ("W wazonie stare remontantki, w ręku gałązka róży fałdzistolistnej" - głosi podpis). Na innej ilustracji piękna młoda pani o przenikliwym spojrzeniu ciemnych oczu stoi przed drewnianą kratką altany, na głowie ma biały kapelusz o niskich, szerokich skrzydłach, spod których widać zaczesany na policzek czarny, gładki kosmyk włosów. W zagięciu łokcia pani piastuje bogaty bukiet. Podpis oznajmia: "Cóż lepiej ubiera kobietę, niż róża". Obok ilustracji, w tekście dotyczącym powstania remontantek, bardziej trwałych niż dawne odmiany: "piękne kobiety (każda kobieta jest dla kogoś piękna), skoro dowiedziały się, że istnieją róże, które, przypięte do sukni balowej, nie opadają przed kolacją, tylko trwają aż do białego mazura, zażądały natychmiast jak najwięcej takich róż. Róża stała się artykułem codziennego zbytku".

Na trawniku przed domem autora - "basen, w którym woda ogrzewa się i nabiera powietrza przed podlaniem". "Fot. B. Gałcz". - informuje petit w prawym rogu. A więc to nie sam pan Gałczyński stoi w głębi, u końca jasnej alejki, biegnącej przez dywany róż ku ścianie olbrzymich, starych drzew. Ten mężczyzna, ledwie widoczny, bo fotografia jest źle zreprodukowana, pomniejszona, szara i nieostra - jest ubrany w ciemną marynarkę. Przez rękę przwiesił jasny płaszcz, głowę ma przechyloną w sposób właściwy dla człowieka uprzejmego. Jest wysoki i szczupły. Stoi w pozie swobodnej, wytwornej, przy krawędzi alejki, a po przeciwnej jej stronie widnieje sylwetka dziewczynki w jasnej sukience. Jakiego koloru? - nie wiadomo. Utrwalone na kliszy duchy niegdysiejszych róż są tak samo jasne jak ta sukienka i ten płaszcz, choć wyraźnie jaśniejsze niż niebo. Ten pan pewnie już nie żyje. A dziewczynka? Ciekawe, co się z nią działo, gdy wyszła z tego ogrodu. Ciekawe, czy przeżyła wojnę, która miała wybuchnąć za dwanaście lat.

Łapię się na tym, że tak samo żal mi tej dziewczynki, jak tego pana i jak tamtych róż. Wszystko przez Grahama Thomasa.

Nie, no naprawdę: trudno lubić tutejszy klimat.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: piękno roża Słowacki ogród Gałczyński
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W