Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Ks. Tomasz Słomiński

Bałwochwalstwo lat dziewięćdziesiątych

"Któż z nas w chwilach niepewności i cierpienia nie doświadczył tęsknoty za starymi, dobrymi czasami, pokusy szukania pociechy w ucieczce w iluzoryczną przeszłość?" - pisze brat John z Taizé w książce wprowadzającej do biblijnych rozważań, jakie w ekumenicznej wspólnocie odbywają się podczas spotkań młodych ludzi z całego świata. Wspomnienie garnków pełnych mięsa, ryb, ogórków, melonów, cebuli i czosnku z czasów niewoli w Egipcie sprowadza na obóz hebrajskich wędrowców pustynną burzę niepewności i roztacza aurę buntu. Rozgoryczenie w końcu jest tak silne, że lud wybiera sobie boga, który będzie dotykalny. Izrael kreuje - przy znajomości biblijnego obciążenia tego słowa, zarezerwowanego ostatecznie dla stwórczego działania Jahwe, ciarki przechodzą po plecach - idola na obraz i podobieństwo człowieka. "W historii tej widzimy zatem wyraźnie, że korzeniem bałwochwalstwa jest chęć ucieczki od niewygód nowości i usiłowanie zastąpienia ufności pokładanej w Bogu zabezpieczeniem, które byłoby w zasięgu ręki i dałoby się kontrolować".

Przy lekturze tych zdań z książki "Twórca rzeczy nieoczekiwanych. Nowość i Duch w Biblii", wydanej przez dominikańskie wydawnictwo "W drodze", uzyskałem jednoznaczne nazwanie tego, co z wieloma moimi braćmi w wierze w ostatnich latach w Polsce się dzieje. Czekałem na tak lapidarne nazwanie problemu tych polskich katolików, którzy po 1989 roku nie potrafią ufnie wierzyć, bo na ich drogach zaufania pojawiły się głazy rozgoryczenia, nostalgii, żalu. Bałwochwalstwo - chęć ucieczki od niewygód nowości.

Niewygody nowości

Do czego, jako ludzie wiary, żyjący na określonej szerokości geograficznej, możemy tęsknić? Przysłuchując się powtarzanym twierdzeniom, że "tak mało ludzi dziś przychodzi na Mszę św.", można wnioskować, że czujemy tęsknotę do pełnych kościołów. Rzeczywiście, można się rozrzewnić na wspomnienie wzniosłych uczuć związanych z przeżywaniem religijnych uroczystości w atmosferze "nabitego" kościoła. Ale - żeby nie być posądzonym o próbę odmówienia komuś ducha wiary, miast postawienia kropki, zdanie zakończę znakiem zapytania - czy uczucia te nie były bardziej patriotycznymi niż duchowymi? Przecież już w latach siedemdziesiątych wiadomo było, że z religijnością przeżywaną autentycznie poprzez świadectwo chrześcijańskiego życia i liturgię nie jest dobrze. Trzeba powiedzieć, że wówczas nie było tak dobrze, jak się często mniema, a dzisiaj nie jest tak źle, jak się wydaje. Narzekanie więc na obecny stan katolicyzmu, przy gloryfikowaniu czasów, gdy my, katolicy, byliśmy duchem silni zanim przyszedł Balcerowicz, jest tym tylko, co brat John nazywa ucieczką w iluzoryczną przeszłość. I tak jak Żydzi, karmieni manną po wyjściu z cywilnej i duchowej niewoli, nie pamiętali czym okupione były garnki pełne mięsa, tak wielu polskich katolików nie pamięta już o prześladowaniach ze względu na wiarę, o pokątnie udzielanych sakramentach dyrektorom, nauczycielom i członkom ich rodzin, o poniżanych i zabitych, o zdławionym słowie.

Nowość sytuacji, która została nam dana i zadana, jest trudna. Spadło na nas reformowanie gospodarki, prawa, administracji przy jednoczesnym uczeniu się siebie od nowa i budowaniu relacji między sobą. Nie było i nie jest to zadanie, które można wykonać od ręki, bez bólu, w pojedynkę. Entuzjazm, jaki towarzyszył nam w początkach naszej narodowej "paschy" był tak silny, że jego osłabienie - przecież naturalne - było natychmiast odczuwalne i rejestrowane przez bezwzględne barometry nastrojów społecznych.

Energia, jaka uchodziła wraz ze słabnięciem radości, nie była odpowiednio kanalizowana i przetwarzana. Zagarnięta została przez wywoływane, bez pamięci o zobowiązującej przyjaźni i wspólnocie interesów, wojny na górze i ośmieszanie autorytetów oraz przez partyjne spory. Tworzyła się wówczas sytuacja rodząca tęsknotę za wewnętrznym spokojem, ale zarazem niebezpiecznie przywołująca nostalgię za rzeczywistością czarno-białą, bezkonfliktową, która dla pewnych środowisk stała się optymalną, wzorcową, potrzebną do ujawnienia kto jest kto. Zrodziło się z tego bałwochwalstwo, które za swojego boga uznało ucieczkę od niewygód nowości. Niestety, ludzie wiary - świeccy i duchowni - nie tylko nie zdołali ostudzić sporów partyjnych i politycznych, ale niejednokrotnie je pobudzali i pogłębiali.

Tę idolatrię można opisać jako zjawisko szerokie, społeczne, ale jednocześnie - przy użyciu języka ściśle religijnego - uznać ją za poważny grzech odstępstwa od przymierza z Bogiem. Wskazać można na zapomnienie dzieł Bożych, które nigdy nie są pozbawione sensu, a jeśli wymagają od nas wysiłku, to bardziej jeszcze sens ujawniają; zapomnienie, że Bóg nie myśli jak człowiek i nie jak człowiek postępuje, że Jego logika jest logiką miłosierdzia a nie odpłaty; niedostrzeżenie znaków czasu; brak namysłu nad wolą Pana. Kto z nas brał w tym udział, w sumieniu zobowiązany jest do rozliczenia się ze swej postawy, gdyż wziął na siebie odpowiedzialność za nieodpowiedzialne kreowanie i akcentowanie zagrożeń, fatalizmów, wrogów, antychrystów. Postawę tę można nazwać pewnego rodzaju rozpaczą, w której zamiast nadziei pochowanej po rozkojarzonych, niepewnych lub błądzących sercach, szukało się - jako antidotum na niespodziewaną nowość sytuacji - wybawienia w oskarżaniu. Rozpacz ta paraliżowała tych, którzy w nią wpadli i popychała do obwiniania pozostałych. Wykreowany zatem został idol, którym stała się walka, podpierana przez tworzoną na gorąco ideologię, że Bóg i Jego święta sprawa domaga się od nas tropienia wroga, napiętnowania i wyrzucania go poza nawias społecznego życia. (Tutaj pierwszorzędną rolę odgrywała katolicko-narodowa publicystyka niektórych ambon i gazet.) Polskie bałwochwalstwo lat dziewięćdziesiątych, pojmowane jako ucieczka przed niewygodami nowości, przybierało więc formy mniej lub bardziej charakterystyczne dla zachowań fundamentalistów uzurpujących sobie prawo posiadania patentu na prawdę, także na prawdę o ludzkim sumieniu.

Szaleństwo posiadania Świątyni

Bałwochwalstwo Żydów, w znaczeniu jakie nadał mu brat John, wyrażało się w silnym przywiązaniu do Świątyni i tym, co w niej się działo. Powołuje się on na historię proroka Jeremiasza, który świadom groźby najazdu wroga na Jerozolimę, musiał stawiać czoła swojemu narodowi. Izrael bowiem czuł się bezpiecznym posiadaczem Świątyni, której nikt - w jego mniemaniu - nie mógł zagrozić. "W obliczu takiej beztroski ludu prorok nie waha się zaatakować nawet tej instytucji, należącej w Izraelu do najświętszych (Jr 7,1-15). Nie ma on nic przeciwko Świątyni jako takiej. Walczy tylko z szaleństwem, jakim jest przekonanie, że Świątynia sama w sobie - a nie usiłowanie wypełniania woli Bożej - zapewni ludowi bezpieczeństwo. Jeremiasz pojmuje, że Boga nigdy nie będziemy »posiadali«. Łączącą nas z Nim więź pozwoli nam zachować tylko jedno: zaufanie, wyrywające nas z naszych nazbyt ludzkich przeświadczeń".

Mamy tu bardzo jasno wyłożone praktyczne przejawy grzechu bałwochwalstwa. Odnosząc je do polskiej rzeczywistości, możemy powiedzieć, że nic nie jest tak ważne dla tych samych ludzi, o których mówiliśmy wcześniej, jak sprawa uczestnictwa w życiu świątyni. Miarą wielkości człowieka - w ich mniemaniu - jest jego bycie lub niebycie "w kościele" wtedy, gdy inni tam są. Nie mam woli pomniejszania roli liturgii, Eucharystii i życia sakramentalnego, które w rozwoju autentycznej wiary mają znaczenie podstawowe. Trzeba jednak powiedzieć, że wiary rozumianej jako zaufanie do Boga, jako powierzenie mu się w pełnym miłości oddaniu, nie zmierzymy zaledwie byciem "w kościele". Nie posiada więc wiary i Boga bardziej ten, który bywa "w kościele", bo Boga w ogóle posiadać nie możemy. Jest to prawda bolesna dla tych, którzy swoje odniesienie do Boga rozumieją jako pobożne "wysłuchanie Mszy", by posłużyć się starym, przedsoborowym określeniem. Jestem też w stanie po części zrozumieć ludzi, którzy zgorszeni na przykład grzechem obmawiania przez tego, który dopiero co był "w kościele", nie potrafią zaryzykować swojej tam obecności.

Nie można także ukrywać, że olbrzymia część homilii i kazań sprowadza się do nakazów obecności na Mszy lub wypominania (obecnym) grzechów nieobecności innych. Pięknie to nastawienie widać podczas eucharystycznych spotkań z dziećmi, które gdy zapytać je o "części składowe" chrześcijańskiego życia, barwnie je opisują, ale ksiądz usatysfakcjonowany jest dopiero wówczas, gdy usłyszy, że trzeba "chodzić do kościoła". Doskonale wiemy, że życie chrześcijańskie jest barwniejsze, a jego problemy są znacznie bardziej skomplikowane. Z nastaniem nowych dla Polaków czasów, także życie chrześcijańskie stopniowo zagospodarowuje nowe, nie znane do tej pory, przestrzenie. I tylko cieszyć się z tego wypada.

Czy przestalibyśmy być ludźmi wiary, gdyby pozamykano świątynie, a księży wypędzono? Czy stalibyśmy się w wierze ubożsi, gdyby w Oświęcimiu, na żwirowisku nie stał krzyż? Jak wielkie jest nasze przywiązanie do znaków zewnętrznych? Czy nie sakralizujemy ich ponad świętość samego Boga? Pytania te mają prawo wydać się prowokacyjne. Cóż, o Izraelu pokładającym ufność w "Domu Pana" brat John pisze: "Na nieszczęście dla tych, którzy swoją ufność położyli w budowli, wkrótce potem ich kraj zostaje podbity przez Babilończyków, którzy niszczą miasto i Świątynię, a przywódców narodu biorą do niewoli. W oczach ludzi, biorących te zewnętrzne znaki za źródło swojej wiary, nie pozostało już zupełnie nic".

Nie ma takich ludzi, przed którymi nie migotałaby pokusa życia osiadłego, naznaczonego nawykami i przyzwyczajeniami. Zaufanie Bogu nie jest stałą, którą się otrzymuje raz na zawsze. Jest darem zadanym, przez co podatnym na pomnażanie, ale i zagubienie. Bałwochwalstwo jest groźne także dla tych, a może szczególnie dla tych, którzy osiągnąwszy pewien poziom wiary, chcą "wieść życie ciche i spokojne". Wtedy też istnieje pokusa samozadowolenia prowadząca do tego, że nie dostrzega się nowości Ducha, który wchodzi w nasz uporządkowany stan z czymś nowym. To nowe niekiedy wymaga (aż) porzucenia swojego domu i ziemi, a czasami (tylko) uporządkowania niektórych spraw.

Lud Izraela, mimo swego popadania w bałwochwalstwo, zawsze wzywany był przez Jahwe do powrotu, do odnalezienia swych korzeni, które zapuścił w zaufaniu Bożemu wezwaniu. Stąd przecież było jego wybraństwo i stąd jest każde Boże wybranie. To, co dziś przeżywamy w naszym Kościele, nie jest stanem ostatecznym, który wystarczy pielęgnować, z którego możemy być zadowoleni. I jest to ostatecznie bardzo pocieszające.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Eucharystia sakramenty wiara msza św. religijność iluzja bałwochwalstwo reforma
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W