Człowiek, który wyprawił ucztę musiał być kimś ważnym, skoro stać go było na wyprawienie wielkiego przyjęcia. Zaprosił ludzi, których uznawał za swych przyjaciół. Zaproszeni wymawiają się grzecznie, nie chcąc go urazić. Jednak nie traktują go jako przyjaciela, bo przecież wówczas odpowiedzieliby na zaproszenie. Powody są błahe, wręcz absurdalne, w słowach Pana Jezusa wyraźnie czuć ironię. Nie przychodzą, bo im się nie chce, może kiedyś przyjdą, ale dziś nie. Skoro stać ich na kupno pola, wołów lub wesele, to możliwość zjedzenia sutej kolacji nie jest dla nich jakąś naglącą potrzebą bytową. Organizator uczty może poczekać, wyprawić kolejne przyjęcie, jeszcze będzie okazja się spotkać.
Kiedy Pan Jezus opowiadał tę przypowieść, metafora zaproszonych na ucztę odnosiła się do tych Żydów, którzy w Chrystusie nie chcieli zobaczyć obiecanego Mesjasza. Byli pierwszymi zaproszonymi, otrzymali objawienie zawarte w księgach Starego Testamentu, doświadczyli w swej historii działania Boga. Ostatecznie jednak, nie podjęli wysiłku, aby odpowiedzieć na zaproszenie. Dziś zaproszeni na ucztę są symbolem ludzi, którzy nie musieli włożyć wysiłku, aby odkryć skarb wiary. Otrzymali go, na ogół wraz z wychowaniem, nie doświadczyli też jakiegoś dramatycznego kryzysu, w którym musieliby tego skarbu bronić. Ulegli jednak temu, co tradycja Kościoła nazywa letniością lub lenistwem duchowym. Człowiek w takim stanie nie odwraca się wprawdzie od Boga, ale jest On dla niego coraz mniej ważny. Nie ma wrogości, ale nie ma też głębokiej miłości. Najwyżej przyzwyczajenie. Czas takiego przydarza się w relacjach międzyludzkich, w przyjaźniach, w małżeństwie. Dwoje ludzi niegdyś sobie bliskich, zaczyna być wobec siebie coraz bardziej obojętnymi, mimo że nie nastąpiło żadne gwałtowne pęknięcie.
Gdy przestaję widzieć wiarę jako bezcenny dar od Boga, mogę zacząć zachowywać się jak owi zaproszeni na ucztę. Wypełniam niezbędne obowiązki wynikające z wiary, ale nic ponadto. Odmówię jedną modlitwę dziennie, pójdę w niedzielę na Mszę i raz w roku się wyspowiadam, bo takie jest minimum, ustalone przez Kościół. A często odpuszczam sobie i to minimum, w końcu Bóg mnie kocha, to chyba się nie przejmie, kiedy któregoś razu nie pojawię się na niedzielnej Eucharystii. To tak jak obywatel, który uważa, że płacenie podatków zamyka temat jego miłości do ojczyzny, nie obchodzi go jak funkcjonuje państwo, czy szanowne są normy moralne, prawo i instytucje, jak żyją inni obywatele. Chyba że podatki wzrosną albo nie dostanie się do lekarza, wtedy trochę ponarzeka.
Kapelan pewnego katolickiego akademika w Hiszpanii opowiadał mi o studencie, który mieszkając w nim nawrócił się na wiarę katolicką. Po nawróceniu szczególne znaczenie dla niego miała Eucharystia. Ponieważ w akademiku była sprawowana Msza święta, uczęszczał na nią codziennie. Nie mógł pojąć, dlaczego większość studentów, zadeklarowanych katolików, tego nie robi. Dla niego Msza nie była obowiązkiem lecz darem i wydawało mu się oczywiste, że trzeba z niego korzystać, szczególnie, gdy jest wręcz podany „na tacy”. Obyśmy nie pozwolili owładnąć się letniości, która sprawia, że nie przyjmujemy najwartościowszych darów Bożych, wśród których jest możliwość spotkania Chrystusa, która daje nam siebie w Najświętszej Eucharystii.