Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao



Krzysztof Zanussi

Zły Rabin

Marakesz jest nazwą, która brzmi apetycznie, pachnie egzotyczną przygodą. Jeśli dodać jeszcze, że leży u stóp gór Atlasu, był kiedyś stolicą Maroka (które ponoć nazywano wówczas Marakeszem) i mieści największe pałace, w których król zaprasza gości na kolację, to wszystko składa się na pociągające zaproszenie na Festiwal Filmowy, który powstał przed rokiem i przeżywa już drugą edycję. Organizacją festiwalu zajęli się w głównej mierze Francuzi i dzięki ich pośrednictwu udało się pozyskać obecność Francisa Forda Coppola, Davida Lyncha i licznych francuskich gwiazd, od Catherine Deneuve po Jeanne Moreau. Sfrustrowani koledzy filmowcy z Maroka dawali wyraz niezadowoleniu, że pieniądze królewskie (czyli narodowe) idą na galowe przyjęcia i bankiety, które relacjonują liczne telewizje różnych krajów. Ale kiedy policzyć, można zauważyć, że koszt festiwalu nie przekracza budżetu jednego filmu, a Maroko potrzebuje promocji, ponieważ żyje z turystyki, a w proporcji do budżetów promocyjnych festiwal filmowy to taniocha, za którą osiąga się rozgłos i rozpowszechnia przekonanie, że kraj jest bezpieczny, mimo że muzułmański i można go odwiedzać bez obawy.

Muzułmańskość była zamierzonym tłem dla planowanej debaty o dialogu religii i kultur. Organizatorzy zaprosili do rozmowy postacie pierwszego garnituru. W Marakeszu pojawił się wieloletni minister kultury Jack Lang, filozof Bernard-Henri Levy i pomocniczy biskup Paryża di Falco. Niestety, w ostatniej chwili temat uległ zmianie. Z dialogu religii i kultur zostały rozważania o demokracji i przemocy w kulturze. Jak podano za kulisami, Maroko ma niedługo wybory i temat okazał się zbyt wybuchowy, niemniej już dobór panelistów spowodował, że w dyskusji powracało pytanie o to, czy taki dialog ma sens i czy w ogóle jest możliwy. Maroko jest szczególnie dalekie od wszelkiego fundamentalizmu. Nie przypadkiem było pierwszym z muzułmańskich krajów, w którym na zaproszenie poprzedniego króla złożył wizytę państwową Jan Paweł II i przemówił na stadionie w Casablance do młodych wyznawców islamu. Kilkanaście lat po tej wizycie rozmowa na temat dialogu wydawała się nieunikniona. I chociaż się nie odbyła w oficjalnych ramach festiwalu, to jednak w jakimś stopniu miała miejsce.

Ilekroć uczestniczę w podobnych panelach, staram się sam sobie odpowiedzieć na pytanie, czym rzeczywiście jest dialog. Czy polega na tym, że cierpliwie wysłuchamy się wzajemnie, czy też oznacza coś więcej. Pozwolić innym głosić swoje racje, to zaledwie elementarny wymóg tolerancji (czy po prostu dobrego wychowania). Ale trzeba było wieków na to, by ludzie przełamali niechęć i zgodzili się, by w ich obecności ktoś głosił wiarę niezgodną z ich przekonaniami. Można więc powiedzieć, że samo przyzwolenie na to, że ktoś obok głosi obce poglądy religijne, jest swoistym triumfem tolerancji, pod warunkiem, rzecz jasna, że strony są naprawdę do swoich poglądów przywiązane. (Bo jak im jest wszystko obojętne, to tolerancja nie jest trudna, ale też ma dosyć małą cenę). Dialog, intuicyjnie rzecz biorąc, to jest coś więcej niźli przyzwolenie, by inni głosili odmienne poglądy niż nasze. Dialog kojarzy się z wymianą.

W wypadku przekonań religijnych oznacza to, że bierzemy pod uwagę, iż na skutek dialogu nasz pogląd ulegnie zmianie. Błąka mi się po głowie fascynująca historia polskiego dialogu dominikanów z grupą Żydów skupionych wokół słynnego rabina Franka, który bodajże po dwudziestu latach debaty przyznał, że Chrystus był Mesjaszem i pociągnął za sobą współwyznawców. W oczach dzisiejszego świata był to akt katolickiego prozelityzmu. Przechrztów posądza się o konformizm albo interesowność (choć ówcześnie wierzono w szczerość ich wyznania wiary). Mnie po ponad dwu stuleciach zastanawia, czy dominikanie — jako strona w dialogu — byli także gotowi podjąć ryzyko przyznania, że Chrystus nie był Mesjaszem? Mylę, że jako model dialogu polska historia frankistów jest mało zachęcająca. Cóż więc pozostaje, jeśli mamy unikać dialogu głuchych? Wzajemne poznanie, przejrzenie się w oczach innych? Bo przecież nie synkretyzm, czyli religijność na zasadzie wyboru tego, co lubię w każdym spotkanym systemie. Pewną nadzieją napawa obserwacja, że na najwyższym szczeblu wszelkich religijnych doświadczeń, tam, gdzie istnieje mistycyzm, czyli żywe obcowanie z absolutem, gołym okiem widać podobieństwa, choć drogi były różne i z różnych punktów wszyscy startowali. Czy mamy wolność wyboru drogi, czy człowiek grzeszy pychą, odrzucając to, co mu dane w jego najbliższej kulturze? Jeden z licznych laickich uczestników panelu, świetny francuski psychoanalityk (z pochodzenia marokański Żyd), odpowiedział na moje pytanie anegdotą o rabinie, który miał rozsądzić dwóch skłóconych Żydów, i wysłuchawszy pierwszego, powiedział mu: masz rację. Po czym, kiedy drugi wyłożył swój pogląd, rabin także przyznał mu rację. Wtedy uczniowie napadli na rabina mówiąc, że nie można wszystkim przyznawać racji. A on im powiedział: macie rację. Ja tam myślę, że uczniowie mieli rację i że to wcale nie był dobry rabin.


opr. MK/PO

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Żydzi globalizacja religia felieton fundamentalizm muzułmanie Zanussi
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W