Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Jan Kott

SZTUKA JAKO WEHIKUŁ

"Sztuka jako wehikuł". Jedno z ostatnich, a może nawet i ostatnie z przesłań Grotowskiego. Jest w nim wiele znaczeń. "Sztuka jako wehikuł", a więc tym "wehikułem" jest albo powinien być teatr. Ale jeżeli teatr pojąć jako wehikuł, to w teatrze wehikułem jest aktor. Albo, już jesteśmy bliżej Grotowskiego, tym elementarnym "wehikułem" jest ciało aktora. Ciało jest wehikułem duszy. Jak w tradycji, którą przechowały zakony od kamedułów do nauk Loyoli, i w innej tradycji w buddyjskim zen.

U Grotowskiego, od samych początków w "Teatrze ubogim" w Opolu do "Centro di Lavoro" w Pontedera w Toskanii, fizyka łączyła się zawsze z metafizyką. Od umęczenia ciała w metodzie Grotowskiego zaczyna się szkolenie aktora, od umartwienia ciała zaczyna się nowicjat i medytacja. Takim męczennikiem Grotowskiego był Ryszard Cieślak w "Księciu niezłomnym" i w "Apocalypsis cum figuris". Było to przekroczenie aktorstwa do granicy, gdzie życie już spotyka się ze śmiercią ciała.

I, myślę, to uparte i konsekwentne ukazywanie wagi i powagi fizyczności w aktorstwie, i w tym, co jest między aktorem i widzem - słowo "między" jest dla Grotowskiego szczególnie ważne - dało mu to wyjątkowe miejsce w teatrze tego wieku, który teraz od nas odchodzi. Ale cielesność albo mówiąc inaczej duchowość były jeszcze i tym, co sprawiło, że fascynację Grotowskim, jego teatrem, jego nauką i może bardzo często nim samym, dzielił Peter Brook z dziesiątkami młodych ludzi od Szwecji po Amerykę Południową, którzy chcieli od teatru, żeby był inny.

I jeszcze dwie postacie na tej mapie teatrów naszego wieku chciałbym przyrównać do Grotowskiego. Dwaj bardzo różni nie tylko praktycy, ale w tym przyrównaniu do Grotowskiego wizjonerzy teatru: Artaud i Stanisławski. Artaud w okresie opolskiego Laboratorium miał krótki wpływ na Grotowskiego, przelotny, ale nie bez znaczenia. Artaud chciał, żeby teatr był jak dżuma. Jeśli nie zabijał, to miał przynajmniej zwalać z nóg widza, przerażać i porażać okrucieństwem. Można by powiedzieć, że miało to być leczenie wstrząsem. Ale czy leczenie? Grotowski wprowadzał inne metody wychowawcze, łagodne jak noce w lesie albo wspinanie się, także łagodne, na górę. Miało to być odnajdywanie sacrum. Ale w tych czynnościach parateatralnych zadaniem było odnalezienie innego teatru, albo chociaż drogi do innego teatru. I to było wspólne z Artaudem.

Wpływ Stanisławskiego był powoli coraz znaczniejszy. Metoda Stanisławskiego, którą do niedawna bardzo mechanicznie przejęły szkoły teatralne w Ameryce, ćwiczenia fizycznych działań. Ale te ćwiczenia fizyczności miały być żmudną, lecz konieczną drogą do artystycznej świadomości. Może i można by powiedzieć - do duchowości. Teatr dla Stanisławskiego miał, chyba, można tak powiedzieć, być laicką świątynią. Grotowski może by to i inaczej nazwał, ale by się z tym zgodził. A jednak miał być Bóg w tej świątyni.

Ostatni raz widziałem Grotowskiego w Irvine, o godzinę autem od Los Angeles. Grotowski przez rok, a może i dłużej prowadził tam wydział teatralny. Pod koniec semestru zaprosił paru ludzi sobie bliskich. Zbudował na granicy kampusu jurtę o lśniącej podłodze. Za tą jurtą już zaczynał się step. Wieczorem, jakby się bawiły dzieci, dochodziły kołatki grzechotników. Podobno były łagodne, jeżeli nie zawierać z nimi bliskich i nierozważnych relacji.

Rankiem po nocy w Irvine zwołał paru z nas przed jurtę. Na niewielkim wzgórku przed nami dwóch chłopców i dziewczyna w ruchach, które zapewne były rytuałem, obracali się na cztery strony świata i wydawało się, że witają dzień, bardzo to było piękne. W ich ruchach była jakaś i nam udzielająca się powaga. W pewnej chwili przesunęły się między nimi i nami trzy konie, dwa białe i jeden gniady. Miały spętane przednie nogi, poruszały się ciężko, w niezgrabnych skokach, pochylając głowy. Szukały pewno na tym spalonym stepie nielicznych kępek trawy. Ci dwaj chłopcy z dziewczyną o powolnych ruchach i poruszające się wolno spętane konie miały w sobie coś przejmującego. Spytałem potem Grotowskiego, czy ta chwila piękności była zamierzona. "Nie - powiedział - wielkim reżyserem jest Bóg".

Ale to jednak nie był raz ostatni. Ostatni raz spotkałem Grotowskiego w Santa Monica na żałobnej akademii po nagłej śmierci Cieślaka. Nic prawie do siebie nie mówiliśmy, dopiero odchodząc powiedział: "Wyrwano mi kawał serca".

Po Mickiewiczu drugim dopiero Polakiem, który został profesorem w Collčge de France, był Grotowski. Miał wykładać antropologię teatru. Po drugim albo trzecim miesięcznym wykładzie już nie mógł przyjechać. Już był ciężko chory. Ale te dwie czy trzy prelekcje nie zostały zapomniane.

Mickiewicz nie dokończył profesury. Przerwano mu ją brutalnie. Ale jego prelekcje nie zostały zapomniane. Lekcja XVIII stała się jak ewangelia teatru dla Wyspiańskiego, i potem dla Schillera. W pewien sposób została przesłaniem dla polskiej sceny narodowej. Wykładów paryskich Grotowskiego słuchali sławni reżyserzy, aktorzy francuscy i młodzież teatralna, jeżeli udało się jej przedostać do pełnej sali. Wierzę, że ta ostatnia legacja Grotowskiego nie zostanie zapomniana.

Santa Monica, 16 stycznia 1999


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: sztuka piękno teatr aktor Grotowski Sztuka jako wehikuł antropologia teatru
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W