Psiapsiółkują o Jezusie

Co dla człowieka niemożliwe, okazuje się możliwe dla Boga. Kamila i Margarita, kiedy pięć miesięcy temu rozpoczynały swoją podcastową przygodę, nie przypuszczały, że Pan zaprowadzi je do Kościoła katolickiego. W pewnym sensie nikt nie musiał ich do niczego zachęcać ani nawet niczego tłumaczyć, z łaski Bożej same odkrywały skarbiec Kościoła.

Algorytmy, które choć karmione wiedzą o mnie, wciąż jeszcze nieczęsto trafiają w moje potrzeby z propozycjami podsuwanymi do oglądnięcia na youtubie. Tym razem dałem się skusić tytułem „Dlaczego przeszłyśmy z protestantyzmu na katolicyzm”. Warto od czasu do czasu posłuchać, pomyślałem sobie, choćby ku pocieszeniu katolickich serc, że i w tę stronę wydarzają się konwersje. Zgodnie z wyuczonym pesymizmem zakładałem, że po kilku minutach rozczaruję się i poskroluję dalej. A jednak to dobre jest, zostałem do końca!

Niespodzianka

Ale od początku. Podcast „Rozmawiamy o Jezusie” prowadzą dwie kobiety. Wszystko w ogóle jest tutaj w stylu kobiecym: od kolorów i kwiatków na mikrofonach aż po emocjonalny sposób rozmawiania. Ot, dwie psiapsiółki, które opowiadają swoje historie, na sposób kobiecy, tak że spektrum jest tutaj szerokie, od śmiechu i szczebiotania aż do powagi i łez wzruszenia.

Historia tych dwóch pań-gospodyń podcastu jest rzeczywiście fascynująca. Od (pozornie) dynamicznego Kościoła zielonoświątkowego do (pozornie) statycznego Kościoła katolickiego droga wydaje się niemal niemożliwa do przebycia. Nieraz się nawet zastanawiałem, czy miałbym serce przekonywać znajomych zielonoświątkowców, żeby swoje doświadczenie zboru porzucili na rzecz odkrywania małomiasteczkowej parafii, w której prócz największego skarbu Mszy św. niewiele jest do odkrycia.

Ale co dla człowieka niemożliwe, okazuje się możliwe dla Boga. Kamila i Margarita, kiedy pięć miesięcy temu rozpoczynały swoją podcastową przygodę, nie przypuszczały, że Pan zaprowadzi je do Kościoła katolickiego. Nie tego oczekiwały, zakładając podcast. W pewnym sensie nikt nie musiał ich do niczego zachęcać ani nawet niczego tłumaczyć, z łaski Bożej same odkrywały skarbiec Kościoła. Do tego stopnia, że niejeden katolik może pozazdrościć im wyraźnego sensus fidei. Teraz szczebioczą już jako katoliczki.

Welcome home

Zatem witajcie, drogie Panie, w domu! Rozgośćcie się, czujcie się właśnie jak u siebie w domu. Niech starsi bracia-domownicy od urodzenia uczą się od Was odkrywać to, co sami mają od początku, a z czego nie zawsze korzystają w pełni. Rozweseliłem się, gdy słuchałem tych niesamowitych dla katolika „odkryć Ameryki” – bo Amerykę trzeba wciąż odkrywać na nowo, z czym zapewne zgodziliby się ojcowie założyciele.

Panie opowiadają na przykład, jak to Pan Bóg jest oczywiście wszędzie, ale jednak pojawiła się u nich potrzeba modlitwy w świętym miejscu (w kościele). Albo jak to ten sam Pan, który przecież oczywiście wspiera wierzących w swoim słowie, jednak jakoś inaczej daje pociechę, gdy spotyka się Go obecnego w Najświętszym Sakramencie. Albo jak doświadczywszy wcześniej modlitwy uwielbienia, teraz odkrywają cichą adorację czy też, o zgrozo, modlitwę różańcową (której zdaje się ma być poświęcony kolejny odcinek).

Rozmowa jest niemal zupełnie nieteologiczna. I może na szczęście – na razie tak właśnie miało czy musiało być. Tym bardziej wybrzmiało w tej rozmowie świadectwo o łasce Bożej, która zaprowadziła panie do Kościoła katolickiego. Zawsze twierdziłem, że to w Kościele katolickim jest możliwa prawdziwa sola gratia, a poza nim są możliwe jedynie podróbki; dokładnie odwrotnie, niż zakładają protestanci. Dlatego w Kościele katolickim można uspokoić serce, a razem z nim swoją pobożność. Okazuje się, że nie trzeba ani długich modlitw, ani studiów biblijnych, grupek dzielenia, modlitw uwielbienia i tych wszystkich dodatków do „tylko łaski”.

Odkrywanie domu

Spokojnie, panie Kamila i Margarita, które na razie porywają się na posty trwające trzy miesiące – wyczyn heroiczny dla katolika – z czasem nieco wyluzują, ustabilizują się, i, pół żartem, dojrzeją do piątkowego postu od mięsa. A kto wie, czy dzięki Bogu nie porzucą nawet tej nadmiernej egzaltacji, którą razem z duchowością zielonoświątkową wnoszą do Kościoła katolickiego. „Tradycyjna” w rozumieniu protestanckim sola fide w chrześcijaństwie charyzmatycznym przerodziła się w sola experientia.

I rzeczywiście, gdy słucha się psiapsiółkowania i świadectwa obu pań, odnosi się nieodparte wrażenie, że tam wszystko musi być oparte na doświadczeniu, uzasadnione subiektywnym przeżyciem, bez którego jawiłoby się nieprawdziwe. Wszystkie poruszenia serca utożsamiane są od razu z działaniem Ducha Świętego. Kto obracał się w środowiskach charyzmatyczno-ewangelizacyjnych, nie zdziwi się, że rozmowę musiała zakończyć niby to biblijna modlitwa otwarcia serca i zaproszenia do niego Jezusa.

Będziemy zatem spokojnie czekać na odkrywanie „zwyczajnej niezwyczajności” życia ucznia Chrystusa w miejsce „nadzwyczajnej niezwyczajności”. Na razie szczebiot Kamili i Margarity trąci mocno fideizmem, ale z czasem odsłoni się zapewne oczom pań słoń obecny w katolickim domu. Na imię mu „wiara i rozum”. Jedno i drugie jest darem Boga, bo jeden jest Stwórca i Zbawiciel. Ale już teraz za dotychczasową drogę gospodyń podcastu, a przede wszystkim za przekroczenie progu domu: chwała Panu!

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« ‹ 1 › »