Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Tadeusz Lubelski

Profesor Humbert i Młodziakówna

Można oczywiście powiedzieć, że sam pomysł filmowej adaptacji "Lolity" Vladimira Nabokova to jest skandal. Że sama idea sprowadzenia do wymiarów kinowego spektaklu - czegoś, co jest z założenia grą form, wypróbowywaniem skrajnych możliwości twórczych człowieka i jeśli gdzieś chce przenieść odbiorcę, to raczej - według określenia samego pisarza - w stronę innych form bytu, gdzie sztuka jest normą niż do konkretnego świata Ameryki drugiej połowy lat czterdziestych, że sama taka idea zasługuje na pogardliwe wzruszenie ramion. W powieści Nabokova rozkosz pieszczenia nimfetki jest rozkoszą wyobrażoną, krwawa zemsta na dramaturgu Clairze Quiltym jest zemstą potencjalną; i jedno, i drugie jest fragmentem rozległego projektu, którego natura jest jedynie i wyłącznie literacka. Jeśli więc teraz to wyobrażenie przekształca się w konkretną i nie zanadto apetyczną pieszczotę, łączącą pięćdziesięcioletniego aktora Jeremy Ironsa z piętnastoletnią uczennicą, skoro - dalej - owa potencja przeobraża się w krwawą strzelaninę, to - choćby aktor był aktorem wybitnym (Irons jest takim), piętnastoletnia uczennica wykosiła podczas próbnych zdjęć dwa i pół tysiąca rywalek (w przypadku Dominique Swain zdarzyło się tak właśnie), a krew strumieniami lejąca się z dramaturga pozostawała banalną sztuczką techniczną (nawet najbardziej naiwny widz nie ma co do tego wątpliwości) - mamy tu ostatecznie do czynienia nie tyle z obrazem, ile raczej z obrazą literackiego pierwowzoru.

Można oczywiście tak powiedzieć. Co prawda trudno z góry wykluczyć, że jakaś adaptacja zdoła oddać literacką umowność oryginału czy też na swój sposób - czyli czysto filmowymi środkami - zdać sprawę z jego językowego piękna. Kiedy myślę na przykład o "Posłańcu" Josepha Loseya, o "Opatrzności" Alaina Resnais albo o "Pannach z Wilka" Andrzeja Wajdy, to - chociaż w żadnym, nawet w ostatnim z wymienionych przypadków, nie mamy do czynienia z pierwowzorem klasy "Lolity" - muszę przyjąć, że taka możliwość istnieje. Powiedzmy zatem od razu, że nie jest to przypadek filmu Adriana Lyne'a. Nie ma w nim śladu mierzenia się z samą problematyką twórczości, brak mu ducha Nabokovowskiej parodii, nie ma co nawet mówić o intertekstualnej zabawie, będącej źródłem nieskończonych przyjemności przy lekturze książki. Nic z tych rzeczy zupełnie. Jeśli jakiś ślad owych walorów pozostaje w filmie, to całkiem przypadkowo; słynne słowa "Vivian Dark-bloom" padają więc, owszem, jako głucha informacja, że tak brzmi imię i nazwisko literackiej współpracownicy Quilty'ego, widz nie znajduje jednak ani szansy, ani jakiejkolwiek zachęty, by dopatrzeć się w nich anagramu imienia i nazwiska pisarza oraz by włączyć to spostrzeżenie do całego systemu podobnych odsyłaczy i aluzji. Jeśli więc tekst niniejszy czyta radykalny miłośnik prozy autora "Pnina", oczekując na sugestię, czy warto się na tę adaptację wybrać - już w tym momencie udzielam odpowiedzi: Nie warto i radzę przerwać lekturę wraz z końcem tego akapitu, przyjmując zarazem, że recenzja, w takim skróconym wariancie, powinna raczej nosić tytuł "Lolita bez Nabokova", i że tytuł taki ma swoje uzasadnienie.

Pozostałych czytelników zachęcam jednak do nieprzerywania lektury; choćby po to, by rozważyć powody, dla których recenzja została zatytułowana tak, jak została - mniej oceniająco, bardziej interpretacyjnie. Tę drugą jej część rozpocznę od przypomnienia, że przecież sam Nabokov - na początku lat sześćdziesiątych, w świeżej aurze ogromnego komercyjnego sukcesu książki - przyłożył rękę do jej innej, wcześniejszej adaptacji filmowej. Potem wprawdzie - rozczarowany do sposobu, w jaki Stanley Kubrick posłużył się jego scenariuszem - wycofał swoje nazwisko z czołówki, niemniej samą możliwość takiego procederu akceptował najwyraźniej. Wiązało się to może z faktem, że "Lolita" bardzo wcześnie zaistniała i zaczęła funkcjonować na dwóch naraz poziomach kultury: na poziomie kultury wysokiej (głębiej zapewne i mocniej, bo tam jest jej właściwe miejsce), ale także - (płyciej, ale o ileż rozgłośniej) na poziomie kultury popularnej, i to nieraz autoramentu tak podejrzanego, jak owo na wpół pornograficzne francuskie wydawnictwo, w którym w 1955 roku ukazała się pierwsza edycja powieści. A skoro taki jest los tej książki i takie jej rzeczywiste funkcjonowanie - może od jej filmowej adaptacji warto wymagać tyle zaledwie (i aż tyle), by - rezygnując z niedosiężnego autotematycznego pułapu - znalazła taki sposób ukazania jej fabuły, który by ostateczny efekt umieszczał właśnie na tych obydwu naraz poziomach kultury; który by innymi słowy - zdawał sprawę z owej dwuznaczności "Lolity", nieodwołalnie rozpiętej między dwiema swymi sprzecznymi naturami. Tak sformułowany warunek film Adriana Lyne'a już spełnia.

Samemu reżyserowi bliżej oczywiście do sfery kultury popularnej, skoro jego największe dotychczasowe sukcesy - "9 i pół tygodnia", "Fatalne zauroczenie", "Niemoralna propozycja" - oscylują pomiędzy pornografią a sprawnie wykonanym kinem gatunków. Trudno mieć złudzenia co do powodów, dla których Lyne wybrał ten temat. Przecież jednak film jest dziełem zbiorowym i kilkoro przynajmniej współtwórców zdołało przenieść tę drugą kinową "Lolitę" w regiony, w których możliwe są poważniejsze satysfakcje niż erotyczny skandal. Z pewnością należy do tego grona świetny operator: wyczarował on magiczne Stany sprzed półwiecza, nieodległe od tych, z urzeczenia którymi zdawał sprawę w swojej powieści Nabokov.

Przede wszystkim jednak wypada tu raz jeszcze wymienić Jeremy'ego Ironsa; nie tylko (choć także) dlatego, że - jak wieść niesie - skłonił on reżysera do rezygnacji (w praktyce - do ograniczenia do najniezbędniejszego minimum) dosłownego ukazywania erotyki. Irons postanowił - swoim zwyczajem - obronić przed widzem kreowaną przez siebie postać. W jego ujęciu profesor Humbert (w obrębie narracji powieściowej sam siebie nazywający "pedofilem") to zraniony idealista, który przez całe życie czeka na wielką miłość. Takiemu odczytaniu sprzyja scenariusz, który wzmacnia rangę powieściowej przedakcji: nieszczęśliwie zakończonej dziecięcej miłości Humberta do rówieśniczki Annabel Leigh (aż nawet żałuje się, że w finale nie powraca jej motyw). W świecie idealnym miłość do Lolity mogłaby się pewnie urzeczywistnić. Uniemożliwia ją jednak kultura. W filmie to nie żaden czterdziestoletni zboczeniec bruka Lolitę; deprawuje ją kultura, absolutyzująca seks i zachęcająca do interesowności. To kultura magazynów filmowych (kiedy Humbert widzi ją po raz pierwszy - Lolita wpatruje się właśnie w fotos Burta Lancastera), erotycznych gadżetów (Nabokov wspomina jedynie o hotelowej rozrywce nazywanej "magiczne palce"; Lyne pokazuje, jak to działa - dobra scena), przyzwalającego gimnazjum, kierowanego przez podstarzałą Młodziakównę, pannę Pratt czynią z tytułowej bohaterki nie tyle ofiarę uwiedzenia, ile osobę, która sama, by użyć modnego określenia, molestuje seksualnie mężczyzn. Cała ta linia odczytania akcji powieści przeprowadzona została konsekwentnie od strony obrazowej i sugestywnie od strony aktorskiej (poza głównym bohaterem - bardzo dobre postaci matki i córki).

Dla radykalnych miłośników powieści to niewątpliwie za mało; dla pozostałych - może jednak wystarczająco, by do filmu zachęcić.

LOLITA. Reż. Adrian Lyne. Scen. na podstawie powieści Vladimira Nabokova: Steven Schiff. Zdj. Howard Atherton. Muz. Ennio Morricone. Wyk.: Jeremy Irons (Humbert Humbert), Dominique Swain (Lolita), Melanie Griffith (Charlotte Haze), Frank Langella (Clare Quilty). USA 1997.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: film seks aktor kino reżyser Andrzej Wajda erotyka Lolita Vladimir Nabokov Jeremy Irons Dominique Swain Posłaniec Joseph Losey Panny z Wilka Stanley Kubrick molestowanie
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W