On przywołał dziecko, postawił je przed nimi. Skąd się tam wzięło to dziecko? Pan Jezus nie nauczał dzieci, a przynajmniej ewangeliści nic na ten temat nie mówią. Mówił do rodziców, którzy z woli Boga powinni być pierwszymi wychowawcami w wierze. Wiemy jednak, że wśród tłumów, które gromadziły się wokół Niego były kobiety i dzieci. Dziecko, które przywołał, było tam ze swoją matką lub ojcem. Raczej niewiele rozumiało z nauk Jezusa, ale dwóch rzeczy mogło być świadome. Po pierwsze, rodzice ufają Nauczycielowi, co było poważnym powodem, aby również zaufać. Pamiętam, że 4-letni syn mojej bratanicy początkowo nie umiał umieścić mnie w jakimś zrozumiałym dla niego miejscu w konstelacji rodzinnej, trudno oczekiwać, aby nazywał mnie dziadkiem stryjecznym. W związku z tym, w rozmowie z rodzicami, określił mnie jako „ksiądz, którego tak lubicie”. Po drugie, dzieci, choć łatwo je nabrać lub zmanipulować, mają z natury większą wrażliwość na to, co nadprzyrodzone. Dlatego dziecko wyczuło, że może zaufać Jezusowi, nawet bardziej niż rodzicom. Kiedy więc Jezus je zawołał, podbiegło od razu. Jeśli była to dziewczynka, może dla zasady zrobiła minę „wstydzę się”, ale stojąc przy Jezusie nie czuło strachu, choć wszyscy się na nie patrzyli. A z Jego słów zrozumiało, że ma za opiekuna jednego z potężnych duchów, o których opowiadali rodzice i to jest jego „własny” anioł.
Ufność i odwaga. To są cechy dziecka, które powinno przyjąć każde dziecko Boże. Odwaga, która ma początek w zaufaniu Ojcu, którym jest sam Bóg.
Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Otaczająca nas kultura nie sprzyja dojrzewaniu w człowieczeństwie. Cierpią na tym ludzie młodzi, którzy dziś częściej niż kiedyś obawiają się podjąć odpowiedzialność za innych, co widać na przykład w odkładaniu czy wręcz rezygnacji z założenia rodziny. Nie pomagają im w tym „dzieci” ze starszego pokolenia, którzy mimo upływu lat w sprawach najważniejszych zachowują się często jak nastolatki. A tutaj Pan Jezus mówi, abyśmy stali się jak dzieci. Parę lat temu czytałem książkę, w której autor opisując niepokojące zjawisko braku dojrzałości u dorosłych, jako jeden z czynników wskazał... religię chrześcijańską i wezwanie Pana Jezusa do bycia jak dzieci. Choć ów autor miał ambicję opisania społeczeństwa w oparciu o twarde dane dostarczane przez socjologię, nie zauważył dość oczywistego faktu, że niepokojące go zmiany społeczne idą w parze z dechrystianizacją. Tym niemniej, pytanie wydaje się zasadne: Czy Pan Jezus oczekuje od nas, abyśmy nie dojrzewali, a wręcz się cofali w rozwoju?
Pan Jezus mówi jednak o czymś innym. Mamy podjąć wysiłek, aby mieć w sobie pozytywne cechy dziecka w relacji z naszym Ojcem Bogiem. A to jest właśnie zaufanie i odwaga. Chrześcijanin dojrzewa, kiedy w swym Ojcu znajduje siłę, aby stawiać czoła wyzwaniom, które niesie życie. Niedojrzały, dziecinny dorosły nie ma w sobie ufności i odwagi. Owszem, może być zadufany w sobie. Może mieć w sobie dziecięcy egoizm i brak odpowiedzialności, który u np. 6 latka nie jest wadą, tylko naturalnym i przejściowym etapem rozwoju. Nie ma to jednak nic wspólnego z dziecięctwem Bożym.
Jeśli się nie odmienicie. To musi być moja decyzja, bo Bóg uczynił mnie wolnym. Zarazem ta odmiana jest możliwa tylko wtedy, gdy jest odpowiedzią na miłość Ojca. Ona jest na początku, bez niej mój wysiłek byłby daremny i mógłby prowadzić nie do dziecięctwa, lecz zdziecinnienia. Aby stać się jak dziecko, muszę najpierw uznać, że z woli Boga, jestem Jego synem lub córką.