Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Kaganek w toalecie

Obawiam się, że już niedługo zakończą życie w dwóch prywatnych kanałach osławione reality shows, a ja nie zdążę dorzucić garści osobistych złośliwości do tego, czym od kilkunastu tygodni żywi się nasza prasa. Reality shows nie doczekało się jeszcze poprawnego tłumaczenia na polski, widać ustawa o języku nie zachęca do poszukiwań. Co więcej słownikowo poprawne tłumaczenie jest już od dawna zajęte przez filozofów. Jeśli przyjmiemy, że słowo „reality” oznacza rzeczywistość, musimy podjąć debatę o tym, czy po pierwsze, rzeczywistość istnieje, a po drugie, czy mamy narzędzia, żeby ją poznawać i rozumieć i dalej już się sypią odnośniki do Immanuela Kanta, a wcześniej biskupa Berkeleya, Descartes'a, czyli Kartezjusza i tak dalej aż do antyku. Big Brother i jego polsatowski kuzyn nie skłaniają do erudycyjnych popisów i zapewne dlatego z anglosaskim pragmatyzmem przyjmujemy, że rzeczywistość istnieje i jest identyczna z tym, co oglądamy na ekranie. „Show” możemy tłumaczyć słowem „widowisko”, ale wszystko lepiej brzmi pod obcą nazwą, która nie zahacza niczym o filozofię.

Przyznam z pokorą, że obu polskich widowisk udało mi się nie oglądać, po pierwsze z braku czasu (bo bardzo wiele podróżuję), po wtóre z braku zainteresowania, oglądałem bowiem przed rokiem niemieckie wcielenie Big Brothera, a co więcej, miałem szansę porozmawiać z ludźmi, którzy go produkowali. Od nich usłyszałem, że naczelnym hasłem, jakie przyświeca tej imprezie, jest przeciętność. To ma być wszystko bardzo zwykłe — uczestnicy dobrani wedle klucza, by mieścili się poniżej średniej, czyli byli jak najbardziej nijacy. Jak rozumiem i polskie wcielenie raczej nie odbiega od tej zasady.

W tym momencie nasze drogi się rozchodzą. Jestem gotów jako widz poświęcić chwilę czasu na to, by poznawać ludzi nieprzeciętnych. W kinie czy teatrze płacę za bilet po to, by spotkać ludzi niezwykłych. Zwykłych codziennie spotykam na ulicy, w tramwaju czy autobusie. W starym dowcipie dotyczącym teatru czy szerzej widowiska mówiło się, że w sztuce jest podobnie jak w zoo, kupujemy bilet, by zobaczyć zwierzęta zupełnie niezwykłe, takie, których nie ma na naszych łąkach i polach. Chcemy oglądać słonia i żyrafę, nosorożca i antylopę, natomiast krowy czy kozy nie będziemy oglądali za biletem.

W ostatnim numerze „Kina” czytam cytaty z egzaltowanego współczesnego francuskiego filozofa, który zagłębia się w opisywanie możliwie jak najzawilej zjawiska w rodzaju Big Brohter jako współczesnego hipervoyeuryzmu, dzięki któremu „telewizja staje się polisemiczna”, czyli mówiąc zwyklej wieloznaczna. Autor z „Kina” relacjonując meandry filozofa spostrzega, że telewizja staje się dzisiaj medium hiperdemokratycznym i z tego powodu oddala się od sztuki, a zbliża do społeczeństwa.

Przykro mi, bo ja się oddalam. Rozumiem, że miliony chciały obejrzeć ciekawostkę i przewiduję, że podobnie jak w innych krajach, w Polsce reality shows rychło się znudzą, bo nie może być w nich nic naprawdę ciekawego, jako że z założenia są one tak nudne jak my sami w naszym najgorszym wcieleniu. A ponieważ wcześnie zacząłem, to także wcześniej kończę i oddalam się od mas Polaków, czyli od społeczeństwa, nie przeżywając hiperdemokracji jako wartości, wręcz przeciwnie — pamiętam, że wszystko, co powszechne, jest raczej podejrzane.

Czuję, że od powyższych rozważań jest już krok do debaty na tematy objęte niepisanym tabu — takie jak na przykład elityzm czy Ortega y Gasset. Dlatego, dla załagodzenia złego wrażenia, które robię na tych wszystkich, co chcą iść razem masami czy z masą i uważają to za cnotę, przytoczę za mym przyjacielem reżyserem opowieść o tym, jak przed dwudziestu laty remontował on dwór pod Warszawą. W toku remontu we dworze znalazła się toaleta i wtedy wśród niektórych sąsiadów pojawiły się słowa dezaprobaty dla tych, którzy zamieszkali we dworze i „niby kulturalni, a załatwiają się u siebie w domu, pod tym samym dachem, pod którym śpią i jedzą”. Nie sposób odmówić tej myśli krztyny sensu, ale jak to możliwe, pytałem wtedy, by ci ludzie, mieszkający tak blisko Warszawy, nie wiedzieli, że jest to powszechne w miastach rozwiązanie. I wtedy zrozumiałem, że nigdy w telewizorze nie widzieli nikogo, kto załatwia swoje fizjologiczne potrzeby w toalecie. Big Brohter przyniósł do nich kaganek oświaty, dziś już wiedzą.

PS. Mój przedni sąsiad z tylnej strony poświęcił swój felieton memu felietonowi. Przysłowie mówi, że nic nas nie dzieli głębiej niż wspólne wspomnienia. Boję się, że w roku wyborczym złe i dobre wspomnienia PRL-u nabierać mogą doraźnych kontekstów. Dlatego zaniecham tego ciekawego skądinąd tekstu, świadom, że wprawdzie często dzielę stronę z Panem Profesorem Stommą, ale czytelników mamy nie tych samych.


opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: kultura media film społeczeństwo telewizja krytyka Zanussi Big Brother reality show