Odstąpcie go, zwierzęta – krzyknął centurion. Chwycił za kark pierwszego z brzegu żołdaka i cisnął nim jak pustym workiem na brzeg rzeki. Reszta wrzeszczących i pijanych od emocji legionistów rozpierzchła się błyskawicznie we wszystkie strony, potrącając jedni o drugich lub chwiejąc się na zmąconych falach. Po środku, jakby na szczycie spienionego akwenu, coraz bardziej słabnące kręgi wody unosiły bezwiednie martwe ciało Floriana. Żołnierze dręczyli go ponad godzinę, korzystając z chwili, w której centurion udał się na odprawę sztabu do Wiednia, wzywany rozkazem namiestnika Akwilina. Biczowali Floriana, śmiejąc się jak obłąkani. Następnie rwali mu ciało, szarpiąc zakrzywionymi hakami. Kiedy wciąż odmawiał oddania czci bożkom, zawlekli maltretowanego dowódcę legionu z Manten na brzeg rzeki Enns i topili jego twarz dłuższy czas pod wodą. Bo obrażał nasze świątynie i naszych bogów – tłumaczyli się teraz przed wściekłym i zrozpaczonym centurionem. A co mu szkodziło? Zgadzaliśmy się, żeby czcił sobie tego swojego Chrystusa. Ale i on powinien dorzucić choćby jedno ziarno kadzidła z szacunku dla naszych bogów. Zawsze odmawiał, milczał, tym samym drwił sobie z nas. Zuchwały, wyniosły, modlił się sam.
Czuliśmy, że nami gardzi – cedzili przez zęby, strząsając mokry piach z ubrań. Centurion wyciągnął z otchłani wodnej martwe ciało Floriana i spojrzał ze zdziwieniem na umęczoną lecz dziwnie pogodną twarz żołnierza. W momencie śmierci miał szeroko otwarte oczy, a w nich dalekowzroczny pokój wierzącego człowieka. Czy mordowany widział już klasztor benedyktynów, wzniesiony potem nad jego grobem? To do dzisiaj żywy świadek kultury katolickiej, mimo moralnego obumarcia i duchowej obojętności w Austrii. A może przed wydaniem ostatniego oddechu zobaczył pożar Krakowa w 1528 roku? Ogień strawi cały Kleparz, cudownie ominie jednak kościółek dedykowany Florianowi. Centurion ocknął się nagle. Wybudził go z rozmyślania podejrzany dźwięk. Obejrzał się, spostrzegając w oddali obozowego karła, co wykradł cały dobytek Floriana oraz ubranie, a teraz przygarbiony - cisnąc swój skarb za pazuchę - chyłkiem uciekał przed innymi. Z kieszeni wystawał mu tylko zrabowany, drewniany krzyż, przed którym Florian modlił się nocami za życia.
Efekty uzdrowienia bezimiennego człowieka o sparaliżowanych nogach, jakiego dokonuje na terytorium Likaonii Paweł z Tarsu, są w zasadzie komiczne. Podnieceni mieszkańcy Listry skłaniają się do ogłoszenia apostołów bogami. Barnabę biorą za Zeusa, a Pawła za Hermesa. Natchniony i rozpalony nieoczekiwaną nowiną o cudach, pogański kapłan z podmiejskiej świątynki ciągnie pod bramę woły na postronkach i wieńce z kwiatów, aby złożyć boskim przybyszom hojne dary ofiarne (por. Dz 14, 12-13). Apostołowie w ostatniej chwili, lecz stanowczo powstrzymują tłum i siebie od aktu bałwochwalstwa. Cóż szkodziłoby im — dla świętego spokoju, na zgodę - oddać rytualny pokłon idolowi? Ewangelia jest uniwersalna, gdyż będzie powszechnie głoszona. Dobra Nowina nie jest jednocześnie równa populizmowi, bo to, że wszyscy będą ją słyszeć nie znaczy, że każdy naprawdę jej słucha. Juda, ale nie Iskariota wyraża szczere zaskoczenie, bo Pan objawia się apostołom, a nie całemu światu naraz (por. J 14, 22). Ale kultury trzeba stopniowo oczyszczać z pogańskiego myślenia, aby niezręczne lepienie czystej ewangelii i nadpsutej mentalności człowieka, nie zniweczyło na starcie dzieła świętych misji. Upragniona jedność to nie to samo, co prymitywny synkretyzm. Jedność buduje się bez pośpiechu i za wielką cenę ludzkich nawróceń. Synkretystów najbardziej obchodzą wspólne zdjęcia, lajki, szarpanie się za prawicę i kilka, ogólnych deklaracji – po tym dekoracja zwinięta, a sprawa załatwiona. Tymczasem Paraklet przynosi chrześcijaństwu zdolność do kulturowej asymilacji, a nie do pasywnej asystencji. Być katolikiem oznacza dysponować darem do oddzielenia w kulturze dobra od zła, przeniknięcia jej zdrowym duchem i wyprowadzenia na szczyt możliwego w doczesności rozwoju. Chrześcijanie to rozumni świadkowie, a nie wynajęte akuszerki do martwego połogu cywilizacji.
Latynoskie, znane między prostymi ludźmi przysłowie powiada, że człowiek potyka się na prostej drodze wówczas, gdy przychodzi mu do głowy dwie nogi wkładać do jednego buta.