Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Andrzej Franaszek

Zdanie rozłożyste jak dąb

Kolejnymi wierszami Zbigniew Herbert wypowiadał zdanie "rozpięte jak tęcza", "rozłożyste jak dąb", "pojemne jak wielka dolina", zdanie, o które prosił w jednym z "Brewiarzy". Jego twórczość wykraczała poza przypisywane jej regiony, ogarniała świat. A wraz z nim i nas - jego czytelników.

We wrześniowym numerze "Twórczości" z 1956 roku Zbigniew Herbert opublikował "Jaskinię filozofów", dramat o ostatnich dniach Sokratesa, jego oczekiwaniu na śmierć i agonii. Polski poeta szedł śladem Platońskiego "Fedona", w sztuce było jednak tyleż szacunku dla klasycznego tekstu, co niezgody na jego przesłanie.

Sokrates, rezygnujący z ucieczki i dobrowolnie przyjmujący śmierć, stał się stoicką legendą, niedościgłym przykładem zachowania mędrca, który dzięki rozumowi uwalnia się od lęku, bólu, ludzkiej niedoskonałości. Nie tylko przystaje on na śmierć, ale i najwyraźniej nie boi się jej, do końca jest spokojny, podnosi na duchu zrozpaczonych uczniów. Herbert na nowo uczłowieczył Sokratesa, dostrzegł w historycznym przekazie - co stanie się z czasem jedną z ważniejszych cech jego poezji - niepowtarzalną ludzką istotę, w całym jej skomplikowaniu i niepewności. Bohater "Jaskini..." staje twarzą w twarz z ciemną stroną świata, z kompleksem zagrożeń i lęków, które oddajemy słowem "nicość", choć większości z nas przypomina ono kartkę wyrwaną z podręcznika filozofii. Zamiast gotowej formuły potrzebny jest opis. Na Herberta strach zaczaił się na zalanych słońcem ulicach kreteńskiego Heraklionu.

"Wymiary świata zastygły i choć słyszę zgrzyt piasku pod nogami i stukot własnych kroków, nie poruszam się chyba wcale, zanurzony po głowę w upale, zatopiony w blasku. Zaczyna się bolesny ubytek realności. Widzę się teraz jak we śnie, z boku, bez możliwości porozumienia się z moim ciałem, poruszającym się jak wahadło, nieruchomy, przybity do białej przestrzeni, utrwalony raz na zawsze jak na fotografii, złapany w potrzask pozoru z ciężkim cieniem za plecami. Długie lata prześladować mnie będzie ten obraz i wspomnienie wędrówki po stromej ulicy Handakos, obraz spętania - jakby to wówczas dotknęła mnie po raz pierwszy śmierć w oślepiającym słońcu południa.

Wynająłem biały pokój z żelaznym łóżkiem, nad którym wisiał groźny święty Jerzy, mordujący smoka, i nie zwlekając ruszyłem do muzeum, aby otoczyć się przedmiotami, wieloma przedmiotami, w nadziei, że uda mi się zapomnieć o tym wstydliwym epizodzie i odrażającym uczuciu wytrącenia z rzeczywistości".

Jego Sokrates żyje więc w cieniu lęku, przenikliwie dostrzega czającą się wokół ciemność. Wie, że górę może w nas wziąć mroczne szaleństwo, złowrogie skandowanie krwi, że cywilizacja, kultura, jasny świat rozumu to krucha konstrukcja z trudem balansująca nad granicą otchłani. "Jest w nas krew jasna i ciemna - mówi. - Jasna obmywa nasze ciało i krzepi je. Określa kształt człowieka. Gromadzi się pod czaszką. Ciemna bije głęboko w piersi. Jeśli usłyszycie w sobie tętent, to jest głos ciemnego źródła. (...) Kiedy dotrze do serca, nie ma ucieczki przed lękiem." Człowiek nigdy nie uwolni się od tego, co w nim "mroczne" i niedoskonałe.

t

Sam Herbert także słyszał "głos ciemnego źródła". Piszę o tym nie po to, by jako kolejny udowadniać, iż był on nie tylko poetą moralnego napomnienia, społecznego zaangażowania czy kulturowej refleksji, ale też - metafizycznego niepokoju. Rzecz w tym, że ten rozbrzmiewający w uszach głos nie pozwala ani na złudzenia co do ludzkiej natury, ani na nieczułość. Właściwie usłyszany, stwarza stop najszlachetniejszy - miłość do świata i ludzi, pozbawioną naiwności, z góry zgadzającą się na klęski i rozczarowania. Współczującą, ale nie popadającą w egzaltację. Znającą miarę.

Brak tu miejsca na łatwy gest, nieludzką - a mającą rzekomo wieńczyć mędrca - samowystarczalność, bezbolesne wyzwolenie z kondycji śmiertelnika, bezpieczny lot na skrzydłach rozumu nad cierpieniem i strachem. Takim Sokrates stanie się dopiero w relacjach uczniów; Herbert ukazuje go w pełni człowieczeństwa. Jest jak Jeszua w "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa lub po prostu jak Jezus w Ogrojcu. Bardzo ludzki - słaby, wydany zwątpieniu. A przecież zdobywa się na męstwo, potrafi uratować godność.

Ten gest będzie zawsze charakteryzował przesłanie poezji autora "Struny światła". Świadomość naszej kruchości, poznanie cierpienia własną skórą, solidarność z ludzkim losem. A jednocześnie zdolność poświadczania wartości, wierność - nawet za cenę najwyższą - temu, co niepochwytne, duchowe, co wynosi nas ponad porządek biologii i fizyki. Męstwo, które nie staje się fanatyzmem, nie traci z pola widzenia drugiego człowieka, nie przestaje kwestionować własnej nieskazitelności. Herbert był największy mówiąc nie głosem apodyktycznym, ale szeptem, szukając - jak Pan Cogito - rady. Pytając. Każąc swemu bohaterowi poświęcać siebie, ale nie innych. Powinien zostać w naszej pamięci jako poeta okazujący człowiekowi powściągliwą, pozbawioną złudzeń, maskowaną dystansem - czułość.

Nie jest to postawa łatwa. Rozczarowania bywały zbyt wielkie i poprzez twórczość autora "Rovigo" widzimy jego udręczenie, poczucie daremności, przykrość konstatacji, iż zło zwycięża, przyjaciele zdradzają, świat jak zawsze nie spełnia oczekiwań. Zdrowy rozsądek nieraz nabierał nadmiernej kategoryczności i wtedy niełatwo było przyjąć Herbertowskie sądy. Rozmowa w "Hańbie domowej", wywiady w prasie sprzed kilku lat, "Chodasiewicz" czy "Pica pica L." lub, choć w inny sposób, "Pan Cogito na zadany temat: »Przyjaciele odchodzą«" pozwalają widzieć poetę, któremu nieobce są słabości. Sam miał tego świadomość, co można usłyszeć w wierszach takich jak "Małe serce", niejednoznaczna "Prośba" czy "Brewiarz" z wyznaniem "widzę dokładnie / na moment przed codą / porwane akordy / źle zestawione kolory i słowa". Warto za tymi gestami zauważyć udręczenie, miłość być może błądzącą, ale szczerą i boleśnie przeżywającą rozczarowanie. Gdybyśmy przymierzyli do siebie Herbertowską miarę pamięci, wierności, męstwa, okazałoby się niewątpliwie, iż nie zdaliśmy egzaminu zbyt wiele razy.

O jego rozczarowaniach i niepokojach pamiętać trzeba tym bardziej, iż wkrótce znikną one w pośmiertnych hagiografiach. Zastygnie w nich udrapowany na klasyka, barda czy hurrapatriotę. A przecież przed takimi stereotypami uciekał, co raz jeszcze potwierdza autorski wybór "89 wierszy". Świadomie zaprezentował tu wszystkie oblicza swojej twórczości, pomieścił wiersze zarówno metafizyczne, "polityczne", jak i te, które mistrzowsko łączą oba wymiary, mówiąc zarówno o nas - obywatelach PRL, jak i o nas - obywatelach doczesnego świata. W finale znalazł się nie któryś ze sztandarowych i stosunkowo łatwych do interpretacji utworów, ale "Kamyk" - mówiący o niepoznawalności świata, przywołujący być może "późną mądrość", która nieuchronnie zmierza do milczenia.

t

Tę Herbertowską tajemnicę, wyjątkowe połączenie zdrowego rozsądku, dystansu, ironii, hartu i czułości można też dosłyszeć w głosie poety, gdy słucha się jego nagrań własnych wierszy. Herbert zwracał się do swoich czytelników językiem aspirującym do jak największej komunikatywności, nieledwie przeźroczystości, do tego, by - jak sam mówił na początku lat 70. - "słowo było oknem otwartym na rzeczywistość". Oczywiście nie można powiedzieć, że jest to język pozbawiony poetyckich chwytów, wyrafinowanej konstrukcji, przede wszystkim spiętrzonych warstw ironii. Nigdy jednak nie chce zadziwiać samym sobą, epatować "poetyckością". Stara się umożliwić porozumienie między poetą a jego czytelnikiem. Sztuka - myślał autor "Studium przedmiotu" - winna być dialogiem z odbiorcą, nie może ograniczyć się do ekspresji duszy artysty, zwłaszcza do jego użalania się nad sobą. O tym, co grozi, gdy tak się jednak stanie, czytaliśmy w wierszu "Dlaczego klasycy":

jeśli tematem sztuki

będzie dzbanek rozbity

mała rozbita dusza

z wielkim żalem nad sobą

to co po nas zostanie

będzie jak płacz kochanków

w małym brudnym hotelu

kiedy świtają tapety.

Sztuka nie może więc być celem jedynym. Herbert cenił dzieła, które nie są tylko zapisem indywidualnych emocji, ale poświadczają istnienie widzialnego, ponadjednostkowego świata, przymnażają istnienia. Nie przypadkiem poświęcił książkę malarstwu holenderskiemu, owym pejzażom i martwym naturom, które zapisywały świat. "Pewien Holender - informował ironicznie acz z sympatią - zamawiający u swego ulubionego malarza sceny targowe, żądał, żeby było w nich coraz więcej połci mięsa, coraz więcej ryb i warzyw. O! nienasycone, niezaspokojone głody rzeczywistości!"

Sympatia dla martwej natury (czy może raczej: still life, cichego życia) kryje w sobie miłość materialnego, zmysłowego świata. Herbertowi nieobcy był ekstatyczny zachwyt nad światem, który jest tak piękny, że aż przerażający. Czytelnikom "Barbarzyńcy w ogrodzie" na zawsze zostaną w pamięci zarówno strony poświęcone obrazom Piero della Francesca, jak i opisy smaku wina czy pizzy oraz "flanowanie" czyli "włóczenie się bez planu według perspektyw, a nie przewodników (...) gapienie się, podnoszenie kamyków, wyrzucanie kamyków (...) przyglądanie się ludziom ironicznie, ale z miłością". Tę miłość do świata najpiękniej chyba poświadcza "Modlitwa Pana Cogito - podróżnika".

Panie

dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny

(...)

- że nocą w Tarquinii leżałem na placu przy studni i spiż rozkołysany obwieszczał z wieży Twój gniew lub wybaczenie

a mały osioł na wyspie Korkyra śpiewał mi ze swoich

niepojętych miechów płuc melancholię krajobrazu

i w brzydkim mieście Manchester odkryłem ludzi dobrych i rozumnych

natura powtarzała swoje mądre tautologie: las był lasem morze morzem skała skałą

gwiazdy krążyły i było jak być powinno - Iovis omnia plena

(...)

- proszę Cię żebyś wynagrodził siwego staruszka który nie proszony przyniósł mi owoce ze swego ogrodu na spalonej słońcem ojczystej wyspie syna Laertesa

a także Miss Helen z mglistej wysepki Mull na Hebrydach za to że przyjęła mnie po grecku i prosiła żeby w nocy zostawić w oknie wychodzącym na Holy Iona zapaloną lampę aby światła ziemi pozdrawiały się

(...)

dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny

a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze i bez wybaczenia

Świat budzi miłość i dlatego, że to, co dotykalne - kamień, kapitel jońskiej kolumny - nie kłamie, jest zawsze sobą, czystym istnieniem. Kłamie dopiero człowiek, wznoszący intelektualne konstrukcje, nieraz po to, by zasłonić bolesną bądź trywialną prawdę. Nie przypadkiem zło Herbertowi - jak pisał jeszcze niedawno w "Znaku" - "jawiło się zawsze jako zło ucieleśnione - zawsze z ludzką twarzą". Może też stąd upodobanie autora "Barbarzyńcy..." i "Martwej natury..." do materialności sztuki, opisu artystycznego warsztatu. Albo wręcz do rzeźby i malarstwa; bo przecież Herbert prawie nigdy nie pisał szkiców o literaturze. "Język - czytamy w "Psie infernalnym" - skłania do hiperboli i przesady i, kto wie, czy nie kłamstwa, podczas gdy wypowiedź w marmurze czy farbie narzuca rzeczową prostotę."

t

Język przejrzysty to także dowód uznania czytelnika za partnera dialogu, a więc w gruncie rzeczy szacunek dla ludzkiej osoby. Pierwszy utwór pierwszego tomu poety to wiersz "Dwie krople", w którym szaleństwu wojny przeciwstawiona zostaje krucha międzyludzka więź, zatopienie w sobie kobiety i mężczyzny. Choć w twórczości Herberta nie brak fragmentów mówiących, iż jesteśmy zamknięci w granicach naszego "ja", do końca możemy zrozumieć jedynie siebie, jednocześnie zawsze pozostaje nadzieja, że czasem, w niezwykle rzadkich chwilach, granice skóry mogą otworzyć się i dane nam będzie poczucie łączności, współodczuwania z innym. Może najpełniej te Spotkania ukazane zostały w "Przysiędze":

Nie zapomnę was nigdy panny damy - przelotne -

nagle dojrzane w tłumie na schodach bazarze w labiryncie metra

z okien pojazdów

(...)

Nie zapomnę was nigdy - czyste źródło radości - żyłem także

dzięki waszym sarnim oczom - ustom nie moim

smagłym rękom które przebierały pieszczotliwie srebrne ryby

(...)

powtarzam w wiernej pamięci

niezmienne mistyczne twarze bez imienia

Szacunek dla niepowtarzalności człowieka (istnienie ludzkie nigdy nie redukuje się tu do Blake’owskiej "liczby wymiennej") stoi też u podstaw wierności, niesłychanie mocno wyznaczającej horyzont myślenia Herberta. W jego dziele systematycznie, do ostatniego tomu, pojawiają się wiersze poświęcone zmarłym, odchodzącym, zapomnianym. Aby zachować godność - mówi nam poeta - mamy obowiązek pamiętać, nie pozwolić by bliscy, rówieśnicy, rodacy ginący na wojnie, w Powstaniu, wywiezieni, zamordowani przez polityczną policję odeszli w niepamięć. Wtedy bowiem wrogowie zatryumfują ostatecznie.

Gest miał konkretny adres, gdy totalitaryzmy różnych kolorów starały się o całkowite wykorzenienie z pamięci swoich przeciwników - przypomnijmy orwellowskie "ewaporowanie" czy słynne sowieckie zdjęcia, z których dzięki pracom retuszerów znikali kolejni dostojnicy, by wreszcie Leninowi towarzyszył jedynie Stalin. Ale jest on też fundamentalnie ludzki. Skoro wydani jesteśmy śmierci, skoro czas jest dla nas nieubłaganym oprawcą, jakąś ułomną formą przeciwstawienia się mu jest właśnie pamięć. Pamięć, która ocala, przechowuje cień istnienia. Czym innym u swojego zarania jest europejska literatura, gdy ustami Homera przywołuje przed nasze oczy cienie Hektora i Achillesa?

Pamięć o zmarłych, czułość im okazywana, garść piasku, którym posypuje się zwłoki, gliniany garnek z pożywieniem, wsuwany do grobu, zapalanie zniczy w Zaduszki - potwierdzają człowieczeństwo. W ostatecznym rachunku chodzi o to, by nie zgodzić się, iż martwe ciało jest jedynie przedmiotem. Kiedy w umarłym nie dostrzegamy już świętości, blisko do tego, by i w żywych ujrzeć zbiorowisko rzeczy. Tak więc "jesteśmy mimo wszystko / stróżami naszych braci", dzięki nam niepewnie, ale uporczywie istnieją oni na granicy, spoza której przywołuje ich nasze współczucie. Wierność, współczucie przekraczają granicę śmierci, jak w niewielkiej prozie "Pakt", opisującej odnaleziony przez archeologów, pochodzący sprzed 12 tysięcy lat, szkielet. "Zmarły spoczywał w tej samej pozycji co inni, podkurczone piszczele nóg, lewa ręka ułożona wzdłuż ciała, natomiast prawa spoczywała gestem pełnym czułości na szczątkach pięciomiesięcznego szczeniaka. Nieobecna skóra zdawała się rozmawiać z nieobecną sierścią."

t

Pamięć o zmarłych to wreszcie forma religii. Religijność poezji Herberta nigdy nie była łatwa do zamknięcia w jednoznacznej formule. Gdy jedni dostrzegali tu chrześcijańską miłość bliźniego, dla innych niebo Pana Cogito było puste, zaś jego twórca w gronie "pisarzy wydziedziczonych" sąsiadował z Larkinem. Nie sądzę, by nawet dzisiaj można było coś przesądzać. W swojej twórczości autor "Epilogu burzy" niewątpliwie zbliżał się do Boga, jednak dialog nigdy nie przychodził mu łatwo. Zbyt bolesna może była pamięć o niezasłużonym cierpieniu niewinnych i sprawiedliwych. Zbyt trudna do przyjęcia droga Jezusa - złożenie z siebie ofiary, dobrowolne oddanie we władzę oprawców. Czasem Bóg jawił się jako złowrogi Demiurg, czasem pojawiał się jedynie cień fascynującej choć trudnej do przyjęcia postaci Nazareńczyka. Czasem wreszcie sfera sacrum budziła lęk, jawiąc się jako radykalnie nieludzka, zaprzeczająca wszystkiemu, co składa się na ziemską, materialną egzystencję. Miłość widzialnego świata, przywiązanie do "tu i teraz" sprawia, że jego utraty nie mogą wynagrodzić żadne niebiańskie obietnice.

Niezbyt liczne są utwory zwracające się bezpośrednio do Boga. Wczesne "De profundis" i "Usta proszą". "Modlitwa Pana Cogito - podróżnika", w której Bóg jest jednak przede wszystkim stwórcą tego, iskrzącego się barwami świata. Niejednoznaczne wiersze "Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy", "Na marginesie procesu", "Rozmyślania o ojcu", "Rozmyślania Pana Cogito o odkupieniu", "Domysły na temat Barabasza"... Frapująca "Modlitwa starców", w której przecież prosi się: "nie daj / aby pożarł nas / nienasycony mrok twoich ołtarzy". W tych wszystkich wątpliwościach, bolesnych rozmowach, wadzeniach się z Bogiem był jednak Herbert z całą pewnością pisarzem, dla którego Bóg nie jest jedynie pustym słowem, pojęciem, którym można żonglować. Niepewność, wątpliwość, pasja przynosiły rezultaty bardziej przejmujące i szczere od łatwych deklaracji.

Uzurpacją jest domyślanie się, jak Herbertowska rozmowa z Bogiem przebiegała w ostatnich latach. Z cyklu "Brewiarzy" można przecież wnioskować, że Staremu Poecie było dane zaznać spokoju, choć może był on okupiony koniecznością pogodzenia się. Z tym, że życie własne i losy świata układają się inaczej niż powinny. Z tym, że jest się trwale naznaczonym niedoskonałością, nie sposób wyjść poza - powtórzmy - "porwane akordy / źle zestawione kolory i słowa".

t

A przecież całym swym dziełem Herbert przekraczał granice "języków chaosu". Kolejnymi wierszami wypowiadał zdanie "rozpięte jak tęcza", o które prosił w innym z "Brewiarzy". Zdanie

rozległe tak by w każdym z nich znalazło się lustrzane

odbicie katedry, wielkie oratorium, tryptyk

a także zwierzęta

potężne i małe, dworce kolejowe, serce przepełnione żalem

przepaście skalne i bruzdę losów w dłoni

Takim zdaniem stała się jego twórczość, ukazująca doświadczenie człowieka, który w swoim życiu połączył ekstatyczne zachwycenie pięknem świata z udręczeniem, pełnym poznaniem bólu w różnych jego wcieleniach, ironię i autoironię, humor i sarkazm z całkowitą powagą, szacunek dla tradycji ogólnoludzkiej i polskiej z krytycznym się jej przyglądaniem, umiar i pasję... Wykraczała ona poza wszelkie przypisywane jej regiony, ogarniając świat. A wraz z nim i nas - jego czytelników. Jak każdy wielki pisarz był jak drzewo, na którym znajdują schronienie ptaki o różnych piórach, jak utwór, w którym współistnieją ze sobą, w dynamicznej harmonii, różne dźwięki.

Najważniejsze są bowiem nie nagrody bądź miejsce w podręcznikach. Ostatecznym sprawdzianem pisarza jest jego zdolność objęcia swoim dziełem czytelników. Sprawienie, iż odnajdujemy się w czytanym tekście, dzięki niemu rozumiemy siebie lepiej, że staje się ono dla nas nie tylko właśnie tekstem, ale doniosłym wydarzeniem, wobec którego musimy się opowiedzieć. Z całą pewnością stało się to udziałem Zbigniewa Herberta. Wtedy, gdy czytelnicy kradli jego tomy z bibliotek lub przepisywali je na maszynie. Gdy w latach 80. z sal przykościelnych i kaset magnetofonowych rozbrzmiewały dźwięki melodii napisanych do jego wierszy, a w języku codziennym zagościły frazy jego autorstwa. I także dziś, gdy ze wzruszeniem czytamy:

nie ma mnie i nie ma zupełna pustka
nawet gdybym skupił wolę w jedno ognisko
nie potrafiłbym na moment nawet w błysku magnezji
zaistnieć

Andrzej Franaszek



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Bułhakow Mistrz i Małgorzata Sokrates Zbigniew Herbert Jaskinia filozofów mędrzec Pan Cogito Piero della Francesca Herbert