Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Tadeusz Jagodziński z Londynu

ŻYCIE W KRYZYSIE

Służba zdrowia w Niemczech i w Wielkiej Brytanii

Pierwsze dni wprowadzania reform w polskiej służbie zdrowia zdominowały informacje o protestach anestezjologów, chirurgów, pielęgniarek i położnych; mówi się nawet o groźbie strajku generalnego całego sektora medycznego. W tym dramatycznym momencie warto przyjrzeć się, jaki model opieki medycznej przyjęły kraje Europy Zachodniej. Jak wygląda ich system ubezpieczeń zdrowotnych, jak działają kasy chorych czy lekarze pierwszego kontaktu? Czy wprowadzanie reform odbywało się tam bezproblemowo? O sytuacji w Wielkiej Brytanii pisze Tadeusz Jagodziński, o Niemczech - Marek Orzechowski. Za tydzień o służbie zdrowia we Francji napisze Piotr Błoński.

"Największym problemem są pieniądze - mówi Rosa Benato, kierowniczka londyńskiej przychodni spółdzielczej, w której jestem zarejestrowany. - W państwowej służbie zdrowia wszyscy skarżą się na niedostatek funduszy. Regularnie przekraczamy budżet. Dostajemy miesięcznie 23 tysiące funtów na prowadzenie przychodni obsługującej 3400 pacjentów".

Znam kraje, w których o takich pieniądzach nie może nawet marzyć okręgowy szpital, ale w Wielkiej Brytanii to rzeczywiście niewiele. "Szczególne trudności napotykamy przy rekrutacji personelu - kontynuuje Rosa. - Przychodnia musi zatrudniać co najmniej dwójkę lekarzy na pełnych etatach, pielęgniarki, sekretarkę medyczną, sprzątaczkę...".

Brytyjczycy byli kiedyś niezwykle dumni ze swojego systemu opieki zdrowotnej. Obchodząca niedawno półwiecze swojego istnienia Państwowa Służba Zdrowia (NHS), czyli główny filar systemu opieki zdrowotnej w Wielkiej Brytanii, była instytucją pionierską. Jej utworzeniu przez labourzystowski rząd premiera Clementa Attlee przyświecały: duch egalitaryzmu i wiara w postęp, zapisane w zasadzie, że "każdy, niezależnie od wieku, płci, posiadanych środków czy wykonywanego zawodu będzie na równych prawach mógł korzystać z najlepszych i najbardziej zaawansowanych usług medycznych". Na pewno tamta rewolucja (bo to była rewolucja) wpłynęła na myślenie o powszechnie dostępnym (czytaj: bezpłatnym) lecznictwie w niejednym miejscu na świecie. Ale czasy się zmieniały: rozwijały się technologie, wydłużała się średnia wieku... Nieustannie rosły społeczne oczekiwania wobec medycyny - i presja na system.

Od końca lat 70. funkcjonowanie służby zdrowia stało się obok oświaty jednym z najbardziej zapalnych tematów politycznych. Jedni uważali, że NHS jest instytucją niegospodarną, która cierpi na przerosty organizacyjne i niczym gąbka pochłania niebotyczne sumy z kieszeni podatników (przykładowo: szacunkowe wydatki brytyjskiej służby zdrowia w bieżącym roku finansowym sięgają 45 miliardów funtów; w 80% sumę tę pokrywa się z podatków, około 12% to element składki ubezpieczeniowej opłacanej przez pracowników i pracodawców, niewiele ponad 2% wpływa z tytułu standardowych opłat za recepty i usługi stomatologiczne). Po drugiej stronie politycznego spektrum służba zdrowia była uznawana za szczytowe osiągnięcie państwa opiekuńczego, godne obrony za wszelką cenę i chronicznie niedofinansowane. Spory szybko nabrały charakteru ideologicznego. Tymczasem pacjenci dowiadywali się o coraz dłuższym okresie oczekiwania na operacje, oglądali przemęczonych lekarzy albo czytali o odpływie brytyjskich pielęgniarek za granicę. Dla każdego, kto zetknął się z działalnością angielskiego szpitala bądź przychodni w latach 80. albo 90., niewydolność systemu była oczywista.

System zaś tradycyjnie opierał się na instytucji lekarza rodzinnego. W tej chwili w prawie 59-milionowej Wielkiej Brytanii pracuje ich około 30 tysięcy. Dla pacjentów są pierwszym punktem kontaktu z państwową służbą zdrowia. Poza nagłymi przypadkami, tylko lekarz rodzinny może skierować do specjalisty albo na badania szpitalne (chyba że ktoś opłacał prywatne ubezpieczenie zdrowotne, ale to dotyczy zaledwie kilku procent Brytyjczyków). Próba reform musiała więc w jakiejś mierze objąć i lekarzy rodzinnych.

Zasadniczy kierunek przemian w okresie rządów konserwatywnych polegał na wszczepieniu służbie zdrowia elementów konkurencyjności i wolnego rynku. Nie zdecydowano się na prywatyzację, gdyż krok taki byłby politycznym samobójstwem; postawiono na oszczędności. Zamknięto liczne szpitale i kliniki. A urynkowieniu miał służyć podział na usługodawców, świadczących usługi medyczne i pobierających za nie opłaty, oraz dysponujących określonymi budżetami nabywców. Tę pierwszą grupę reprezentowały szpitale, pogotowia itd., kategorię "nabywców" utworzyły natomiast okręgowe władze służby zdrowia (okręgów jest przeszło 100, nazwijmy je tu zgodnie z polską nomenklaturą kasami chorych) oraz niektóre przychodnie lekarzy rodzinnych.

I właśnie w niewinnym na pozór słówku "niektóre" kryło się jedno z pęknięć reformowanego systemu. Cóż bowiem się działo, kiedy szpital miał do wyboru leczenie pacjenta przysłanego przez lekarzy szybko regulujących rachunki, oraz tych, którzy tego nie robią, bo odsyłają usługodawców do centralnie zarządzanego funduszu? Nietrudno zgadnąć. Sam do dziś czekam na wizytę u specjalisty zamówioną wczesną wiosną ubiegłego roku. Ponoć jest szansa w maju... Powodem oczywiście jest to, że moja przychodnia postanowiła nie gospodarować własnym funduszem na leczenie. "Jestem lekarzem, a nie administratorem - mówił mój dawny lekarz rodzinny, który już zresztą zrezygnował z pracy. - Nie odeślę pacjenta, mówiąc mu, że nie skieruję go do szpitala, choć powinienem, bo nie mam za co. To godzi w zasadę równego dostępu do państwowej opieki zdrowotnej".

Faktem jednak jest, że wprowadzone nie bez bólu i protestów w roku 1990 zmiany przyniosły pewne efekty. Z roku na rok notowano poprawę wyników finansowych, ostatnio Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) chwaliła nawet w raporcie brytyjską służbę zdrowia jako "instytucję niezwykle oszczędną" (nakłady na nią nie przekraczają 5,5% PKB, czyli o wiele mniej niż w innych wysoko rozwiniętych państwach). Co więcej, twierdzą eksperci, mimo rozmaitych napięć, cały system działa nie gorzej niż na przykład w USA. Każdego dnia brytyjscy lekarze rodzinni przyjmują 700 tys. pacjentów, a chirurdzy przeprowadzają 750 operacji na otwartym sercu. Dlatego labourzystowski rząd, który przejął schedę po konserwatystach w 1997 roku, bardzo ostrożnie wydaje się podchodzić do pomysłu demontażu reform, choć, będąc w opozycji, bardzo się urynkowieniu służby zdrowia sprzeciwiał. Słyszy się wprawdzie tu i ówdzie o uwolnieniu dodatkowych środków czy o rozporządzeniach zmuszających usługodawców, by wobec pacjentów kierowali się jedynie względami medycznymi, ale nikt jakoś nie mówi o całkowitym przekreśleniu zmian. Tylko w mediach nieustannie słychać o żądaniach podwyżek płac dla personelu medycznego czy o braku łóżek w szpitalach. Radio podało właśnie, że władze rozważają możliwość zatrudnienia pielęgniarek filipińskich, żeby ratować sytuację kadrową. Wolno chyba uznać, że kryzys jest w naszych czasach po prostu nieodzownym elementem istnienia państwowej służby zdrowia w Wielkiej Brytanii...




Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: lekarz pacjent Wielka Brytania Niemcy reforma służba zdrowia szpital opieka zdrowotna
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W