Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Maria Malatyńska

Powrót na poziomkową polanę

Kilka dni temu Andrzej Wajda odebrał na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji "Złotego Lwa" za wkład w historię kinematografii. Otrzymał go za swoją specjalną - porównywalną tylko z największymi reżyserami - pozycję w europejskim kinie. Jego twórczość jest dowodem na to, czym film potrafił być niegdyś, w czasach, gdy istniał w zgodzie z własną kulturą, gdy nie bał się swojego posłannictwa.

Powyższe argumenty mogłyby nawet wyglądać schematycznie i ogólnikowo, gdyby nie fakt, że trafiają na specyficzny czas w filmowej Europie, kiedy to sami twórcy nie bardzo umieją mierzyć się z dawnymi osiągnięciami. Może się nawet wydawać, że powstała nowa kategoria w myśleniu o sztuce filmowej: czas przeszły-niedościgły.

Jakby na potwierdzenie tej niedościgłej przeszłości - organizatorzy weneckiego festiwalu przypomnieli swojej publiczności oryginalność Andrzeja Wajdy, pokazując jego film sprzed 23 lat - "Ziemię obiecaną". Realizację genialną, obrazowo przepyszną, o pełnych rozmachu pomysłach inscenizacyjnych. Utwór, który kilka lat temu i w naszym kraju przeżył swoją "drugą młodość". Okazało się wtedy, że jest najdoskonalszym aktualnym reportażem o narodzinach nowego polskiego kapitalizmu. Sztuka bieżąca nie potrafiła tych zjawisk odnotować - a "Ziemia obiecana", ze swoją historyczną przecież szatą i literacką proweniencją - trafiła w ówczesną sytuację w sposób niezwykle prawdziwy. To dobrze, że wielki twórca - niezależnie od tego, w jakim stopniu uda mu się zawojować Europę i świat - istnieje przede wszystkim dla swojego kraju i swojej kultury.

Z Andrzejem Wajdą nigdy nie było kłopotu w tym względzie: obsypywany nagrodami na świecie, ostatnio obdarzony nawet "nieśmiertelnością" we Francji - jest i tkwi zawsze w polskim czasie i w polskiej historii.

Wenecki Lew przypada akurat na czas gorączki twórczej naszego reżysera. Nietypowo i odmiennie niż kiedykolwiek reklamowana jest produkcja "Pana Tadeusza". Cały naród zaangażowany był w poszukiwanie odtwórczyni roli Zosi. Sam Wajda nie krył zadowolenia, że potencjalna publiczność czuje się współodpowiedzialna za jego ostateczny wybór. Potem wszyscy tańczyli finalnego poloneza, skomponowanego specjalnie dla tej niespodziewanej adaptacji Mickiewicza przez Wojciecha Kilara, a śledząc prasowe reportaże z planu, dowiadywali się, że Wajda, choć niechętnie, tym razem udziela wywiadów - czuje się wybornie, uskrzydlony pomysłami, sytuacją, możliwościami. I jak za dawnych czasów - zarażający swoim entuzjazmem nawet tych, którzy już zapomnieli, że istnieje możliwość przenoszenia takich pojęć, jak narodowa epopeja, na ekran.

Zdjęcie z planu, które publikujemy, jest specjalne. Jego autorem jest młody fiński reżyser Martti Puukko, który od kilku lat lubi towarzyszyć ze swoją dokumentalną kamerą reżyserowi. To on był pierwszym i jedynym realizatorem, który potrafił zmusić Andrzeja Wajdę, by stanął oko w oko ze swoim domem rodzinnym. Zawiózł Wajdę do Suwałk, by pospacerował sobie po koszarach, w których się urodził i by - przed kamerą fińskiego dokumentalisty - powrócił do swoich pierwszych wzruszeń. To dziwne, że do dziś ten skromny, fiński dokument sprzed kilku lat (dostępny i w naszej telewizji) pozostał najbardziej przenikliwym spojrzeniem na naszego reżysera.

Pojęcie domu nie pojawiło się wtedy przypadkowo. Obserwując Wajdę na planie dzisiaj, trudno nie dostrzec, że i "Pan Tadeusz", mimo swojego rozmachu realizatorskiego, jest bardzo intymnym powrotem reżysera do domu. W sensie nie tylko geograficznym, ale i kulturowym. Jest w tym akceptacja kształtu ludzi, rzeczy, zjawisk, wydarzeń - które są naszą pamięcią, czyli stanem posiadania, dorobkiem życiowym etc.

Gdy przed wielu laty Wajda sfilmował "Wesele" Wyspiańskiego, zrobił to również i dlatego, by - jak mówił - oddać dług pisarzowi za to, że był dla niego wieczną inspiracją, a więc i za swoje własne, wieloletnie fascynacje motywami i obrazami, obecnymi na ekranie od zawsze, a przynajmniej - od "Popiołu i diamentu".

Zdaje się, że "Pan Tadeusz" może mieć podobną genezę. Jest spłaceniem długu za czystość i szlachetność polskich motywów, za świadomość wiecznej potrzeby piękna, spokoju, tradycji, natury, historii, matecznika i tylu innych obrazów i motywów, obecnych zawsze w sposób tak oczywisty, że niemal niezauważalny w jego twórczości.

Gdy przed laty sprawdzał Wajda po raz pierwszy i dotąd jedyny swój pierwotny krajobraz - robił to wstydliwie i pośrednio, korzystając z czyjegoś życiorysu i czyjegoś, konkretnego losu. Było to przy okazji ekranizacji intymnej i lirycznej książki Tadeusza Konwickiego - "Kronika wypadków miłosnych". Poprzez pejzaż odnaleźli obaj twórcy swój wspólny świat. I było to jakby odnalezienie "poziomkowej polany" - ten właśnie obrazowy symbol dzieciństwa, filmowo sprawdzony niegdyś przez Bergmana, obecny był w takim samym znaczeniu w książce Konwickiego i w filmie Wajdy - jako symbol nienaruszonej czystości doznań, owego czasu, gdy wszystko było prawdziwe i naturalne. Reżyser złożył wtedy bardzo piękny dowód owej wspólnoty z pisarzem. Jego samego umieścił na ekranie, by w tym niespodziewanie aktorskim działaniu, własną twarzą świadczył o prawdzie i był przewodnikiem po świecie wspomnień. Dał mu do ręki stare zdjęcie swojego ojca, porucznika Jakuba Wajdy.

Oczywiście, miało to swoje uzasadnienie w fabule, wszak "Kronika" - opowiadając o tytułowej miłości - opowiadała także o gorącym lecie 1939 roku, o ćwiczeniach 13. pułku ułanów, w różowych otokach rogatywek. Ów pułk wyruszał właśnie na śmierć, tak jak ruszał na nią w tym samym czasie i porucznik Wajda, oficer 41 pułku piechoty w Suwałkach, by już nigdy z wojny nie powrócić.

Świat odnaleziony wtedy przez obu artystów wywodził się z wspólnoty geograficzno-pojęciowej. "Kronika wypadków miłosnych" opowiadała o Litwie, a realizowana była w Suwałkach - najbardziej zbliżonym do Litwy kawałku Polski. Na Litwie urodził się Konwicki, w Suwałkach - Wajda. Podobieństwo krajobrazów stało się wspólnotą wspomnienia, owocowało podobną intensywnością przeżywania. Było w filmie trochę cierpkiego smakowania świata, odtworzonego z pietyzmem, i skrupulatnością etnograficznego opisu, jakby istniała potrzeba udowodnienia, że chce się nadążyć za czyjąś pamięcią. Właśnie dlatego, że ów świat przecież już nie istnieje. I przez nieistnienie jest tym bardziej wspólny.

Wajda doszedł do Mickiewicza dopiero teraz. Z fascynacją i z optymizmem. "Pan Tadeusz" jest intymną własnością nas wszystkich - jako krajobraz dzieciństwa, jako niewyczerpane źródło wszystkiego, co jeszcze można ocalić.

Dobrze by było wierzyć, że specyfika własnej kultury będzie interesująca dla Europy, dla świata, dla tych wszystkich, którzy ze swoją kulturową odmiennością są zawsze interesujący dla nas.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Pan Tadeusz Mickiewicz reżyser Andrzej Wajda Festiwal Filmowy w Wenecji Złoty Lew Wesele Ziemia obiecana
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W