Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

"Tygodnik Powszechny" nr 47/2009

Marek Zając

Kapitał raz jeszcze

Nie trzeba obalać kapitalizmu, tylko go zreformować.
Lekiem dla współczesnej ekonomii są trzecia droga wytyczona między liberalnym indywidualizmem a komunistycznym kolektywizmem oraz katolicka nauka społeczna — czytamy w... „Kapitale” Marksa.

Pracujesz coraz więcej, ale zarobki nie rosną proporcjonalnie do twojego zaangażowania. Masz etat, ale z trudem wiążesz koniec z końcem. Zastanawiasz się, czy stać cię na utrzymanie kolejnego dziecka. Musisz po godzinach siedzieć w biurze, a w domu nocami kończysz raporty i bilanse, ale nawet przez myśl ci nie przejdzie protestować przeciw łamaniu prawa pracy. A może ostatnio szef postawił cię pod ścianą: zgodzisz się na obniżkę wynagrodzenia albo na twoje miejsce znajdzie się ktoś inny?

Wiraż

Arcybiskupa Reinharda Marksa, wieloletniego ordynariusza Trewiru, od 2008 r. urzędującego w Monachium i Fryzyndze, uważa się za ghostwritera encykliki „Caritas in veritate”. Opublikowany w Niemczech „Kapitał” okazał się w zeszłym roku bestsellerem; tylko w pierwszych dwóch tygodniach sprzedano 40 tys. egzemplarzy. Ta polemika z autorem dzieła o identycznym tytule, a kuzynem abp. Marksa tylko po nazwisku — to jednocześnie erudycyjna analiza wolnorynkowych dogmatów w globalnym wydaniu XXI w.

Diagnoza brzmi następująco: świat znalazł się na ekonomicznym zakręcie, a na dodatek ostro wchodząc w łuk — straciliśmy kontrolę nad pojazdem. Pogłębia się przepaść między społeczeństwami rozwijającymi się a rozwiniętymi. Miliard ludzi musi przeżyć za mniej niż dolara dziennie. Najbogatszy 1 procent mieszkańców świata dysponuje ponad 40 procentami majątku globu; biedniejsza połowa populacji musi się zadowolić mizernym jednym procentem.

Ale nawet w krajach pozornie sytych klasa średnia, która miała być ukochanym dzieckiem kapitalizmu, zamiast zyskiwać — traci. Chociaż od 1973 do 1994 r. realny produkt krajowy brutto USA wzrósł o 33 proc. na mieszkańca, przeciętna płaca robotnika i urzędnika niższego szczebla zmalała o 19 proc. i zatrzymała się na poziomie z lat 50. Na początku lat 70. amerykański menedżer zarabiał 25 razy więcej niż robotnik, po trzech dekadach już 500 razy więcej. Optymistyczne statystyki dotyczące bezrobocia to tylko mydlenie oczu — twierdzi abp Marx — rosną bowiem szeregi tzw. working poor. To ci, którzy na etatach zarabiają tak marnie, że wylądowali poniżej granicy ubóstwa, praktycznie pozbawieni możliwości rozwoju.

Widmo krąży

Arcybiskup ostrzega: świat stanął na krawędzi, podobnie jak w XIX w., gdy industrializacja rozsadzała skostniałe struktury wywodzące się z feudalizmu. Dziki paleokapitalizm tamtych czasów groził rewolucją wyzyskiwanych robotników. Triumfu marksizmu — poza Rosją — udało się jednak uniknąć, dzięki stopniowemu wprowadzaniu prawa pracy i ustawodawstwa socjalnego, płac minimalnych, ubezpieczeń itd. Tamta umowa społeczna, zawarta w bogatych krajach Północy między proletariatem a kapitalistami, przyniosła obu stronom dziesięciolecia prosperity. Ważką rolę w poszukiwaniu racjonalnego kompromisu odegrali również ludzie Kościoła, m.in. wielokrotnie przywoływany w książce mistrz abp. Marksa — bp Wilhelm Emmanuel von Ketteler.

Jednak w erze globalizacji na nic się zdadzą stare rozwiązania i formuły — tłumaczy abp Marx. Gdy kapitał przepływa swobodnie między kontynentami, reguły ustalane w ramach gospodarek narodowych tracą na znaczeniu. A konflikt między pracodawcą i pracownikiem, stanowiący niegdyś główny punkt odniesienia dla „Manifestu komunistycznego”, zamienił się w starcie między pracownikami konkurującymi o jak najlepszą posadę. Pracodawcy pozostaje stać z boku i zacierać ręce.

Autor przytacza przykład Nokii (perswazyjna siła książki bierze się właśnie ze wskazywania konkretnych przypadków). Latem 2007 r. w obwodzie Kluż w Siedmiogrodzie wybuchła euforia — fiński koncern rozpoczął budowę fabryki. Olbrzymią działkę Nokia otrzymała od władz za darmo — w przekonaniu, że inwestycja wygeneruje tysiące miejsc pracy i miliony dolarów z podatków.

W tym samym czasie w Bochum bezsilni robotnicy protestowali przed fabryką... zamykaną przez Nokię. Koncern, w poszukiwaniu niższych kosztów, po prostu przeniósł biznes do tzw. nowej Europy. Tragikomiczny jest przy tym fakt, że w latach 90. Nokia zdążyła wyssać z kasy niemieckiego państwa kilkadziesiąt milionów euro subwencji — zobowiązując się, że zagwarantuje pracę trzem tysiącom ludzi do września 2006 r. W tym samym roku rozpoczęła negocjacje z Rumunami. A trzeba dodać, że notowała w tym okresie rekordowe zyski.

To memento także dla Polski — na razie przyciągamy inwestorów, ale niewykluczone, że za kilkanaście lat wielcy tego świata w poszukiwaniu jeszcze większych zysków przeniosą się do Afryki czy na Daleki Wschód.

I choć u nas na razie trudno byłoby uznać rewoltę niezadowolonych mas za realne zagrożenie, jednak w innych regionach niepokojąco narasta frustracja — by przypomnieć tylko o płonących przed kilku laty przedmieściach francuskich miast czy wyborczych sukcesach latynoskich populistów.

Schody

Jak zatem uniknąć ogólnoświatowej rewolucji? Odpowiedź arcybiskupa nie zaskakuje: lekiem jest katolicka nauka społeczna, dobrze wyregulowana tzw. społeczna gospodarka rynkowa, trzecia droga wytyczona między liberalnym indywidualizmem i komunistycznym kolektywizmem. Nie trzeba obalać kapitalizmu, tylko kapitalizm zreformować — na nowo odpowiadając na pytanie, ile wolnego rynku, a ile państwa, w tym również regulacji o charakterze globalnym. Nie trzeba walczyć z globalizacją, ale skierować ją na właściwe tory. Zysk jest celem ważnym, ale nie może być jedynym — rozstrzygającym kryterium pozostać musi człowiek i jego dobro. Dlatego trzeba zerwać z dwoma dominującymi imperatywami. Ekonomiczny głosi, że pod żadnym pozorem nie wolno przeszkadzać temu, co przynosi zysk; technologiczny — że realizować należy wszystko, co możliwe technicznie.

Wywód abp. Marksa opiera się na często wykorzystywanym przez katolicką naukę społeczną sylogizmie praktycznym: widzieć — oceniać — działać. Pierwsze dwa stopnie autor pokonuje w błyskotliwym stylu. Argumentacja przygniata logiką, język charakteryzuje przejrzystość i precyzja (wyrazy uznania dla tłumacza). To nie jest żonglerka cytatami z papieskich encyklik, lecz solidna analiza płynnie przechodząca w eseistykę. Schody zaczynają się dopiero przy pytaniu o konkretne działania.

Byłoby nieuczciwe powiedzieć, że książka nie podaje żadnych recept. Inspirujące dla

polityków powinny być np. rozważania, na czym powinna polegać skuteczna polityka prorodzinna. Już w XIX w. Friedrich List wyłożył brutalną prawdę, że z punktu widzenia państwa obywatel hodujący świnie jest produktywnym, a wychowujący potomstwo — bezproduktywnym członkiem społeczeństwa. By zerwać z tym chorym rachunkiem, abp Marx postuluje obniżanie wysokości składki na ubezpieczenie społeczne w zależności od liczby dzieci.

Ale tu nie chodzi nawet o konkretne rozwiązania — Kościół zastrzega przecież, że ich opracowanie i wdrożenie pozostawia ekspertom, a sam stoi na straży generalnych zasad. Abp Marx ma rację, że katolicka nauka społeczna nie proponuje „kompletnego przepisu kulinarnego, lecz mówi, co powinna zawierać dobrze zrobiona zupa”.

Kłopot w tym, by — rozwijając tę metaforę — kucharze chcieli gotować wedle zasad podsuwanych przez Kościół. Bo jak przekonać koncern Nokia i jego konkurentów, aby kierowali się prymatem człowieka nad zyskiem i zrezygnowali ze śrubowania wyników finansowych? Jak nakłonić państwa bogatsze do wsparcia biedniejszych regionów, skoro z międzynarodowego zobowiązania, by przeznaczać zaledwie 0,7 proc. swego dochodu narodowego brutto na rzecz krajów rozwijających się, wywiązało się raptem pięć państw: Dania, Holandia, Luksemburg, Norwegia i Szwecja?

Rachunek bankiera

Ewangelia wzywa do wzięcia krzyża na własne barki, rozdania majątku bliźnim, nadstawiania drugiego policzka i miłości nieprzyjaciół. To trudne, ale w każdym pokoleniu znajdują się jednostki gotowe iść stromą drogą. Jednak problem z urzeczywistnieniem postulatów katolickiej nauki społecznej polega na tym, że jednostkowe poświęcenie niewiele zmieni. Potrzeba zmian systemowych — i tu jest pies pogrzebany.

W rozważaniach abp. Marksa podskórnie wyczuwa się przekonanie, że otrzeźwienie nastąpi, gdy nadejdzie nieuchronny kryzys. W tym sensie jego książka okazała się połowicznie prorocza: kryzys nadszedł, ale otrzeźwienie nie nastąpiło. W upadające banki i firmy ubezpieczeniowe wpompowano miliardy z kieszeni podatników — zgodnie z zasadą, że zyski się prywatyzuje, a straty można upaństwowić. Po kilku tygodniach paniki i pomstowania na niepowstrzymaną żądzę zysku — po dramatycznym wyznaniu Alana Greenspana, że się pomylił — po kosmetycznych reformach — wszystko zdaje się wracać do poprzedniego stanu.

Pod koniec września tego roku w tygodniku „Stern” ukazał się artykuł pt. „Powrót chciwości”. Redakcja opublikowała m.in. rachunek z 19 lutego, który za zabawę z przyjaciółmi w londyńskim klubie „Maya” uiścił jeden z bankierów. Na kwotę ponad 43 tys. funtów złożyły się m.in. dwie butelki szampana Dom Perignon po 9 tys. funtów. Opuszczając imprezę, pijany bankier miał ponoć wybełkotać: „To na konto tego dupka Gordona Browna” i rzucić na stół tysiąc funtów napiwku, czyli prawie 5 tys. złotych.

Budowa jednej studni w Afryce kosztuje 12 tys. złotych.

Marek Zając

Abp Reinhard Marx, „Kapitał. Mowa w obronie człowieka”, wyd. Homo Dei, Kraków 2009.


tygodnik.onet.pl


opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: nowa Europa ekonomia kapitał kryzys gospodarczy Nokia inwestorzy Reinhard Marks
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W