Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Wojciech Pięciak

Helmut Kohl przechodzi do historii

Był rok 1969, kiedy premierem landu Nadrenia-Palatynat został zaledwie 39-letni polityk Chrześcijańskiej Demokracji nazwiskiem Kohl. Dla partii oznaczało to wstrząs pokoleniowy: znaczna część ówczesnych liderów CDU zaczynała karierę jeszcze za cesarza Wilhelma... Nominacja okazała się wstrząsem także dla Nadrenii-Palatynatu, zwanej wówczas przez prasę lewicową "krajem buraków i zagubionych w górach winnic". Od początku istnienia RFN rządziła tutaj chadecja; tradycjonalistycznie nastawieni mieszkańcy, w większości katolicy, zagłosowaliby na przysłowiowego konia, gdyby znalazł się na liście CDU...

Tymczasem młody premier - najmłodszy spośród premierów krajów związkowych - praktykujący katolik żonaty z ewangeliczką, nie był "wsłuchanym w głos kościelnej hierarchii" klerykałem (jak pisał "Spiegel"). "CDU musi przyzwyczaić się do wygrywania wyborów bez poparcia listów pasterskich" - mówił w 1967 r. podczas dyskusji ze studentami. Taka wypowiedź, dziś oczywista, brzmiała inaczej w chwili, gdy na uczelniach zaczynała się "rewolucja 1968" - a w Nadrenii-Palatynacie szkoły podstawowe miały ciągle charakter wyznaniowy.

Jedną z pierwszych decyzji Kohla było właśnie zniesienie szkoły wyznaniowej, mimo protestów części hierarchii. Decyzja ta była początkiem reform gospodarczych i społecznych; gdy po siedmiu latach Kohl odchodził na fotel szefa frakcji CDU/CSU w Bundestagu, Nadrenia-Palatynat znajdowała się na czwartym miejscu w gospodarczym rankingu krajów związkowych RFN.

Obejmując urząd premiera Nadrenii-Palatynatu, Kohl powiedział: "Po 20 latach rządów CDU albo wyborcy przejdą do SPD, albo CDU odnowi się na tyle, że pragnienie zmiany stanie się nieaktualne". Wygląda na to, że dziś kanclerz zapomniał, co mówił prawie 30 lat temu.

"Era Kohla" - 16 lat na czele rządu (dłużej niż Adenauer) i aż 25 lat na czele partii - to w niespełna 50-letniej historii Republiki Federalnej cała epoka. Tymczasem w ciągu ostatnich lat kanclerska CDU specjalnie się nie zmieniła - ani programowo, ani personalnie. Niemcy stoją w obliczu nieuniknionych reform gospodarczych i społecznych, którym Kohl w ciągu ostatnich kilku lat nie podołał. Dla jego oceny wynik wyborów 27 września nie ma właściwie znaczenia. Jeśli nawet je wygra, to i tak najpewniej odejdzie, najpóźniej w roku 2000. A koniec jego epoki to także koniec pewnego etapu w historii RFN.

ŁASKA I ZADANIE

Ludwigshafen, w którym przyszedł na świat w roku 1930 Helmut Kohl, leży nad lewym brzegiem Renu, w Palatynacie - regionie, będącym przez wieki obiektem niemiecko-francuskiej rywalizacji. Wychowanie, jakie odebrał w domu rodzinnym, lewicowy publicysta Günter Gaus nazwie w latach 60. "na tyle niemiecko-narodowym, na ile pozwalał silny katolicyzm". To ważne zdanie, pomocne w zrozumieniu formacji intelektualnej późniejszego polityka.

Z jednej strony mamy bowiem wychowanie w duchu niemiecko-patriotycznym, z drugiej katolicyzm, który w II Rzeszy działał jak antynacjonalistyczny hamulec. Ojciec walczył jako porucznik podczas I wojny; ranny pod Verdun, otrzymał medal za odwagę. W Republice Weimarskiej pracował jako urzędnik skarbowy. Głosował na katolicką Partię Centrum i działał w "Stahlhelmie", związku żołnierzy frontowych, z którego wystąpił po objęciu władzy przez Hitlera, czym - jak wspomina syn - "bardzo zaszkodził sobie w karierze zawodowej".

Pewnego październikowego dnia 1938 r. - w Monachium dokonywano właśnie rozbioru Czechosłowacji - ojciec zjawił się w domu z pięcioma rowerami (Kohlowie mieli troje dzieci). Zapytany o ten zakup, odpowiedział krótko: "Wkrótce będzie wojna". Rok później Helmut stał z matką koło mostu na Renie i patrzył na kolumny uchodźców: chłopów z pogranicza francusko-niemieckiego ewakuowanych przez Wehrmacht. Wkrótce potem ojca zmobilizowano, a rodzina coraz więcej nocy spędzała w bunkrze przeciwlotniczym. Starszy brat Walter zginął na froncie zachodnim.

Pod koniec 1944 r. Helmuta ewakuowano wgłąb Rzeszy, wiosną 1945 trafił do obozu młodzieżowego w Berchtesgaden. 20 kwietnia 1945 r., w ostatnie urodziny Führera, uczestników obozu zgromadzono na stadionie. Przemówienie wygłaszał szef Hitlerjugend Arthur Axmann; na koniec odebrał od młodzieży przyrzeczenie na wierność Hitlerowi... A kiedy było już po wszystkim, Helmut z kilkoma kolegami ruszył w kilkutygodniową drogę do domu - przez rozpadające się państwo i "niewyobrażalny klimat końca świata"...

"Łaska późnego urodzenia" - zwrot, którym Kohl określił kiedyś swój stosunek do najnowszej niemieckiej historii, trafił już do podręczników. W wydanych w 1996 r. wspomnieniach kanclerz tak go tłumaczy: "Należę do pokolenia, które własnymi oczami oglądało wojnę i dyktaturę, było jednak za młode, by być uwikłanym w winę. Wyraziłem to w 1984 roku w dyskusji z posłami Knesetu w Jerozolimie, mówiąc, że jestem wdzięczny za »łaskę późnego urodzenia«. Od tego czasu wielokrotnie przekręcano sens mych słów (...). Słowo »łaska« nie oznacza jednak prawa do wymigiwania się od wspólnej odpowiedzialności za krzywdy i zbrodnie, popełnione w imieniu Niemiec. Odwrotnie: oznacza ono zobowiązanie. Trzeba uczynić wszystko, by na niemieckiej ziemi nigdy więcej nie było możliwe bezprawie, zniewolenie i brak pokoju".

I dalej: "To, że uniknęliśmy uwikłania w winę, nie jest moralną zasługą mojego pokolenia. To raczej przypadek: urodziliśmy się akurat w tym momencie. Nie daje nam to prawa do zbiorowego potępiania pokolenia, które świadomie przeżyło czas III Rzeszy, i któremu nie dane było doświadczyć tej »łaski«".

CZŁOWIEK PARTII

Kariera Kohla nie przebiegała w świetle jupiterów. Dowodzi ona, że siła mediów jako "czwartej władzy" nie jest aż tak absolutna. Z tekstów prasowych, których autorzy prorokowali koniec Kohla - najpierw jako lidera CDU, potem kanclerza - można ułożyć grubą antologię.

Kohl miał 17 lat, kiedy razem z grupą kolegów założył w Ludwigshafen "Junge Union" (młodzieżowkę CDU); gdy tylko skończył 18 lat, wstąpił do partii. Dlaczego wybrał chadecję, a nie na przykład socjaldemokratów? Sam mówił później, że SPD wydawała mu się bardziej konserwatywna, a powstająca od nowa chadecja - bardziej nowoczesna.

Od początku był typem lidera. Zaczynał jednak od klejenia plakatów: jako licealista, przed pierwszymi wyborami w 1949 r. rozlepiał afisze CDU. Wtedy po raz pierwszy zobaczył Adenauera; 10 lat później wystąpił w jego towarzystwie na wiecu w Ludwigshafen. Adenauer miał powiedzieć, że "kto tak wcześnie zaczyna w polityce, ten musi uważać, by nie stać się cynikiem".

Cynikiem Kohl chyba nie został, natomiast jego kariera była istotnie zdumiewająco szybka. W wieku 29 lat był już posłem do Landtagu, w wieku 33 lat - szefem frakcji CDU. Jako 36-latek został szefem CDU w landzie, trzy lata później - premierem. W 1973 r. objął funkcję szefa całej CDU, w 1982 r. - kanclerza.

Droga do władzy nie przebiegała jednak bezboleśnie. "Mało który z zachodnioniemieckich polityków był tak krytykowany, poniżany i wyszydzany" - pisał "The Times" w 1982 r. To, że się nie załamał, świadczy, iż mieli rację ci, którzy pisali, że pod dobrodusznym wyglądem - fajka, brzuszek, słabość do dobrej muzyki, wina i jedzenia - kryje się "zdumiewająca twardość". Świadczy to też o jego umiejętności prowadzenia gry o władzę, co później nazwano "systemem Kohla" (funkcję szefa danego szczebla w partii obejmował dopiero w chwili, gdy był już członkiem kolejnego w hierarchii gremium partyjnego, co dawało mu zabezpieczenie).

Poza tym - umiał czekać. W latach 60., gdy chwiały się rządy chadecji, proponowano mu urzędy ministerialne w Bonn. Ale odmówił: wolał budować swą pozycję w Nadrenii-Palatynacie. Kiedy w 1969 r. chadecja utraciła władzę na rzecz SPD, Helmut Kohl okazał się jednym z niewielu liderów prawicy, nie związanych ze starym partyjnym establishmentem.

WBREW UPOKORZENIOM

Gdy w 1973 r. Kohl zostawał szefem CDU, chadecja od czterech lat znajdowała się w opozycji. Zadaniem był więc przede wszystkim powrót do władzy. Szybko okazało się, że nowy przywódca walczyć musi nie tylko z SPD, ale i z liderem "bratniej" CSU Franzem-Josefem Straußem. Strauß nie cierpiał Kohla i dawał temu wyraz przy każdej okazji. Do historii przeszło przemówienie z jesieni 1976, w którym powiedział o Kohlu: "To totalny nieudacznik. Do bycia kanclerzem brakuje mu charakteru i kwalifikacji duchowych i politycznych".

Wybory z 1976 r. - pierwsze, w których startował jako kandydat chadecji - okazały się dla Kohla trudne z powodu... sukcesu. CDU/CSU zdobywając ponad 48 proc. stały się najsilniejszą frakcją w Bundestagu. Ale w parlamencie zasiadały wtedy tylko chadecja, SPD i liberałowie (FDP) jako "języczek u wagi", rząd SPD-FDP Helmuta Schmidta miał o cztery głosy więcej i Kohl skazany był na opozycyjność. A liberałowie opuścić Schmidta nie chcieli - kością niezgody była m.in. "polityka wschodnia", kontestowana przez chadecję.

Na prawicy przeważał wówczas pogląd, że CDU/CSU powinny walczyć o zdobycie absolutnej większości. Inaczej Kohl - przekonany, że w zmieniającym się społeczeństwie prawica nie ma szans rządzić samodzielnie i należy budować sojusz z FDP.

Miał rację - ale okazało się to dopiero w roku 1982. Pod koniec lat 70. wydawało się wręcz, że kariera Kohla dobiega końca. Powody były dwa: wspomniana strategia na zbliżenie z FDP, wedle Straußa "zamazująca kontury polityki opozycji", i sam Strauß, który zza kulis inspirował anty-Kohlowe intrygi. W efekcie w 1980 r. kandydatem CDU i CSU na kanclerza został Strauß. Wierzono, że ma on szansę zdobyć absolutną większość, polaryzując społeczeństwo hasłem "wolność albo socjalizm". Nie zaprzątano sobie głowy sondażami, w których wypadał źle. Kohl musiał ustąpić, a media - lewicowe i prawicowe - prześcigały się w wieszczeniu jego końca. Pocztówki z Kohlem zniknęły już z księgarni przy Bundestagu - ironizował "Frankfurter Rundschau".

Kohl przełknął upokorzenie i lojalnie włączył się do kampanii wyborczej Straußa. Dziś biografowie kanclerza skłonni są uważać, że kryła się za tym chłodna kalkulacja. W 1980 r. sondaże mówiły, że CDU/CSU mają niewielkie szanse na wygraną, pojawiały się natomiast sygnały o tarciach między liberałami a SPD oraz pierwsze kłopoty gospodarcze, spowodowane polityką budżetową lewicy. W efekcie to, co interpretowano jako upokorzenie, wyszło Kohlowi na dobre. Uniknął drugiej klęski, Strauß natomiast otrzymał szansę, o której zawsze marzył - i spektakularnie przegrał. Konkurent został wyeliminowany - i równocześnie pozyskany. Bo jeśli wierzyć publicznym zapewnieniom Straußa - ujęło go, że Kohl lojalnie prowadził nie swoją kampanię.

Wkrótce przyszła jesień 1982 r. i liberałowie opuścili rząd Schmidta. Drogą konstruktywnego wotum nieufności kanclerzem został Kohl. Gdy obejmował urząd, dziennikarze byli przekonani, że to "kanclerz przejściowy". Ale wiosną 1983 CDU dostała 48,8 proc. głosów - i był to najlepszy jej wynik od czasów Adenauera.

PRAGMATYCZNY CHADEK

Konflikt Strauß - Kohl dotyczył nie tylko personaliów, ale i czegoś głębszego: filozofii politycznej. Słuchając dziś zarzutów, jakie politycy prawicy stawiają socjaldemokracie Schröderowi, trudno oprzeć się wrażeniu déja vu. Bo dokładnie to samo na początku lat 80. zarzucano Kohlowi: brak jasnych poglądów w konkretnych sprawach, zbytni pragmatyzm, brak doświadczenia w polityce zagranicznej itd. Słynny jest dziś bon mot szefa frakcji CDU/CSU w Bundestagu, Wolfganga Schäuble, że trudno polemizować ze Schröderem, bo "krytykowanie jego poglądów przypomina przybijanie budyniu gwoździem do ściany". Otóż dowcip ten pojawił się już w 1975 r. w prasie lewicowej. Mowa była wtedy o... Kohlu.

Co więcej, w przypadku Kohla anegdota ta jest trafna - pragmatyzm i wolę kompromisu uczynił on swoimi podstawowymi zasadami, podnosząc je do rangi cnót. Bez tego trudno byłoby mu nie tylko rządzić przez 16 lat, ale i szefować partii, mającej w nazwie przymiotnik "chrześcijańska" - w społeczeństwie, w którym związki z Kościołami są coraz słabsze. W 1979 r. mówił o CDU: "W naszej demokracji większość może zdobyć tylko taka partia masowa, która łączy w sobie trzy podstawowe prądy: liberalny, chrześcijańsko-społeczny i konserwatywny".

Wracamy tu do problemu: dlaczego tłumacząc swój wybór z 1947 r. Kohl nie odwoływał się do światopoglądu, ale do "nowoczesności" chadecji przeciwstawionej "konserwatyzmowi" SPD? Słabością partii politycznych w Republice Weimarskiej był ich środowiskowy charakter (np. Partia Centrum odwoływała się do katolików; kwestia, czy wyborca był robotnikiem czy kapitalistą, była drugorzędna). W 1945 r. zaczęło się to zmieniać. Christian Graf von Krockow tak pisał w książce "Niemcy, ostatnie sto lat": "Ważne zmiany uwidocznił proces budowania partii, przede wszystkim CDU. Cokolwiek miało oznaczać »wysokie C« - chrześcijańskość jako »wartość podstawowa« - Unia okazała się racjonalnie zmierzającą do sukcesu partią masową czy też »narodową«. Jej sukces stworzył wzorzec: socjaldemokraci otrzymali swoją szansę dopiero z chwilą, gdy także zrozumieli potrzebę zmiany. (...) »światopogląd« utracił znaczenie".

"WUJEK Z PROWINCJI"

Gdy 1 października 1982 r. Helmut Kohl został kanclerzem, furorę po kabaretach robił dowcip: "Czego dowodzi ten wybór? Tego, że w naszej demokracji kanclerzem może zostać naprawdę każdy". Wtórowała temu większość mediów. Kohl nigdy nie był ich ulubieńcem. Dziennikarze jeździli po nim jak po łysej kobyle nawet wtedy, gdy odnosił niewątpliwe sukcesy. Przyczyniły się do tego zarówno jego poglądy, działające na lewicę jak płachta na byka, jak i jego staromodność. Nie potrafił, a może nie chciał być "showmanem".

W 1982 roku maniakalnie wręcz porównywano go z poprzednikiem, diagnozując u nowego kanclerza "kompleks Schmidta". W istocie były to przeciwstawne charaktery: Schmidt - chłodny logik i precyzyjny erudyta o mentorskim zacięciu (podobno lubił pouczać Reagana, przez niemiecką lewicę traktowanego jak prostaka z Dzikiego Zachodu), i Kohl - "wujaszek z prowincji" chętnie używający wielkich słów, "kanclerz mieszczuchów".

Tak jest do dziś. Zdumiewający był w tym roku upór stale podkopującej Kohla "trójki z Hamburga" (tygodniki "Spiegel", "Zeit" i "Stern") w pomniejszaniu jego zasług i kreowaniu socjaldemokraty Schrödera. Zjednoczenie? Ot, zbieg pomyślnych okoliczności. Wprowadzenie euro? Może i Kohl tego chciał, ale tak naprawdę wymogli to na nim Francuzi jako cenę za zjednoczenie Niemiec.

Lewicowych krytyków drażniło u Kohla chyba wszystko, nawet to, że co roku jeździ na wypoczynek do Austrii: latem do St. Gilgen nad Wolfgangsee, a w Wielki Post do Hofgastein na kurację odchudzającą. Irytowały jego pewność siebie, proste hasła, bratanie się z tłumem. Bo Kohl jak mało który polityk lubi tłum. "Süddeutsche Zeitung" tak pisała o wiecu CDU w Rostocku przed pierwszymi wolnymi wyborami w NRD: "Gdy Kohl dotarł w końcu na mównicę przez tłum, jego prawa dłoń była podrapana i lekko krwawiła. Ale wyglądał na wzruszonego i szczęśliwego". A osoby towarzyszące kanclerzowi podczas podróży do Polski w lipcu 1995 r. wspominały, że bardzo przeżywał spontaniczną owację, jaką zgotowano mu podczas spaceru ulicami Krakowa.

Kohl nie lubi sztywnej atmosfery oficjalnych spotkań. Weteran międzynarodowych szczytów, z rozbawieniem wspomina początkujących kolegów-polityków, którzy na takich spotkaniach "siedzą wczepieni w swoje akta". Sam zwykle próbuje rozruszać towarzystwo; to on wprowadził obyczaj, że szefowie rządów jadą dziś na obrady wspólnym autobusem. W sytuacjach trudnych umie być twardy. Przed zjazdem CDU w 1989 r. lekarze orzekli, że powinien natychmiast poddać się operacji prostaty. Kohl odmówił i, zagryzając wargi z bólu, doprowadził do usunięcia z władz partii swych oponentów.

"DUCHOWO-MORALNA ODNOWA"

Obejmując rządy, Kohl ogłosił z trybuny Bundestagu potrzebę "duchowo-moralnego przełomu" w Niemczech. Te słowa będą wracać jak bumerang, najczęściej w formie krytyki czy wręcz drwiny. Seria afer personalnych i finansowych w latach 80. postawiła bowiem pod znakiem zapytania aspiracje prawicy do moralnej wyższości nad lewicą. Samego Kohla jednak afery te szczęśliwie omijały, a co istotniejsze - hasło "odnowy" miało jeszcze drugie, poważniejsze dno.

W swoich wspomnieniach Kohl opowiada, że w 1982 r. stał przed trzema poważnymi zadaniami. Po pierwsze, musiał przezwyciężyć zaczynającą się w Niemczech recesję. Po drugie - przeforsować w kraju akceptację dla planów dozbrojenia NATO jako odpowiedzi Paktu na sowieckie rakiety SS-20. Była to kwestia wiarygodności Niemiec, a w konsekwencji przyszłości całego NATO. Kanclerz musiał stoczyć tu bitwę z lewicą i z ruchem pokojowym, gromadzącym setki tysięcy demonstrantów. Trzecim problemem było wyjście z impasu, w jakim znalazł się proces integracji europejskiej.

Te trzy cele Helmut Kohl zrealizował. Uporządkował budżet, ograniczył zadłużenie, rozwinął eksport i zapewnił tak szybki wzrost gospodarczy, że w 1989 r., wedle tygodnika "Wirtschaftswoche", koła gospodarcze uważały go za najlepszego kanclerza w historii RFN. Naprawił popsute przez SPD stosunki z USA i pchnął do przodu integrację europejską, którą traktował zawsze jak życiową misję. Gdyby nie Kohl i jego upór, Europa zachodnia nie przygotowywałaby się dziś do wprowadzenia euro.

Ale - jak się rzekło - hasło "duchowo--moralnej odnowy" miało jeszcze drugie dno. Dziennikarz lokalnej "Frankfurter Neue Presse" już w 1983 r. pisał, że dalekosiężnym celem politycznym Kohla jest "pojednanie niemieckiego narodu z samym sobą". Oraz - dodajmy - odbudowanie jego zachwianej świadomości narodowej.

W pamiętnikach kanclerz wspomina, jak to w roku 1982 "Republika Federalna znajdowała się w głębokim kryzysie. (...) Był to także kryzys duchowo-moralny, jako rezultat niepewności w stosunku do własnej historii, do wielu podstawowych wartości etycznych i cnót społecznych, do państwa i prawa - i wreszcie niepewności wobec własnej świadomości narodowej".

Drobiazg, ale charakterystyczny: zaraz po objęciu urzędu Kohl polecił, aby za biurkiem każdego ministra zawisła flaga narodowa. Na początku lat 80., czyli w czasach, gdy podczas grania hymnu RFN piłkarze z narodowej "jedenastki" nie śpiewali (jak czynią to dziś), ale żuli gumę, taki gest znaczył wiele.

"NIEMCY, NASZA OJCZYZNA"

Odbudowa niemieckiej tożsamości narodowej i "ostateczne pozostawienie za sobą cieni przeszłości" w stosunkach między Niemcami a sąsiadami - tak w największym skrócie można opisać ideowe cele, które przyświecały Kohlowi.

Wraz z nim powróciło też sformułowanie o "nakazie zjednoczenia narodu niemieckiego" - wywołując alarm na lewicy, że oto po dekadzie odprężenia nastanie znów zimna wojna. Ale obawy się nie sprawdziły. "Zmiana władzy - pisze historyk Heinrich August Winkler w książce "Kwestie sporne najnowszej historii Niemiec" - nie oznaczała odwrotu od socjalliberalnej polityki wobec kwestii niemieckiej i wobec Wschodu. Partie chadeckie zaakceptowały traktaty wschodnie jako podstawę polityki zagranicznej RFN".

Strategia pozostała więc taka sama; zmieniła się taktyka. Przed rokiem 1982 politycy SPD zdawali się godzić z podziałem Niemiec, a niektórzy okazywali nawet fascynację "dobrymi (socjalnymi) stronami" NRD. Natomiast rząd Kohla, przyznając Berlinowi wschodniemu kolejne preferencyjne kredyty, a w 1987 r. goszcząc w Bonn Honeckera, stawiał raczej na filozofię, którą Hans-Dietrich Genscher nazwał "realizowaniem celu narodowej jedności" nie przez konfrontację, ale zbliżenie.

Spór, jaki wybuchł w Niemczech po zjednoczeniu o to, czyja "Deutschland- i Ostpolitik" na przestrzeni 40 lat istnienia RFN była jedynie słuszna, należy do nierozstrzygalnych. Być może najsensowniejsze wyjaśnienie dają ci, którzy próbują dokonać syntezy i twierdzą, że z punktu widzenia interesów podzielonego narodu w danym momencie historycznym właściwa była zarówno polityka Adenauera, jak i Brandta/Schmidta czy Kohla.

POLITYKA SYMBOLI

Sięgając ku irytacji lewicy po takie zwroty, jak "nasz naród", "umiłowana ojczyzna" albo "patriotyzm", Kohl nie ma jednak na myśli "powrotu do przeszłości". Pojęcie narodu, nowoczesnego narodu niemieckiego, wpisuje się dlań w hasło: "Palatynat (czyli "mała ojczyzna"), Niemcy, Europa".

Moja polityka - pisze we wspomnieniach - "jest w swej istocie antynacjonalistyczna. (...) Opiera się na przekonaniu, że porządek europejski z wieku XIX i początków XX, który stał pod znakiem rywalizacji, sporów granicznych i problemów z zachowaniem równowagi, musi zostać przezwyciężony i zastąpiony ponadnarodową wspólnotą państw. Właśnie dlatego, że w Niemczech blizny po II wojnie światowej pozostały tak długo widoczne, Niemcy pozostawili za sobą raz na zawsze myślenie w kategoriach sfer wpływów i sfer władzy oraz wąski nacjonalizm".

Dla zrozumienia filozofii Kohla ważny jest jego stosunek do historii, zwłaszcza najnowszej, dla Niemców najtrudniejszej. "Dopełniliśmy tego, co Adenauer i de Gaulle rozpoczęli, obejmując się w katedrze w Reims w 1962 r.: niemiecko-francuskiego pojednania" - tak wspomina spotkanie z Mitterrandem na polu bitwy pod Verdun. Wyraźna jest u niego wola "dopełnienia spraw historycznych". "Nie wolno zapominać o zbrodniach popełnionych przez narodowych socjalistów i ich pomocników. Trzeba podtrzymywać i budzić pamięć o nich". Ale trzeba też pamiętać, że Niemcy się zmienili, zbudowali porządek demokratyczny, włączyli w zachodnią wspólnotę wartości i dowiedli, że wyciągnęli lekcję z historii. Dlatego w 50 lat po wojnie należy "odkreślić przeszłość grubą kreską". To sformułowanie pada we wspomnieniach wiele razy. Wizja Kohla wygląda chyba tak: przeszłość jest obecna w naszej pamięci, ale nie rzutuje już na nasze obecne stosunki z sąsiadami, nie obciąża młodego pokolenia i nie odbiera mu prawa do odczuwania dumy z faktu bycia Niemcem.

Symbole - powtarza Kohl za Mitterrandem - "mają ogromne znaczenie dla pamięci historycznej". Stąd waga "polityki symboli" w budowaniu nowej niemieckiej tożsamości. Polityka ta polegała na tworzeniu nowych symboli pozytywnych (wizyta na cmentarzu ofiar blokady Leningradu w 1975 r., spotkanie w Verdun, Msza w Krzyżowej), albo odnawianiu znaczenia miejsc obciążonych historycznie - jak Reichstag czy Berlin jako nowa stolica. Że była to czasem polityka ryzykowna, świadczy awantura po spotkaniu Kohl - Reagan na cmentarzu w Bitburgu, na którym pochowano także młodych żołnierzy SS poległych pod koniec wojny.

"CO SIĘ STAŁO Z NIEMCAMI?"

Czy Kohl zrealizował cele, które stawiał sobie w 1982 roku? Odpowiedź brzmi: tak i nie. Przede wszystkim: to on zjednoczył w 1990 roku Niemcy, przy aprobacie wszystkich sąsiadów. Tak, to prawda, że "Jesień Ludów" była dlań prezentem od historii. Ale była też szansą, którą wykorzystał po mistrzowsku. Co prawda formalne zjednoczenie nie oznaczało jeszcze, że Niemcy czują się naprawdę jednym narodem. To paradoks, że dziś Ossis i Wessis są nadal - mentalnie - podzieleni. Tylko czy Kohl mógł na to coś poradzić?

Poza tym - to Kohl położył w latach 90. polityczne podwaliny pod nowe państwo, czyli "Republikę Berlińską". Bo choć formalnie w 1990 r. Niemcy zachodnie jedynie powiększyły się o pięć nowych landów, faktycznie powstał nowy twór polityczny: "postklasyczne państwo narodowe" (Winkler). "Republika Berlińska" jest państwem demokratycznym, trzonem NATO i UE, sojusznikiem USA - oraz Polski. Kohl wiele razy powoływał się na "polityczny testament" Adenauera: zadanie pojednania z Francją, Izraelem i Polską, i choć historycy wątpią dziś, czy Adenauer kiedykolwiek coś takiego powiedział, to liczy się fakt, że żaden kanclerz RFN, oprócz Brandta, nie uczynił dla budowania partnerstwa z Polską tyle co Kohl.

Krytycy Kohla mówią dziś, że podczas gospodarczego jednoczenia popełniono wiele błędów, np. zbyt szybko wprowadzając unię walutową na korzystnych dla NRD-owców zasadach. To zapewne prawda - tyle że w 1990 r. prymat miała polityka. Zimą 1990 NRD po prostu zaczęła się rozpadać i alternatywą był nowy Mur.

SPORY O PRZESZŁOŚĆ

Co zaś z głębszą płaszczyzną "odnowy duchowej"? Sam Kohl zdobywa się we wspomnieniach na krytykę rodaków, nazywając ich "Freizeitgesellschaft" - społeczeństwem, w którego hierarchii wartości naczelne miejsce zajmuje dziś sposób spędzania wolnego czasu i które "niewiele ma zrozumienia dla takich cnót jak samodyscyplina".

A świadomość historyczna współczesnych Niemców? Wedle jednych - a jest ich większość - wielkie debaty historyczne lat 90. (np. wokół książki Daniela Goldhagena czy planów budowy Pomnika Holocaustu) pokazują, że w Niemczech nadal trwa "konsens wokół historycznej winy". Inni jednak wskazują, że gwałtowność tych debat świadczy paradoksalnie o zmianie klimatu, i że kolejne pokolenia będą mieć bardziej zrównoważony stosunek do niemieckiej historii.

Tymczasem w swoich wspomnieniach Kohl pisał: "Jako kanclerz podjąłem wiele inicjatyw, mających na celu wspieranie i umacnianie świadomości historycznej; tak powstało w Bonn Muzeum Historii RFN, a w Berlinie Niemieckie Muzeum Historyczne. Te instytucje mają przekazywać rzeczywistość historyczną, do której przynależą jasne i ciemne rozdziały naszej historii. (...) Nie mamy prawa wyszukiwać [z historii] tylko tego, co nam akurat pasuje". W takiej filozofii nie mieściła się np. słynna wystawa "Zbrodnie Wehrmachtu", pokazująca tylko jedną, "czarną" stronę, i oskarżająca Wehrmacht jako instytucję (a więc pośrednio 19 milionów jego żołnierzy). A jednak to ona trafiła w latach 1995-98 na pierwsze strony gazet, przyciągnęła tysiące zwiedzających i wywołała emocjonalne dyskusje.

W latach 90. w Niemczech trwał spór dwóch szkół patrzenia na historię. Jak pisał Frank Schirrmacher: "Pierwsza szkoła powiada, że narodowy socjalizm, a w szczególności Holocaust stanowią nieszczęsne centrum niemieckiej historii. (...) Druga głosi, że narodowy socjalizm i Holocaust to potworne momenty, które nie mogą jednak rzucać cienia na jej całość". Formacja ideowa Kohla opowiedziałaby się niewątpliwie za drugą wizją; tymczasem na razie wygrywa szkoła pierwsza.

ZMIERZCH KANCLERZA

16 lat rządów Kohla można podzielić na cztery etapy. Pierwszy - do roku 1989; drugi - lata 1989/90, czas jednoczenia Niemiec; trzeci - do roku 1994, okres pierwszej euforii. Etap czwarty - czas powolnego zmierzchu - stał nie tylko pod znakiem powszechnie znanych kłopotów z integracją byłej NRD, ale i rosnących problemów wewnętrznych.

Mniej więcej w połowie lat 90. stało się jasne, że nie da się dłużej utrzymać słynnego "niemieckiego modelu" dobrobytu, w którym współgrały ze sobą prosperująca gospodarka, solidaryzm społeczny i rozdęte państwo socjalne. Koniec zimnej wojny, który zapewnił Kohlowi miano "ojca zjednoczenia", wyzwolił równocześnie procesy globalizacji, które w połączeniu z nową rewolucją technologiczną uderzyły w niemiecką gospodarkę, wywołując masowe bezrobocie. Coraz oczywistsza stawała się potrzeba głębokich reform: podatków, rent i emerytur, oświaty, służby zdrowia, zwalczania przestępczości, prawa o obywatelstwie. Ale Kohl, który na początku lat 80. wyprowadził niemiecką gospodarkę na prostą, teraz jakby osłabł. Próbował zmian, ale po wyborach 1994 r., które wygrał zaledwie kilkoma głosami, jego pole manewru stawało się coraz węższe. Nie wypaliła reforma podatkowa (zablokowana przez SPD). Połowicznymi tylko zwycięstwami zakończyły się spory o obniżenie kosztów pracy albo wydłużenie godzin pracy sklepów. Wreszcie zimą 1998 r. koalicja Kohla przegrała (po raz pierwszy od 16 lat!) głosowanie - o zwiększenie uprawnień policji.

Publicysta "Neue Zürcher Zeitung" postawił niedawno interesującą tezę: że źródłem kłopotów Niemców w reformowaniu gospodarki jest fakt, iż po 1945 r. niemiecka prawica ideowo oparła się na nauce społecznej Kościoła, akcentującej kwestie socjalne i solidaryzm społeczny. W efekcie nie ma dziś w Niemczech siły politycznej, która byłaby w stanie przeprowadzić radykalne reformy. Bo któż ma zreformować państwo opiekuńcze i dostosować je do wymogów światowej konkurencji, jeśli nośnikiem modelu socjalnego stała się w RFN prawica?

Czy Kohl był w ogóle w stanie w latach 90. zliberalizować system? O rakowatym przeroście państwa opiekuńczego trąbi dziś nawet prasa lewicowa (w zestawieniu z Polską RFN jawi się jako kraj prawie socjalistyczny...). Tyle że, aby to zmienić, Kohl musiałby postąpić wbrew sobie - wbrew temu, czego przed pół wiekiem uczył go Johannes Finck. Ks. Finck, przed wojną poseł Partii Centrum i znawca nauki społecznej Kościoła, był jedną z tych postaci, które kształtowały nastoletniego działacza młodzieżówki CDU.

Jakiekolwiek by były tego przyczyny - kolos gospodarczy, który pozostawia następcom Kohl, wymaga gruntownej renowacji.

Kanclerzy RFN podzielić można wedle ich wpływu na kierunek rozwoju Niemiec. Spośród poprzedników Kohla w pierwszym szeregu umieścić trzeba dwóch: Adenauera i Brandta. Pierwszy stworzył podstawy Republiki Federalnej, wiążąc ją z Zachodem; drugi poprzez "Ostpolitik" otworzył RFN na Wschód, a w polityce wewnętrznej stał się symbolem odejścia od mentalności państwa paternalistycznego ku społeczeństwu otwartemu.

Nieważne, czy Helmut Kohl wygra swoje ostatnie wybory. Miejsce w pierwszym szeregu ma już zapewnione.

Wojciech Pięciak



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: katolicyzm Bundestag CDU Helmut Kohl Adenauer chadecja Strauß Republika Federalna Niemiec Ostpolitik
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W