Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Mieczysław Porębski

Konstruowanie jest aktem wiary

Żegnając Urszulę Czartoryską (1934-1998)

Ten atak nieuleczalnej choroby nastąpił tak nieoczekiwanie, rozwinął się tak przerażająco szybko, że strata, którą ponieśliśmy, którą jakże boleśnie odczuwamy, długo będzie dla nas czymś, z czym nie tylko pogodzić się, ale i z czego w pełni zdać sobie sprawę nie sposób.

Piszę - my, bo idzie tu o nas wszystkich, dla których sztuka, sztuki plastyczne, sztuki wizualne, jej losy, jej aktualność, jest i pozostanie nie czymś bezosobowym, ale czymś najgłębiej międzyludzkim, a tak właśnie, nie inaczej rozumiała ją Urszula, w tym nas, nie tylko przez to, co mówiła, w czym brała udział, wobec czego zajmowała własne, zawsze wyważone, w pełni kompetentne stanowisko, ale już samą swoją obecnością, skupioną i wrażliwą, wrażliwie skupioną - utwierdzała.

Sięgam do tego, co powiedziała, gdy na sesji Stowarzyszenia Historyków Sztuki, był to rok 1984, zastanawialiśmy się nad losami sztuki polskiej po roku 1945 - i wtedy właśnie mówiła o dialogu, o więzi:

"Model kultury, który jest modelem dialogu, wymaga niezbędnego porozumienia między środowiskami artystycznymi. Pytanie, które brzmi: znaleźć kogoś, kto uzna moje życie za ważne dla niego - pytanie, być może wyciszone przez zgiełk sympozjów lat siedemdziesiątych - nigdy przecież nie traciło i nie może tracić na aktualności. Dzieje się tak niezależnie od zmiennej amplitudy, głównie foralnych lub głównie kameralnych kontaktów, jakie z innymi ludźmi, z artystami, utrzymujemy. Plan prywatny stosunków między ludźmi jest tak samo ważny, jak i plan makro, odnoszący się do całych społeczności".

Plan makro. Sztuka jako forum ogarniające już teraz cały świat, miliony odbijających ten świat luster, miliony luster, w których przejrzeć się można - i należy - samemu. Tak to kiedyś, w pierwszej swej książce, "Przygody plastyczne fotografii" wydanej w roku 1965, myśląc nie tylko przecież o swej specjalności - fotografii, określiła:

"Fotografia - to jakiś żywioł dużo bardziej nieokiełznany niż forma malarska powolna człowiekowi, a zarazem - to miliony luster z milionami obrazów, spośród których pozostaje dokonać twórczego wyboru".

O tym forum wiedziała wszystko. Ktoś, kto będzie chciał u nas prześledzić nieproste drogi, którąkolwiek z dróg, którąkolwiek z ich mniej czy więcej wyróżniających się historii, nie znajdzie po nich lepszego przewodnika od jej spisywanych przy różnych okazjach relacji, oszczędnych w słowach, rzeczowych, do ostatniego szczegółu wyczerpujących, do ostatniego szczegółu sprawdzonych. Których zebranie razem, w jeden zwarty, wszechogarniający korpus staje dziś przed nami jako zadanie - równie nieodzowne, co oczywiste.

Ale i sztuka jako sprawa najbardziej prywatna, najbardziej osobista. Sztuka, która się dzieje i w której - poprzez dialog właśnie - ma się swój własny, z wyboru, z wyborów już dokonanych, ale i tych, których możliwość dopiero się przed nami otwiera, ma się swój własny udział, własne uczestnictwo. Jako żona i najbliższa współuczestniczka działalności Ryszarda Stanisławskiego, wieloletniego od roku 1966 dyrektora Muzeum Sztuki w Łodzi, "magicznego punktu" skupiającego uwagę najwybitniejszych i najbardziej twórczych umysłów parających się sztuką w skali globalnej, była nie tylko najlepszą, niezastąpioną rzeczniczką tej działalności, ale i jej - jakże by to określić inaczej? - myślą i sercem. Gdyby było inaczej, czyżby potrafiła określić cel przewodni Muzeum, "utrzymanie dialogu z aktualnie pracującym artystą przez jego dzieło i jego obecność"? To o założeniach kładącej jeszcze przed wojną podwaliny pod jedyną dziś w świecie międzynarodową kolekcję przyszłego Muzeum grupy "a.r.". A o działalności Muzeum już aktualnej; o jego tak atrakcyjnej dla artystów nie tylko polskich działalności wystawowej: "Ekspozycje te bombardowały materiałem do przemyśleń dlatego właśnie, że były zrealizowane przez artystów nieraz w całości na miejscu". Jakich artystów? Tu właśnie, między wierszami niejako, ujawniały się jej również i osobiste predylekcje: żądała od artystów "głębszego poszukiwania własnego rodowodu intelektualnego", "stymulowania refleksji nad czasem aktualnym". To właśnie ceniła w nich najbardziej. Jej przekonanie, że w ostatecznym rozrachunku sztuka to sprawa myślenia, cosa mentale, że zadaniem jej jest konstruować świat, w którym bylibyśmy u siebie, że to właśnie i tylko to stanowi niezbywalną rację, ratio, jej istnienia, nawet wtedy, gdy podejmuje działania na pozór destrukcyjne, dekonstruktywne, demistyfikatorskie, to właśnie przekonanie stanowiło dla Niej, jakby to określić? - busolę. Busolę, która służyła, była jakże często pomocna, nie jej samej tylko.

Co nie znaczy, żeby racjonalizm sztuki współczesnej, racjonalizm "zimnej abstrakcji", czystego ruchu, czystej geometrii, czysto konceptualnego paradoksu, jak i racjonalizm postawy wobec sztuki, wobec sztuki, artysty, życia, utopijny racjonalizm konstruktywistycznych awangard, stanowił dla Niej nie tylko konieczny, ale i wystarczający punkt odniesienia.

Myślę o tym, co nie tak dawno pisała, z jakże dojmującym wyczuciem, z jaką niezależnością sądu, o wiązanym - jednostronnie - z nadrealizmem, a chyba dla Niej w jakiś sposób modelowym malarzu, rzeźbiarzu, poecie Hansie Arpie. Pisała - z tą jej właściwą skromnością, z jaką zamiast własnymi słowami wolała wyrażać się cytatem - powołując się na broszurę Brzękowskiego z roku 1936, w której określał on twórczość Arpa jako "emanację duszy zakorzenionej w absolucie". I tu refleksja: To, co u surrealistów niepokoiło przedstawicieli naszego konstruktywizmu, również i Strzemińskiego, to ich "odczucie, że psychiczność i biologizm życia stanowią wartości pierwsze wobec racjonalizmu". Stąd dominujący u Arpa "głos życia", "urok roztańczonych konstelacji".

Czymże jest dziś doktryna surrealistów (której zawdzięczaliśmy tak wiele)? Pustą, przebrzmiałą retoryką. Ale ich sztuka? Nie cała, nie cała - ta, której tajemnice umiała nam wskazać, ze swą busolą w dłoniach, Urszula.

I nie przypadkiem. Jeszcze jeden przykład, z ostatnich chyba tekstów, jakie Urszula napisała. O pani Denise René, torującej w niechętnym Paryżu, od pół wieku z górą, drogę "sztuce konstruktywnej" i o jej kolekcji, którą przed niespełna rokiem prezentowało łódzkie Muzeum. Znowu posłużenie się cytatem. Autorka wstępu do katalogu powołuje się na "patrona abstrakcji geometrycznej" Michela Seuphora:

"Konstruowanie jest aktem wiary. Każda konstrukcja ulega przedłużeniu w pewnej perspektywie moralnej. Jest to opcja skierowana na jutro, zaś dotyczy to zarówno innych, jak i nas. Konstruktor ugruntowuje swe dzieło na prawidłowościach, które są uniwersalne i niezmienne".

Fides quaerens intellectum. To nasza wiara, każda wiara w świat wartości, dla których żyć warto, szuka intelektu, szuka konstruktywnego oparcia, konstruktywnych racji, nie odwrotnie. Dla Urszuli, wychowanki, w trudnych powojennych latach, lubelskiego KUL-u, ta dewiza czcigodnego Ojca Scholastyki z XI wieku, świętego Anzelma, wydaje się czymś naturalnym. Ale przecież nie studiowanie Doktorów dało jej tę busolę do ręki. Dała ją cała długa droga przez nią przebyta. Potrzeba bycia potrzebną, bycia dla wartości, bycia z innymi. Tamto: "znaleźć kogoś, kto uzna moje życie za ważne dla niego".

I cóż tu w takiej, tak dojmująco przeżywanej przez nas wszystkich chwili rzec można więcej? Kiedy powiedziane zostało - przez Nią samą - właściwie wszystko. Co najwyżej sięgnąć po jeszcze jeden cytat. Z tego ostatniego wstępu, już tu cytowanego:

"Przez pięć dziesięcioleci obecna wśród wybitnych artystów i teoretyków sztuki dzięki każdej swej inicjatywie, sile charakteru, trafności wyborów, osobowość Denise René zalicza się do plejady wybitnych konstruktorów naszego wieku".

Przecież nie mogła wiedzieć, że pisze to także i o sobie.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: sztuka kultura wiara sztuki plastyczne artysta fotografia racjonalizm
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W