Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Z podinspektorem Adamem M. Rapickim z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie rozmawia Krzysztof Burnetko

Będzie więcej trumien

Nowe kodyfikacje karne w ocenie praktyków

KRZYSZTOF BURNETKO: - Przez długie lata jako oficer sekcji zabójstw krakowskiej Komendy Wojewódzkiej rozpracowywał Pan najcięższe z możliwych przestępstw. Teraz nadzoruje Pan pracę pionu kryminalnego tutejszej komendy. Ostatnio z ramienia policji zajmował się Pan oceną nowych kodyfikacji karnych. Czy od 1 września 1998 roku policjantom łatwiej jest łapać przestępców?

ADAM M. RAPICKI: - Nie. Przeciwnie: będzie trudniej niż dotąd.

Dlaczego? Zwolennicy kodeksów twierdzą, że są one nowoczesne i usprawnią pracę wymiaru sprawiedliwości.

Owszem, kodeks karny materialny - czyli ten, w którym określa się, które czyny są zakazane i jakie grożą za nie kary - wydaje się racjonalny i spełniający standardy światowe. Jest odpowiednio elastyczny, dużą władzę przekazuje w ręce niezależnych sądów, zawiera nowy, dostosowany do naszych czasów, katalog przestępstw.

To właśnie na kodeksie karnym skupiła się społeczna dyskusja. Naturalnie zawsze będą przepisy wątpliwe - choćby dlatego, że rzeczywistość, w której działa prawo, bardzo szybko się zmienia. U nas kłócono się jednak głównie o to, jak wysokie mają być kary. Społeczeństwo zawsze domaga się surowszej represji, a politycy chcieli to wykorzystać do zyskania popularności. Dlatego niektórzy tak głośno wołali, by utrzymać karę śmierci i generalnie zaostrzyć sankcje. Tymczasem to nie surowość prawa jest decydująca w walce z przestępczością. Przykład choćby z naszego terenu: Sąd Wojewódzki w Krakowie w ostatnich 30 latach orzekł karę śmierci w dwóch przypadkach. Na początku lat 70. skazano sprawców głośnego zabójstwa stróża tartaku w Andrychowie, a w 1985 roku najwyższy wymiar kary zapadł w bulwersującej i precedensowej wówczas w Polsce sprawie zabójstwa na zlecenie. Tyle że po tych wyrokach najcięższa przestępczość w krakowskiem wcale nie spadła. To, czy w poszczególnych latach sądy orzekały, czy nie orzekały kary śmierci, nie miało najmniejszego wpływu na nasilenie lub osłabienie zagrożenia bandytyzmem w regionie.

Odstraszanie nie jest więc najważniejsze. Na potencjalnych kryminalistach wrażenie robi dopiero to, że policja skutecznie łapie ich kolegów i że trafiają oni przed sąd. Najważniejsza jest nieuchronność kary i szybkość jej wymierzenia. Tyle że, aby kogoś ukarać, trzeba go schwytać, a najpierw trzeba wiedzieć, kogo szukać. Skuteczność walki z przestępczością sprowadza się zatem do wykrywalności. Sprawiedliwość kary jest już kwestią sądu.

Na pracę policji kluczowy wpływ ma więc kodeks postępowania karnego, czyli zbiór przepisów regulujących te działania wymiaru sprawiedliwości, których celem jest wykrycie i osądzenie sprawcy.

W uzasadnieniu do obowiązującego od 1 września kodeksu czytamy, że zmienia on model procedury karnej. Skutkiem ma być właśnie "radykalne uproszczenie i przyspieszenie postępowania, a w konsekwencji zasadnicze odciążenie organów ścigania".

Proces karny to cykl czynności od uzyskania informacji o przestępstwie do zatarcia skazania. Zaangażowane są w nie rozmaite organy: policja, prokuratura, sąd, służby więzienne itd. Policję interesuje etap postępowania przygotowawczego - a zatem okres od zdobycia wiadomości, że popełniono przestępstwo, po wniesienie aktu oskarżenia lub umorzenie sprawy (wobec niewykrycia sprawców, przedawnienia itp.).

To tego dotyczą moje zastrzeżenia: podobnie jak w starym kodeksie, tak i teraz postępowanie przygotowawcze jest nadmiernie zbiurokratyzowane i sformalizowane. Tymczasem główną nadzieją, jaką policja wiązała z reformą prawa karnego, było uproszczenie postępowania.

Ale przecież według twórców nowej kodyfikacji największa rewolucja polega na zmianie samej istoty pracy wymiaru sprawiedliwości. Organy ścigania nie muszą już - jak dawniej - "wszechstronnie i wyczerpująco" wyjaśniać wszystkich okoliczności przestępstwa. Teraz wystarczy ustalić, czy zachodzą wystarczające podstawy do wniesienia aktu oskarżenia. I tyle.

Kłopot w tym, że ciągle każdy nasz ruch musi zostać udokumentowany papierem i to często w formie skomplikowanego zapisu protokolarnego.

Taki warunek wynika jednak z poszanowania praw człowieka. Trudno na przykład odwołać się od postanowień procesowych, gdy nie zawierają one uzasadnienia.

Zgoda - wiele z tych wymogów jest słusznych. Ale weźmy choćby klasyczną kolizję drogową. Procedura jest taka: na miejsce przyjeżdża policyjne pogotowie wypadkowe. Jeden funkcjonariusz zabiera się do oględzin śladów - mierzenia drogi hamowania itd. Drugi rozmawia z uczestnikami karambolu i tymi, którzy widzieli zdarzenie. To, co ustalił, wpisuje do raportu. Potem rozpoczyna się właściwe postępowanie. Wtedy policjant musi raz jeszcze wezwać na komisariat wszystkich świadków, ponownie ich przesłuchać i sporządzić z tego protokół. Sprawa trafia do sądu. Tu świadków przepytuje z kolei sąd. Co obserwatorzy stłuczki mogą powiedzieć nowego na każdym z tych etapów? Czy sąd nie mógłby oprzeć się na policyjnym raporcie z miejsca wypadku i na samodzielnym przesłuchaniu świadków? Wtedy policjant - zamiast za biurkiem tracić czas na powtórne słuchanie tych samych relacji i powielanie ich na papierze - byłby na ulicy.

A przecież zdecydowana większość pracy policji dotyczy takich prostych, codziennych spraw - kraks samochodowych, drobnych włamań do piwnic czy pijackich bójek. Stanowią one ok. 80 proc. ściganych przestępstw. Jaki sens mają w takich przypadkach wymogi biurokratyczne? Nie mówiąc o tym, że często koszt sporządzenia dokumentacji przewyższa wartość przedmiotu przestępstwa.

Zagadkowe zabójstwa czy afery gospodarcze, w których materiał dowodowy jest tak zawiły, że rzeczywiście wymaga precyzyjnie rejestrowanych i wielokrotnie powtarzanych czynności dowodowych, nie zdarzają się często. Są jednak najsilniej nagłaśniane przez media, powstaje więc wrażenie, że to one składają się na pracę policji.

Dlatego kodeks znacznie rozszerza postępowanie uproszczone - objęte nim zostały wszelkie przestępstwa zagrożone karą do 3 lat pozbawienia wolności (dotychczas granicą była kara 2 lat - a więc chodziło tylko o błahe sprawy). Co więcej: w tym szczególnym trybie można rozpoznawać sprawy objęte jeszcze surowszą sankcją, których dokuczliwość społeczna jest znaczna, a stan faktyczny nieskomplikowany i łatwy do ustalenia. Tylko niektóre czynności dowodowe muszą być tu utrwalane protokolarnie, a ciężar formalnego ustalenia faktów przeniesiony jest na rozprawę sądową. Szacuje się, że w trybie uproszczonym będzie rozpatrywanych aż 60 proc. ogółu spraw karnych.

Ale również i w takim postępowaniu uproszczonym policjant musi przygotować materiał dla sądu - pod względem ilości dokumentacji czasem taki sam w przypadku włamania do klatki z królikami i skoku na bank połączonego z zabójstwem. Dla nas tutaj nic się nie zmieni. Także głośno lansowana procedura mediacji nas nie dotyczy - przecież policja zajmuje się głównie sprawami, w których trzeba dopiero wykryć sprawcę. Dopiero kiedy go złapiemy, sąd może sięgnąć po mediację.

Prześledźmy tryb postępowania w przypadku kradzieży samochodu. Poszkodowany zgłasza, że gdy rano wyjrzał przez okno, nie zobaczył przed domem swojego auta. Policjant pisze protokół zawiadomienia o przestępstwie. Potem wpisuje auto do komputerowej bazy pojazdów poszukiwanych. W tym momencie powinna rozpocząć się wielka operacja kontroli drogowych, sprawdzania podejrzanych warsztatów, infiltrowania podejrzanych środowisk złodziejskich. Tymczasem trzeba spełnić wymogi procedury. Dzielnicowy idzie więc na miejsce zdarzenia przesłuchać świadków - najczęściej żonę właściciela i dozorcę. Ci mówią, że, owszem, na parkingu wieczorem stał samochód, a rano go już nie było. Takie oczywistości też trzeba zarejestrować na papierze. Wartość dowodowa wielu z tych papierów jest równa zeru. A po miesiącu sprawę się umarza, bo policjant zamiast szukać pojazdu, pisał notatki i protokoły. Przecież z punktu widzenia obywatela najważniejsze jest odzyskanie auta i złapanie sprawcy. Tymczasem dziś w polskiej policji ok. 20 tys. funkcjonariuszy zajmuje się wyłącznie urzędniczeniem. Oznacza to, że 1/5 stanu policji nie rusza się zza biurek. Szacuje się zresztą, że w związku ze wzrostem złożoności przestępstw i właśnie procedury liczba ta rychło sięgnie 30 tys.

A jak wobec tego wyobraża Pan sobie tryb działań policji?

W Polsce policja z mocy prawa zobowiązana jest do pełnego uczestnictwa w procesie karnym - bez względu na to, czy sprawca jest od początku znany, czy też trzeba go dopiero wykryć; czy sprawa jest skomplikowana czy nie; czy wymaga żmudnego badania dowodów czy tylko ich rejestracji. Nie ma znaczenia nawet to, czy są jakiekolwiek szanse na sukces. To dlatego tak często policjanci nie wykazują chęci przyjmowania zawiadomień o przestępstwie - wiedzą, że prawdopodobieństwo złapania sprawców jest znikome, a tak czy tak trzeba tracić czas na wypełnianie formularzy. Czy nie narusza to praw obywatela? Narusza. Ale przyczyną jest sam system pracy, jaki obowiązuje policję.

Sugerowaliśmy więc dwie rzeczy. Po pierwsze, wprowadzenie tzw. postępowania rejestracyjnego. W sprawach nie rokujących nadziei na szybkie wykrycie sprawcy policjant przyjmowałby tylko zawiadomienie o przestępstwie i ewentualnie wykonywał czynności nie cierpiące zwłoki - chodzi zwłaszcza o zabezpieczenie dowodów. Wszystkie takie "beznadziejne" przypadki byłyby zarejestrowane w policyjnych bazach danych i w razie pojawienia się nowych okoliczności można by do nich powrócić.

Ale jak wytłumaczyć taki oportunizm osobom poszkodowanym?

Oczywiście nawet najdrobniejsze przestępstwo - a o takie chodziłoby w tym trybie - jest dla pokrzywdzonego bolesne. Argumentem może tu być tylko pragmatyka działania: jeśli policja będzie tracić czas na opisywanie w papierach spraw beznadziejnych, to nie będzie go miała na zwalczanie przestępstw o wiele poważniejszych. A każdy może stać się ofiarą nie tylko kradzieży radia z samochodu, ale i, na przykład, rozboju. Lecz naturalnie pokrzywdzony miałby prawo żądania podjęcia pomimo wszystko jego sprawy.

W ub. roku policja prowadziła ok. miliona śledztw i dochodzeń. W ogromnej mierze była to jednak sztuka dla sztuki, bo efekt nie wykraczał poza kilogramy papieru.

Drugim naszym postulatem było przyjęcie obowiązującego w większości demokratycznych państw świata modelu ograniczonej roli policji w procesie karnym. Policja nie zajmuje się tam całym postępowaniem przygotowawczym. Poza zarejestrowaniem faktu przestępstwa, skupia się na czynnościach operacyjnych i rozpoznawczych zmierzających do ustalenia i ujęcia sprawcy. W chwili jego wykrycia sprawa przechodzi do pozapolicyjnych organów śledczych - w systemie anglosaskim są nimi prokuratorzy, na kontynencie zaś sędziowie śledczy. Oni też prowadzą całą (zresztą bardzo uproszczoną) dokumentację czysto procesową.

Jak to wygląda w praktyce?

We Francji policjant przyjmujący zgłoszenie kradzieży auta wypełnia tylko samokopiujący formularz. Notuje: kto powiadomił o przestępstwie oraz co, kiedy i gdzie skradziono. Jeden egzemplarz dostaje pokrzywdzony, drugi wprowadzany jest do sieci komputerowej, trzeci wędruje do prokuratury, a czwarty otrzymuje wyspecjalizowany w ściganiu złodziei samochodów detektyw pionu operacyjnego. To on zajmuje się poszukiwaniem auta i sprawcy. Jako że zaborem aut trudnią się zwykle grupy zorganizowane, szanse znalezienia pojazdu są w tym trybie o wiele większe. Akt jako takich nie ma - całą dokumentację detektyw prowadzi w swym notatniku. Dopiero, gdy uda mu się ustalić sprawcę, protokół zawiadomienia staje się pierwszym elementem dokumentacji procesowej.

W Wielkiej Brytanii wobec drobnych przestępstw stosuje się metodę nazywaną phone investigation. Gdy do komisariatu dociera wiadomość o drobnym przestępstwie, oficer dyżurny prosi zgłaszającego o pozostawienie nazwiska i numeru telefonu. Następnie przekazuje te dane do wyspecjalizowanej grupy policjantów, którzy dzwonią do poszkodowanego i przez telefon ustalają wszystkie szczegóły zdarzenia. Uzyskane informacje wprowadzają do komputera. W razie wykrycia sprawcy drogą pracy operacyjnej, akta powstają przez wydrukowanie danych zgromadzonych na dysku.

Lecz przecież w Polsce policjanci w większości dysponują ledwie starą maszyną do pisania. To, że nie mają komputerów, nie jest winą nowego kodeksu, lecz tego, że parlament przeznacza na policję mało pieniędzy z budżetu.

Więcej: nowy kodeks przewiduje, że tak w postępowaniu zwykłym, jak i szczególnym będzie można w wielu przypadkach odstąpić od sporządzania sformalizowanych protokołów i ograniczyć się do notatki.

Tak. Tyle że równocześnie zawiera wiele haków, które już przed sądem mogą być wykorzystane przez obronę przeciwko oskarżeniu. Przykładowo: podczas rewizji znajdujemy rozmaite przedmioty, mogące stanowić dowód w sprawie. Dotąd policja miała obowiązek ich zabezpieczenia. W trakcie postępowania okazywało się, co można wykorzystać jako materiał dowodowy, a co nie. Rzeczy warte uwagi poddawaliśmy oględzinom, z których pisaliśmy protokół itd. Teraz oględzinom poddany ma być każdy z zajętych przedmiotów - nawet gdyby był kompletnie bezwartościowy dla biegu postępowania. Ze wszystkich oględzin będziemy musieli sporządzić protokół, bo w przeciwnym razie adwokat może nas zaatakować. Albo więc policjanci, by zaoszczędzić sobie pracy, z góry będą rezygnować z zabezpieczania ewentualnych dowodów, albo ugrzęzną w papierach. Inny przykład: pojawił się wymóg zawiadamiania pokrzywdzonego o każdej podejmowanej w postępowaniu czynności i udostępniania mu taśmy z utrwalanych na wideo działań. Zgoda: chodzi o jego prawa. Ale często są to drobiazgi i czysto techniczne operacje zupełnie go nie interesujące. Nie wspominając o kosztach i pracy policji. Kolejna sprawa: przy każdej sekcji zwłok musi być teraz obecny prokurator. Niezależnie od tego, czy chodzi o ofiarę morderstwa, czy zawałowca znalezionego na ulicy. Autopsja trwa średnio 3 godziny. Po co prokuratorowi zabierać tyle czasu?

Gdy analizuje się poszczególne rozwiązania kodeksu postępowania karnego, to łatwo można dojść do wniosku, że ich autorami musieli być albo teoretycy, albo adwokaci. I rzeczywiście - w Komisji Kodyfikacyjnej przeważali przedstawiciele nauki i palestry. A wiadomo, że obrońca woli postępowanie skomplikowane - wtedy łatwiej może użyć różnych chwytów i furtek do osłabienia argumentów oskarżyciela. Efektem jest procedura bliska formalistycznym wzorom kodeksu pruskiego z XIX wieku, wzmocnionym jeszcze biurokratycznymi elementami z kodyfikacji radzieckiej.

Wprowadzenie postępowania rejestracyjnego oraz ograniczenie zadań policji w postępowaniu przygotowawczym pozwoliłoby zmniejszyć liczbę prowadzonych spraw co najmniej o połowę. W efekcie policjantów zza biurek można by przesunąć do struktur operacyjnych lub wysłać do patrolowania ulic.

Jest oczywiste, że zapobieganie przestępczości jest tańsze od jej ścigania. Choćby dlatego, że łatwiej wyszkolić podoficera strzegącego spokoju na ulicy niż detektywa. Równocześnie nic tak nie odstraszy większości kandydatów na przestępców, jak widok policyjnego patrolu. W Polsce ciągle jesteśmy nastawieni na łapanie przestępców, a nie na przeszkadzanie im w robocie.

Na dodatek parlament zmarnował dodatkowy okres 8 miesięcy karencji - kodeksy przecież miały wejść w życie 1 stycznia, ale właśnie w celu ewentualnego wprowadzenia poprawek przedłużono ten termin do 1 września. Nie zrobiono jednak nic.

Jak zatem będziecie sobie radzić?

Zapis ustawowy jest prawem. A policja musi prawo szanować. Rezerw kadrowych nie ma. Zamiast więc patrolować ulice, funkcjonariusze będą siedzieć za biurkami. Przestępczość wzrośnie, wykrywalność spadnie. Będzie więcej trumien.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: zabójstwo policjia bandytyzm kodeks wymiar sprawiedliwości dowód protokół przestępstwo
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W