Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Marek Zając

Drużyna biskupów

Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi — chodzi o... Nie, nie tym razem. W sporze o Fundusz Kościelny pieniądze są drugorzędne.
I właśnie dlatego rząd wciąż nie dogadał się z Episkopatem.

W teorii negocjacji do metod zabójczo skutecznych zalicza się tzw. BATNA, czyli najlepsza alternatywa dla negocjowanego porozumienia (od pierwszych liter angielskiego: best alternative to a negotiated agreement). Rzecz w uproszczeniu polega na tym, aby w każdym momencie można było zerwać rozmowy bez szkody dla własnych celów i interesu. Przykład: jeżeli staramy się przekonać firmę X, aby obniżyła cenę — w zanadrzu powinniśmy mieć ofertę producenta Y, który zgodził się już na nasze warunki. Dzięki temu od początku mamy przewagę i twardo się targujemy. Z kolei strona przeciwna boi się, że straci kontrakt i staje się skłonna do ustępstw. To już oczywiście nie nasz problem, bo tak czy siak wygramy. Albo u firmy X wynegocjujemy lepsze warunki, albo odejdziemy od stołu i skorzystamy z propozycji producenta Y, co i tak się nam opłaca.

Kto w negocjacjach wokół likwidacji Funduszu Kościelnego i wysokości odpisu podatkowego ma BATNĘ? Jaką taktykę stosują przedstawiciele rządu i Episkopatu? I najważniejsze: kto wygra?

Złapał Kozak...

To biskupi jako pierwsi zaproponowali odpis podatkowy na rzecz Kościoła w wysokości 1 proc. Propozycja długo pozostawała bez wiążących odpowiedzi, po czym nagle strona rządowa uderzyła przez zaskoczenie: gdy w marcu zebrała się Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu, minister administracji i cyfryzacji Michał Boni zaproponował odpis w wysokości 0,3 proc. Od razu przedstawił też wyliczenia, a projekt zmian — jeszcze podczas obrad — opublikował na stronie resortu.

Ten blitzkrieg zepchnął biskupów do defensywy. Nie zdążyli uzgodnić stanowiska, nie mogli przygotować własnych kalkulacji, tymczasem opinia publiczna oczekiwała komentarzy. Zapanował chaos: jedni hierarchowie ostro atakowali rząd, inni wybrali taktykę na przeczekanie, deklarując namysł nad złożoną propozycją. Negocjacje przeniesiono na forum komisji konkordatowych. Episkopat zyskał czas.

A rząd szedł za ciosem. W rozmowie z „Tygodnikiem” Michał Boni wypowiedział pod adresem Kościoła kilka ciepłych, skądinąd chyba szczerych słów i deklarował dobrą wolę, ale jednoznacznie zastrzegł, że odpis wyższy niż 0,3 proc. naruszałby prawo. Otóż w okresie, gdy Polskę obejmuje procedura nadmiernego deficytu, Rada Ministrów „nie może proponować rozwiązań, które nowym tytułem zwiększałyby wydatki albo uszczupliłyby dochody państwa”. Na dodatek minister przypomniał punkt 6. deklaracji rządu, która uzupełnia interpretację konkordatu. W dokumencie z 1997 r. zapisano: „Konkordat uznaje określone ustawodawstwem polskim kompetencje organów państwowych do regulowania kwestii finansowych i podatkowych kościelnych osób prawnych i fizycznych. W tym celu strona państwowa zapozna się z opinią strony kościelnej w łonie odpowiedniej Komisji”. To zabrzmiało jak ostrzeżenie: jeżeli się nie dogadamy, rząd i tak postawi na swoim.

Tym samym premier Donald Tusk (bo przecież minister Boni realizuje jego wytyczne) postanowił zgarnąć całą pulę. Pole kompromisu ograniczył tylko do okresu przejściowego — budżet państwa dopłacałby różnicę, gdyby wpływy z odpisu były niższe niż dotychczasowa roczna subwencja w ramach Funduszu Kościelnego.

Tyle że strona kościelna, na czele z głównym negocjatorem, kard. Kazimierzem Nyczem, już się otrząsnęła i powoli przejmuje inicjatywę. Zamiast usztywniać stanowisko i odrzucać kompromis, co przyniosłoby fatalną prasę, wybrała ucieczkę do przodu. Zaproponowała własne rozwiązanie: wysokość odpisu obniżamy do 0,6 proc. lub nawet 0,5 proc. Jeżeli okazałoby się, że w okresie przejściowym wpływy od obywateli są wyższe niż dotychczasowa subwencja w ramach Funduszu Kościelnego, wtedy Episkopat zwróci nadwyżkę do budżetu państwa. Złapał Kozak Tatarzyna...

Niewygodny szpagat

Ale ważniejsze jest, że w tym momencie negocjatorzy musieli odkryć karty. Okazało się, że pieniądze odgrywają w tych rozmowach rolę drugorzędną. Oczywiście, gdy skończy się okres przejściowy, a nad Polską przestanie wisieć procedura nadmiernego deficytu — wtedy na własnym projekcie Kościół zyska, a przy propozycjach rządowych może stracić. Ale w negocjacjach kwestie odległe w czasie czy mgliste prognozy rzadko budzą emocje. O co więc tak naprawdę chodzi?

Stawką jest wizerunek, i to przede wszystkim rządu. Jeżeli rozmowy zakończą się fiaskiem, premier zapisze na swoim koncie następne przedsięwzięcie, które miał realizować z żelazną konsekwencją, a skończyło się na niczym. Znowu byłoby wiele hałasu o nic, likwidacja Funduszu podzieliłaby los kastracji pedofilów.

Na nieszczęście premiera radykalnie zmieniły się okoliczności: jeszcze na początku roku pozycja Kościoła w życiu publicznym wydawała się słaba jak nigdy po 1989 r. Z sukcesu Ruchu Palikota wnioskowano, że antyklerykalizm, a w każdym razie twarde postępowanie z Episkopatem przynosi polityczną premię. Wnioskowano przedwcześnie. Jednym z wyraźnych sygnałów były chociażby powszechne kpiny z przypinania aktu apostazji do drzwi krakowskiego kardynała. A według ostatniego sondażu CBOS, Ruch Palikota — z poparciem na poziomie 3 proc. — właśnie katapultował się z parlamentu.

Premier chyba zapomniał, że w przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego, który zdaje się godzić na wieczne trwanie w opozycji, czy w przeciwieństwie do Janusza Palikota, któremu wystarczy kilka procent, by pozyskać scenę do swoich egocentrycznych happeningów — od lat budował Platformę jako partię walczącą o realną władzę. Ergo: partię środka, dominującą niepodzielnie w centrum, ale rozciągającą się od prawicy po lewicę. Dążącą za każdym razem do zdobycia trzydziestu kilku procent wyborczych głosów.  A jeszcze przez co najmniej kilka lat każdy, kto wypowie Kościołowi otwartą wojnę, może o takim wyniku zapomnieć.

Dlatego też przed tygodniem w wywiadzie dla „Tygodnika” premier raz mówił ostro, a raz łagodził. Nawet w obrębie zdań wypowiedzianych jedno po drugim: „Nie mam zamiaru robić z PO jakiegoś ruchu jakobińskiego. Ale nie mam też zamiaru szukać rozwiązań, które dadzą satysfakcję niektórym hierarchom kościelnym, by zyskać ich sympatię”.

Te słowa to akurat zła wiadomość dla ministra Boniego, które negocjuje w imieniu premiera. Jego szef zaczyna się chwiać. Jeszcze nie wie, co zrobić. A ciężko się negocjuje, robiąc szpagat.

Miękki lob

Jeżeli nie pieniądze, co w takim razie rząd proponuje Kościołowi? Mówi o tym wprost — tylko możliwość liftingu wizerunku. Dzięki zastąpieniu Funduszu odpisem podatkowym, biskupi mieliby podkreślić swą niezależność od państwa. Po drugie, samodzielnie opłacając składki w czasach zaciskania pasa, Kościół symbolicznie wziąłby współodpowiedzialność za system ubezpieczeń społecznych. Po trzecie, mógłby odeprzeć zarzuty, że żeruje na publicznych funduszach.

Ale to wcale nie jest prosta sprawa. Nawet sam Tusk przyznał w wywiadzie dla „Tygodnika”: „Wielu obywateli ma poczucie, że Kościół drenuje budżet, że biskupi są pazerni, co czasami pewnie ma uzasadnienie, ale na pewno nie w przypadku Funduszu Kościelnego”.

Bingo. Uiszczanie części kościelnych składek z budżetu nie budzi w Polakach tak wielkich emocji jak np. kryminalne wątki związane z Komisją Majątkową albo awantury o krzyż w Sejmie czy o in vitro. Opinia publiczna wykazuje zaskakująco małe zainteresowanie rozmowami rządu z Episkopatem. Na dodatek Kościół przeprowadził dość skuteczną kampanię informacyjną — przypominając, że Fundusz jest rekompensatą za majątki skonfiskowane przez komunistów. Klerykałów i tak Kościół nie przekona, reszta społeczeństwa wydaje się w najgorszym razie obojętna. Wizerunkowo gra nie jest warta świeczki.

Rządowi pozostaje wbijanie szpili, że biskupi nie mają chyba zaufania do własnych owieczek. Ale stracił przewagę. Fiasko negocjacji, czyli wszystko zostaje po staremu, uderzy przede wszystkim w gabinet Tuska. Rozczaruje część elektoratu PO, a na pewno nie spowoduje masowego odsunięcia się wiernych od Kościoła. No i jeszcze jedno: ilu członkom Episkopatu, zwłaszcza tym bliższym prawicy, miałoby zależeć na tym, żeby Platforma odtrąbiła sukces?

Co teraz zrobi Episkopat? Oczywiście nie odejdzie od stołu, ale to biskupi w gruncie rzeczy mają BATNĘ. Kościół, jeżeli nie zyska, na pewno nie straci albo straci niewiele. A już zebrał punkty, bo wyciągnął rękę do kompromisu. Nic dziwnego, że hierarchowie nie tracą dobrego samopoczucia. „Atmosfera rozmów z rządem się poprawiła, ale brakuje jeszcze konkretów” — oświadczył abp Józef Michalik, przewodniczący Episkopatu, po niedawnym posiedzeniu biskupów we Wrocławiu (21-23 czerwca). Jak poinformował kard. Nycz, hierarchowie wyrazili zadowolenie z „ewolucji poglądów strony rządowej”, czego wyrazem — jak oceniono — może być wywiad premiera dla „Tygodnika”. „Biskupi zdecydowanie opowiedzieli się za kontynuowaniem rozmów” — czytamy w komunikacie po 358. zebraniu plenarnym.

Miękkim lobem piłkę znowu przebito na połowę rządu. Drużyna biskupów rozgrywa niezły mecz. Jest spokojna o wynik. Bo Polska jeszcze kilka ładnych lat będzie krajem, gdzie za piłką biega dwudziestu dwóch facetów, a zawsze wygrywają biskupi.              

opr. ab/ab




Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: podatki konkordat Episkopat ubezpieczenia Fundusz Kościelny Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu odpis podatkowy na rzecz Kościoła minister administracji i cyfryzacji
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W