Może za dużo było odpraw, narad, biurek, kawek, herbatek, plotek z ręką na ustach i romansów z uchem do ucha. Zbyt wielki był mały kompleks w środku serca, że jest się tylko katechetą, a nie pełnoprawnym sorem albo sorką. Bo nie policzą przedmiotu do średniej, bo nie zdaje się religii na maturze, bo nie można oblać.
Specjaliści od medialnego komentarza na próżno dyskutują o tym, że katechezę w polskich szkołach można było osadzić prawnie na kilka lat przed dorwaniem się do steru władz, dla których ulubioną rozrywką będzie eksperyment rozmontowania narodowego spoiwa między kulturą a wiarą. Niczego za bardzo nie można było przygotować, skoro poważną ustawę z pieczątką prezydenta wypiera podpisana na kolanie uchwała.
Dla pewności w powietrzu dźwięczy jeszcze ostatnie echo po zdaniu pani minister, która brutalnie wystrzeliła do mediów, że biskupi walcząc o lekcję religii w szkołach, tak naprawdę kłócą się o kasę. A przecież kto walczyłby o młodych, podpowie ewangelia, stokroć tyle zyska.
Przez dwadzieścia lat mojej pracy duszpasterskiej w Janie Chrzcicielu – proboszcz zamyślił się, popatrzył w dal, jakby sięgał gdzieś daleko wyobraźnią czy pamięcią – pracował tu tylko jeden ksiądz wikariusz, za którego czasów było pełno młodzieży na parafii. Ksiądz Rafał nosił długie włosy, to fakt, ale ważniejsze było, że chodził za młodymi, a młodzi chodzili potem za nim. Ich ścieżki spotykały się jakoś w parafialnym ogrodzie, gdzie mogli rozmawiać godzinami. Widziałem jak spowiadał ich tam – nie w konfesjonale właśnie ale między drzewami.
Dla mnie, księdza starszego pokolenia, było to nieco ekscentryczne, lecz nie wtrącałem się. Ksiądz Rafał robił z młodymi dużo dobra. Nie rozdawał im żadnych indeksów ale skutecznie prowadził pod pierwszą wiarę. Nosił w sobie wiele zdrowej empatii, chociaż mniej roztropności. Pewnego dnia złośliwy chłopak z domu, w którym nigdy nikt nie przychodził do kościoła, nagrał księdza Rafała na telefon, jak podczas jednej trudnej lekcji puściły mu nerwy. Telewizja od razu kupiła donos, a wystraszona kuria odebrała duszpasterzowi prawo uczenia w szkole. Po tym wszystkim marzyło mi się tylko, żeby dożyć czasów odzyskanej dumy Kościoła. Żeby znów usłyszeć jakiś mocny głos, jak za czasów Prymasa, że zanim pościągacie krzyże ze ścian w szkole, my wcześniej z godnością otrząsamy proch z naszych nóg.
W sporze o wyrugowanie religii ze szkół, używając barbarzyńskiego wrzasku i politycznych chwytów, faktycznie już przegrała polska kultura, ale może wciąż wygrać misja Kościoła. Bo nigdy jeszcze nikt nie wychował dojrzałego Polaka, drążąc pierwej dziurę w jego duszy.
To ciekawe, że nawet najbardziej pokręcone wnętrze ludzkie zbiera się sprawnie w sobie i prostuje na chwile spotkania z niekwestionowanym autorytetem. Są tacy znawcy ewangelii synoptycznych, którzy dowodzą, że celnik Lewi szybko przekształca się z próżniaka w ucznia Chrystusa, ponieważ wcześniej słuchał wymagających nauk Jana Chrzciciela (por. Mt 9, 9).
Być może lekcja proroka pustyni była na tamten czas dla celnika zbyt radykalna i wówczas jeszcze nie poszedł. Jednak został przygotowany i w stosownym momencie poderwie się, ufając nauczycielowi z Nazaretu.