Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Grażyna Groth

Nakarmić głodnego...

Współczesne ruchy i wspólnoty świeckie

Szymon z Cyreny był człowiekiem, który pomagał nieść krzyż Chrystusowi. Podjąć się niesienia krzyża we współczesnym świecie, to dźwigać wspólnie ciężar biedy, niepewności jutra i przede wszystkim bezdomności - tak rozumie swoje powołanie "Simon Community" (Wspólnota Szymona) żyjąca i pracująca z bezdomnymi na ulicach Londynu.

"Kim są bezdomni? Czy naprawdę to wiemy? Czy kiedyś, choćby na jeden dzień, samotnie albo ze swoją rodziną byłeś zupełnie bez domu, bez miejsca dla siebie, zależny od przyjaciół czy krewnych, lub w jakimś obcym, zatłoczonym, niegościnnym miejscu na nocleg? Czy kiedykolwiek byłeś poza domem, nie z własnego wyboru, ale ponieważ nie miałeś gdzie się podziać? Bezdomność jest największym społecznym wyzwaniem naszego wieku" - pisał założyciel wspólnoty Anton Wallich-Clifford.

"Simon Community" powstała w 1963 roku jako wspólnota wolontariuszy pracujących z bezdomnymi ludźmi na ulicach Londynu. Podstawowym celem przyświecającym jej założycielowi było spotkanie i przyjęcie bezdomnych, troska o tych, którzy nie znajdowali pomocy w oficjalnych, rządowych organizacjach czy miejscach pomocy. Anton Wallich-Clifford, jako katolik, inspirację do działania zaczerpnął z Ewangelii. Dziś, pamiętając o swoim fundatorze, wspólnota przyjmuje po prostu wszystkich ludzi dobrej woli, dla których ważne jest dzielenie życia ze znajdującymi się na marginesie współczesnego społeczeństwa.

Obecnie w Londynie wspólnota prowadzi noclegownię, do której może przyjść każdy, kto z różnych względów nie został zaakceptowany w innych placówkach pomocy społecznej. Brzmi to bardzo lakonicznie. A jak wygląda w praktyce? O tym przekonałam się odbywając "48 godzin", czyli uczestnicząc w weekendzie dla osób, które we wspólnocie chciałyby pracować jako wolontariusze.

Kiedy w piątek wieczorem pojawiłam się w St. Joseph House w północnej części miasta - jednym z trzech domów - zdałam sobie sprawę, że tutaj wszystko jest niewyszukane i może być trudne do zaakceptowania dla osoby przyzwyczajonej do podstawowych wygód oraz towarzyskich konwenansów. Nie było tam luksusu własnego łóżka z czystą pościelą, a dwóch starszych domowników, Szkotów, w rozmowie ze mną klęło pod nosem, nie zważając przy tym, czy rozumiałam ich choć trochę, czy nie. Nie bardzo wiedziałam, kto tu jest rezydentem, kto bezdomnym, kto pracownikiem. Wszystko miało okazać się następnego dnia.

Sobota rozpoczęła się wizytą w tanim supermarkecie, skąd wyszliśmy z dwoma wielkimi workami chleba. Potem trzeba było wszystko to "przerobić" na proste kanapki: z masłem i z dżemem. Dwa razy w tygodniu, wczesnym rankiem kanapki rozdawane są bezdomnym na ulicach miasta. To zadanie czekało nas w niedzielę, a póki co, korzystając ze słonecznego sobotniego poranka, wyruszyliśmy na tamtejsze targowisko, by kwestować na potrzeby bezdomnych. Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się w ten sposób prosić kogoś o pieniądze, a spędzenie paru godzin w słońcu, w kolorowym, obcojęzycznym tłumie, i potrząsanie skarbonką było niezłą lekcją cierpliwości i pokory. "Takie swoiste żebranie jest dla nas nieodłącznym elementem pracy" - wyjaśniała mi Suzanne z Niemiec, która we wspólnocie jest już prawie rok. "Pieniądze zebrane w ten sposób w nikłej części pokrywają nasze potrzeby finansowe, chodzi jednak o to, byśmy choć trochę potrafili odczuć i zrozumieć sytuację tych, z którymi żyjemy. Co to znaczy być niemal całkowicie zależnym od drugiego człowieka i żyć z dnia na dzień, nie wiedząc, kiedy i czy będzie następny posiłek i gdzie dziś spędzisz noc. Co to znaczy zmęczenie czy wstyd, kiedy ręka wyciągnięta w proszącym geście pozostaje pusta".

Pod wieczór udaliśmy się do noclegowni, mieszczącej się przy jednej ze stacji kolejowych. Akurat trwało tam przygotowanie kolacji. Byłam ogromie zdziwiona, kiedy na półkach lodówki zobaczyłam pudełka sałatki z melona i ananasa, kilka rodzajów pizzy i wiele innych smakołyków - nie bardzo pasowało mi to do obrazu dzisiejszego dnia. Szybko jednak dowiedziałam się, skąd pochodzą wszystkie te dobra, na które normalnie żadnej z przebywających w noclegowni osób nie byłoby po prostu stać. Otóż już od kilku lat wspólnota jest w kontakcie z renomowaną firmą handlową "Marks & Spencer" i dwa razy w tygodniu jeden z jej sklepów ofiarowuje wspólnocie żywność, która nie została danego dnia sprzedana lub której data przydatności do spożycia wygasa za dwa, trzy dni. Firma pozbywa się w ten sposób niepotrzebnych zapasów, zyskując przy tym miano dobrodzieja, a pracujący w noclegowej kuchni wolontariusze zawsze mają co włożyć do garnka - bez wydawania jednego penny’a. Czasem tylko trzeba zastanowić się, jak zagospodarować kilogramy truskawek i co zrobić z dziesiątkami opakowań keksów. No i jak przez kilka dni wyżywić tym kilkudziesięciu ludzi.

Zazwyczaj około osiemnastej wieczorem do noclegowni przychodzą pierwsi lokatorzy. Zawsze czeka na nich ponad pięćdziesiąt łóżek. Tego wieczoru - tak dzieje się już od paru tygodni, ponieważ noce są bardzo ciepłe - pojawia się zaledwie kilkanaście osób. Wieczory wyglądają podobnie - każdy serwuje sobie kolację, i potem, przeważnie do późnej nocy, spędza czas wspólnie z innymi na rozmowach i piciu herbaty. Muszę przyznać, że niezwykły był dla mnie widok młodych ludzi łatwo nawiązujących serdeczny kontakt z gośćmi. Dziewczyny, które przyjechały do Londynu z Nowej Zelandii czy z Węgier krzątały się w jadalni. Akurat skończyły gotowanie i jak gdyby nigdy nic wdały się w pogawędkę z mężczyznami, którzy prowadzą twarde życie na ulicy: często zaniedbani, nieogoleni, czasem po kilku piwach. Tim, młody Anglik odpowiedzialny za noclegownię, zapalił papierosa i podzielił się nim z Joe, sześćdziesięcioletnim bezdomnym z długą siwą brodą, człowiekiem, który odwiedza wspólnotę od momentu jej powstania: jak znajdują oni wspólny język? Teoretycznie wszystko ich dzieli: wiek, pochodzenie społeczne, poglądy na świat. "Tutaj nikt nie pracuje jak w biurze przez osiem godzin" - tłumaczył mi Mark z Kanady. - "Tutaj spędza się wspólnie 24 godziny na dobę i nie można mówić o »normalnej« pracy, choć oczywiście każdy z nas ma swoje obowiązki, w tym domu chodzi głównie o to, żeby po prostu być. Być razem".

Późnym wieczorem nasza trójka odbywająca "48 godzin", każdy ze swoim opiekunem, pracującym we wspólnocie przez kilka lat, wyruszyła na niezwykły spacer po mieście. Bill zabrał mnie na Victoria Embankment - uroczą trasę wzdłuż nabrzeża Tamizy. Nasza przechadzka nie miała jednak nic wspólnego z turystyką. Na stacji metra, przy starym garażu i pod mostami Londynu spotykaliśmy ludzi, którzy właśnie układali się do snu. Większa część tych bezdomnych związana jest z "Simon Community", żyje właśnie w ten sposób - na ulicy i żeby się z nimi spotkać, zapytać o zdrowie czy poczęstować papierosem, trzeba ich odwiedzić tam, gdzie akurat mieszkają. Pod jednym z mostów Bill pokazał mi niezwykłe lokum: osłonięte schodami od spojrzeń przypadkowych gapiów, z kawałkiem wykładziny na kamiennej posadzce i z rzędem książek. Dla niektórych bezdomnych życie na ulicach Londynu nie jest wynikiem jakiejś osobistej tragedii, ale stanowi ich własny wybór.

Ostatnia część naszego krótkiego stażu rozpoczęła się w deszczową, chłodną niedzielę przed piątą rano. Do niewielkiej ciężarówki zapakowaliśmy termosy z kawą i herbatą, przygotowane poprzedniego dnia kanapki i wyruszyliśmy wydawać niedzielne śniadanie. Nie jechaliśmy do przypadkowych ludzi z jałmużną. Spotkaliśmy się przecież z tymi widzianymi wczoraj, by podzielić się z nimi tym, co mamy - chlebem. Niezwykły to sposób, by "dzień święty święcić".

Bezdomność wielu ludzi na ulicach nie wynika jedynie z braku miejsca zamieszkania. Samo społeczeństwo nakłada na jego członków wielkie wymagania, często wykluczając, nie akceptując tych, którzy nie dostosowują się do jego wysokich standardów przyjętych jako normalne. "Simon" przyjmuje ludzi takimi, jacy są, nigdy nie pouczając jacy, być powinni. Spotykamy się z ludźmi na ich własnych warunkach i dzielimy ich życie w duchu tolerancji i samopomocy. Dlatego też nie szukamy sposobów, by odmienić, zrehabilitować te osoby w oczach społeczeństwa, ale próbujemy dać im możliwość refleksji nad życiem i jego zmiany, jeśli tego chcą (temu np. służą domy dla tzw. rezydentów). Wiele osób bezdomnych może nam sporo dać, może nas czegoś nauczyć. Żyjąc we wspólnocie mamy okazję, by wspólnie odkrywać nasze talenty i znajdować wsparcie - jedni w drugich.

Wróciłam z Londynu bardzo zmęczona i bardzo zadziwiona. Zetknęłam się bowiem, jak nigdy dotąd, z bezdomnością i niezmierzoną ludzką biedą, także duchową. Sama konstatacja istniejącego zjawiska obudzić może poczucie bezsilności wobec niesprawiedliwości społecznej czy ludzkiej nędzy. Jednak mogłam się przekonać raz jeszcze, że ewangeliczne słowa o nakarmieniu głodnego i przyjęciu pod dach bezdomnego, realizowane dziś mogą i muszą być z pełną dosłownością. Spotkałam także ludzi, którzy ze względu na Ewangelię lub po prostu w dowód ludzkiej solidarności podejmują - jak Szymon z Cyreny - odpowiedzialność wspólnego dźwigania ciężaru ludzkiego nieszczęścia i samotności.

W kilka tygodni po moim pobycie w Londynie dotarł do mnie list z "Simon Community": "Zostałaś zaakceptowana, by z nami pracować. Przyjedź, tak szybko, jak to możliwe".



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Simon Community Londyn bezdomni wolontariusz kwesta noclegownia
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W