Jezus próbuje odpocząć z uczniami w ustronnym miejscu. Ale tłumy dowiadują się gdzie jest i biegną tam pieszo, wyprzedzając łódź. Można by się denerwować – zero prywatności, plany w gruzach. Ale Marek pisze: „Wzruszył się głęboko, bo byli jak owce nie mające pasterza”.
To greckie esplanchnisthē oznacza współczucie płynące z wnętrzności, z samego środka istoty. Jezus widzi nie tłum natrętów, ale zagubione owce. Ludzi głodnych nie tylko chleba, ale sensu, kierunku, nadziei. I zaczyna ich uczyć.
Wieczorem uczniowie mówią: „Odpraw ich, niech idą kupić sobie jedzenia”. Jezus odpowiada: „Wy im dajcie jeść”. Uczniowie są zdruzgotani: „Mamy iść i kupić chleba za dwieście denarów?” – tyle zarabia robotnik w pół roku. Niemożliwe. Jezus pyta: „Ile macie chlebów?” Pięć chlebów i dwie ryby. Nic wobec pięciu tysięcy głodnych.
Ale Jezus bierze te pięć chlebów, błogosławi, łamie, rozdaje. I wszyscy jedzą do syta. Zostaje jeszcze dwanaście koszów ułomków. Cud nie polega na tym, że Jezus stworzył coś z niczego. Polega na tym, że wziął to mało, co mieli, i uczynił z tego wystarczające dla wszystkich.
My też często mówimy: mam tak mało, jestem tak słaby, moja wiara tak krucha. Ale Jezus nie czeka aż będziemy mieli więcej. Bierze to, co mamy – te pięć chlebów naszej wiary – błogosławi, łamie i mnoży. Nie chodzi o to, ile mamy. Chodzi o to, czy jesteśmy gotowi oddać to w Jego ręce.