Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Tadeusz Lubelski

"PROJEKTY CZŁOWIEKA, Z SZABLĄ W RĘKU"

Przyjemnie jest widzieć, jak ktoś, kto podjął się zadania niecodziennego i ogromnie trudnego do wykonania, po trzydziestu latach trudów i starań doprowadził je szczęśliwie do końca. Przyjemnie więc było znaleźć się w tym premierowym tłumie, który zgotował twórcom "owację na stojąco", bo rzadko się zdarza, by ktoś tak, jak Jerzy Hoffman zasłużył na swoje, właśnie teraz przezeń przeżywane, pięć minut. Zasłużył na te wszystkie owacje, na cholerną mam teraz frajdę, na ekipo moja kochana – bo oto sfilmowana jest już cała "Trylogia", i to w takiej kolejności, w jakiej ją reżyser poznawał, jako dziecko; najpierw czytał "Pana Wołodyjowskiego", potem "Potop", jeszcze na Syberii, na samym końcu "Ogniem i mieczem", już po powrocie do Polski.

Skoro już jednak premiera się odbyła, oklaski ucichły – recenzent musi postarać się o prawdomówność. Pora zatem, opierając się na swoich odbiorczych wrażeniach, po swojemu odpowiedzieć na pytanie: czy filmowe "Ogniem i mieczem" udało się Hoffmanowi? I dalej, co jeszcze ciekawsze, spróbować hipotetycznej odpowiedzi na pytanie następne: co wyniosą z kina te setki tysięcy widzów, które z góry już, na samą tylko wiadomość, że film jest gotów, zarezerwowały w kinach bilety?

Zanim jeszcze przystąpił do tej realizacji, reżyser powoływał się na dwa zwłaszcza wzory, którym sprostanie miało zagwarantować, że widownia – choć nie tak już jak niegdyś zakochana w Sienkiewiczu – równie tłumnie zjawi się w kinach. Pierwszy, klasyczny – to "Przeminęło z wiatrem": romans dla wszystkich, rozgrywający się na tle kluczowych wydarzeń rodzimej historii, za każdym nowym wyświetleniem zdolny do wskrzeszenia narodowego mitu. Drugi, świeższy i bardziej zobowiązujący – "Braveheart", czyli największy wyczyn kina historycznego obecnej dekady: przykład nadążania gatunku za przemianami przyzwyczajeń odbiorczych dzisiejszej wideoklipowej widowni. Ale i coś więcej jeszcze: film Mela Gibsona nie tylko wywoływał emocje; sprawiał jeszcze, że współczesny widz buntował się (zastępczo) w słusznej sprawie, identyfikował się ze szlachetnym rebeliantem sprzed lat. Nie tylko piękną księżniczkę werbował więc tytułowy bohater do idei walki o wolność, ale wraz z nią – i współczesnego widza.

Kiedy teraz zastanawiam się, które z tych zapowiedzi Hoffman wypełnił, najłatwiej mi przyznać reżyserowi wykonanie warsztatowego zadania: jego "Ogniem i mieczem" ma współczesne tempo! Zmontowane to jest całkiem inaczej niż "Potop" ćwierć wieku temu. Ten nowy, żywy rytm, podyktowany przez zawodowe doświadczenie pary młodych montażystów, wyedukowanych na reklamówkach, przydał się zwłaszcza w scenach batalistycznych. Żółte Wody – to zapewne najdoskonalej sfilmowana bitwa w dziejach polskiego kina.

Już u Sienkiewicza, w zgodzie z najlepszymi wzorami prozy historycznej, ogląda się ją oczami głównego bohatera – bezradnie przyglądającego się wydarzeniom jeńca, namiestnika Skrzetuskiego. Tak jest i w filmie. W ruchach wojsk orientujemy się tym lepiej, że nie tylko mamy okazję przyglądać się im ze zmiennych, urozmaiconych perspektyw, ale jeszcze śledzimy komentarz rysujący się na twarzy śledzącego bitwę w naszym imieniu obserwatora: od niepokoju, przez dumę i zachwyt, po rozpacz w obliczu klęski. Obrona Zbaraża jest już nawet przedobrzona pod tym względem: obraz goni obraz i nie mamy czasu wejść w położenie znękanych oblężonych, a więc i przejąć się ich losami. Za to kilka spośród tych obrazów jest nie do zapomnienia: przede wszystkim fenomenalnie pomysłowa machina oblężnicza, zwana hulajgrodem – zasługujący na specjalne wyróżnienie wyczyn scenografa. Czuje się rękę mistrza, pilnującą skuteczności podobnych scen.

Wiem przecież z prasowych sprawozdań, że Dniepr nie jest tu prawdziwym Dnieprem, a step prawdziwym stepem – nie przeszkadza mi to jednak; magia Siczy zaporoskiej dociera do mnie w wystarczającym stopniu.

Cała ta widowiskowość osięgnięta jest jednak sporym kosztem. Przede wszystkim – kosztem postaci pierwszoplanowych, których brak. A przecież sława powieściowego "Ogniem i mieczem" to sława czytadła, od którego oderwać się nie sposób. Historyk Władysław Czapliński, we wstępie do swojej "Glosy do Trylogii" przyznawał, że w czasach jego młodości (okolice pierwszej wojny światowej) do zwyczajów inteligencji należało czytać "Trylogię" maniakalnie, po kilkanaście razy. Ojciec Jerzego Stempowskiego wszczepił synowi wzór pierwszej lektury "Ogniem i mieczem": zaczynało się czytać wieczorem, nie odrywając się przez całą noc i cały dzień następny. "Wykrzykujemy: nieznośna opera! i czytamy w dalszym ciągu, urzeczeni" – wtórował Gombrowicz. Sam zapamiętałem scenę śmierci Podbipięty jako największe przeżycie czytelnicze swojego dzieciństwa. Teraz patrzę, jak Tatarzy strzelają z łuku do opartego o dąb pana Longina; niby wszystko jak w powieści, on kona w stosownych fazach, wyznaczanych przez wersy litanii do Panny Najświętszej, a mnie to ani ziębi ani grzeje, żadnego, choćby najmniejszego odruchu wzruszenia w sobie nie dostrzegam. Podobnie jak nie odczuwam najmniejszego śladu przejęcia się losem Heleny, pana Skrzetuskiego i jego kompanów.

Z czego to wynika? Wykluczam oczywiście odpowiedź, że "film rządzi się innymi prawami niż książka", bo do dziś pamiętam emocje, jakie wzbudził we mnie filmowy "Potop". Z czego więc? Z wideoklipowego tempa? Z komiksowej powierzchowności scenariusza? Ze słabszej, niż wypadało się spodziewać, dyspozycji aktorów? A może już sam Sienkiewicz, jak sformułował to bezwzględnie Jerzy Stempowski, poświęcił postaci "zawrotnej wartkości opowiadania?" Znakomity eseista pisał dalej: "Chcąc paladynom Wiśniowieckiego zapewnić jak największą sprawność ruchów, naszkicował lekką ręką ich sylwetki. Są to podróżni bez bagaży, wolni od wspomnień i innych impedimentów. Nic o nich prawie nie wiemy. Są to zaledwie projekty człowieka, ubrane luźno w historyczne kostiumy i ukazujące się na scenie już gotowe, z szablą w ręku".

Najpewniej zadziałały po trochu wszystkie te przyczyny. Doceniam, rzecz jasna, troskę, z jaką reżyser już od pierwszej sceny masowej, w Czehrynie, próbował odjąć postaci głównego bohatera jego słynnej papierowości. Skrzetuski ogląda się za kobietami i zachowuje się jak młodzieńczy zawadiaka, bardziej Kmicica przypominając w pierwszej chwili niż posępnego Rzymianina. Dostrzegam też ładną solówkę Heleny, kiedy – w pierwszą noc po poznaniu ukochanego – zalotnie przygląda się sobie w lustrze, a zaraz potem, zawstydzona, zasłania obraz Matki Boskiej. I zauważam z aprobatą, że – modląc się – zaczyna zawsze od tekstu ukraińskiego, by później dopiero przejść na polski. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że nie sposób zaprzyjaźnić się z tą parą. Nie wierzy się już w ich coup de foudre przy zepsutej kolasce, nie tylko dlatego, że zabrakło obowiązkowego raroga, który połączyłby im ręce. Parę głównych bohaterów grają w "Ogniem i mieczem" aktorzy, którzy nie przyciągają wzroku, nie wzbudzają zainteresowania. Wiem co mówię, bo przyjrzałem się ostatnio na świeżo Danielowi Olbrychskiemu i Małgorzacie Braunek, grającym w "Potopie". Różnica obezwładniająca!

Skoro nie przejmujemy się panem Janem i Heleną – spada temperatura całej intrygi. Kiedy, podczas wspólnej konnej jazdy, Zagłoba mówi do Kurcewiczówny, że Wołodyjowski stracił cały rezon na jej widok, wygląda to na żart. Tym bardziej, że Zbigniew Zamachowski – niechcący chyba – wpisuje się w kabaretową konwencję sławnego przed dwudziestu laty programu radiowego "Sześćdziesiąt minut na godzinę". Pojedynek z Bohunem, przyznać trzeba, udaje mu się wybornie. Na pozostałą część roli ma jednak dwa pomysły na zmianę: albo rusza wąsikiem, albo wytrzeszcza oczy ze zdumienia. Aktor z góry, zdaje się, założył, że i tak nie ma szans w konfrontacji ze swoim wielkim poprzednikiem w tej roli.

Co innego Krzysztof Kowalewski, ogromnie przekonujący jako sarmacki cynik i spryciarz, grający Zagłobę z inteligentnym dystansem. Jemu z kolei brak ciepła (którego tyle miał niegdyś Mieczysław Pawlikowski), toteż mowy nawet nie ma o jakiejkolwiek ojcowskiej relacji z Heleną, trudno też sobie wyobrazić, by jego bohater mógł marzyć o niańczeniu przybranych wnuków. Jeszcze inny szkopuł z Rzędzianem Wojciecha Malajkata. Sienkiewicz wiedział, co robi, czyniąc tego pachołka szesnastolatkiem. Pazerność młodzieńca może bawić, Rzędzian trzydziestoletni nabiera jednak cech wojennej hieny. Jeden Wiktor Zborowski nie wzbudza w tej ekipie większych zastrzeżeń, tyle tylko, że wydobywa na wierzch zbolałą jednostajność pana Podbipięty.

W tej sytuacji postać Bohuna – choć Rosjanin Aleksander Domogarow na opisanym wyżej tle tworzy sylwetkę prawdziwie krwistą – nie tyle w intrydze miłosnej (dla której szybko tracimy zainteresowanie) się liczy, ile w politycznej, jako reprezentant żywiołu kozaczcyzny. To patrząc na niego, wyobrażamy sobie, kim był siedemnastowieczny Kozak, co czuł, dlaczego się buntował. Nieprzypadkowa zmiana: Bohun powieściowy jest analfabetą, toteż przechwycone od Rzędziana listy czytać musi za niego Zagłoba. Bohun filmowy czyta, śpiewa i recytuje, równie sprawny w obu językach, zapewne po to zwłaszcza, by odbiorca nie dostrzegał różnicy między nim a "polskimi panami". To fragment rozleglejszej strategii reżysera, pilnującego, by unikać jakichkolwiek okazji do wywoływania odbiorczych nacjonalizmów. Piją i dokazują Ukraińcy (w demonstracji skutków tego dokazywania, w porównaniu z niewyobrażalnymi obrazami okrucieństwa, utrwalonymi przez świadków epoki, Hoffman zachowuje zresztą chwalebną wstrzemięźliwość), ale Polacy nie gorzej potrafią pić i dokazywać. Kozacka czerń robi wprawdzie, w swej masie, bardziej przerażające wrażenie niż przeciwnicy z polskiej armii, za to dowódca jest okrutniejszy niż jego zaporoski odpowiednik. Chmielnicki puszcza wszak swego jeńca wolno, podczas gdy książę Jeremi wbija na pal kozackiego posłańca. Może ktoś nazwać podobną strategię "polityczną poprawnością". Zaprzeczyłbym chętnie, tym bardziej, że i w Sienkiewiczowskim pierwowzorze – tu Hoffman ma rację – znacznie więcej, niż wydaje się na pierwszy rzut oka, znaleźć można śladów zrozumienia dla ukraińskich przeciwników-pobratymców. Bo to przecież pobratymcza krew przelewała się na polach tej wojny; to określenie z ostatniego zdania powieści. Zaprzeczyłbym zatem chętnie, gdyby ta pojednawcza staranność reżysera oparta była o jakiekolwiek zaplecze, na jakim widz mógłby się oprzeć, chcąc zająć samodzielne stanowisko w konflikcie, którego jest świadkiem.

Sprawa ta wydaje mi się zasadnicza nie tylko dlatego, że ów siedemnastowieczny konflikt, nie dość, że skomplikowany, to jeszcze jest krwawy. Ona jest dlatego zasadnicza, że – wbrew nawet autorskiej intencji pisarza – stereotyp Ukraińca-wroga w lekturze "Ogniem i mieczem" ma swoje korzenie. Nie muszę dodawać, że stereotyp ten dziś zwłaszcza jest szkodliwy i warto robić wszystko, by przynajmniej osłabić siłę jego oddziaływania. Hoffman zrobił w tym kierunku wiele; nie dość jednak, by dostarczyć widzowi wystarczających argumentów do zrozumienia polsko-kozackiego konfliktu i zajęcia w nim własnego stanowiska. I dlatego właśnie jego "Ogniem i mieczem" to nie jest "Braveheart", choć sceny batalistyczne zmontowane są niczym wideoklipy w MTV.

Dwie są tylko w filmie postaci, które pozwalają poczuć, czym mógłby być ten film; jedna czołowa i druga epizodyczna. Pierwsza to Chmielnicki; Bohdan Stupka stworzył tu jedyną wybitną kreację aktorską: na niego chce się patrzeć, jego słuchać, on przyciąga uwagę. W kapitalnej scenie dyktowania listu – widać, że on jeden wie, czego chce. Drugą tak żywą postać tworzy Gustaw Holoubek. Trzy zdania wygłoszone przez Kisiela pozwalają dotknąć ludzkiego dramatu. Za mało tego jednak, by zrozumieć, co się naprawdę zdarzyło i co zostało zmarnowane w Rzeczypospolitej połowy siedemnastego wieku. Zamiast opowieści o jej tragedii, mamy to, co mamy: nudny romans z widowiskowym tłem.

OGNIEM I MIECZEM. Reż. i scen. Jerzy Hoffman. Współpraca reż. Adek Drabiński. Prod. J. Hoffman, Jerzy R. Michaluk. Zdj. Grzegorz Kędzierski. Muz. Krzesimir Dębski.

Scenogr. Andrzej Haliński. Wyk.: Michał Żebrowski (Skrzetuski), Aleksander Domogarow (Bohun), Izabella Scorupco (Helena), Krzysztof Kowalewski (Zagłoba), Wiktor Zborowski (Podbipięta), Zbigniew Zamachowski (Wołodyjowski), Bohdan Stupka (Chmielnicki), Andrzej Seweryn (książę Jeremi), Daniel Olbrychski (Tuhaj-Bej), Wojciech Malajkat (Rzędzian). Prod. Zodiak, Polska 1999. 2 h 55 min.


opr. ab/ab



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny 8/2587

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kultura film kino reżyser Zbigniew Zamachowski potop Ogniem i mieczem Jerzy Hoffman Pan Wołodyjowski trylogia Daniel Olbrychski Małgorzata Braunek Krzysztof Kowalewski Wojciech Malajkat Wiktor Zborowski Aleksander Domogarow Michał Żebrowski Izabella Scorupco
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W