Uczciwość nie jest nigdy powodem do wstydu, nawet jeśli stawia prawego człowieka przed trybunał porażki publicznej. Nadeszły czasy, to dopiero wstyd, kiedy pisanie oczywistości przywraca ludziom siłę ducha i nadzieję. Zachowanie dziewictwa aż do ołtarza nie jest powodem do wstydu, przeciwnie – wyróżnia czystą kobietę spośród wielu. Codzienna modlitwa rano czy wieczorem, regularna spowiedź choćby w pierwszy piątek miesiąca, częstszy niż niedzielny udział w Eucharystii czy prośba do księdza o poświęcenie nowego domu – nieprawda, że są jakimś obciachem. Podjęcie studiów, pisanie poezji, ciche czytanie papierowej książki w miejsce rozklejenia bladej twarzy na szklanym ekranie podczas nużącej podróży metrem - to dowody inteligencji społecznej, a nie powody do wstydu. Odmowa korupcji, rezygnacja z kariery dla zachowania twarzy, preferencja na rzecz rodziny naprzeciw histerycznej wspinaczki po karkołomnych szczeblach awansu. Obumieranie kobiecego ciała po kolejnej ciąży zamiast codziennej siłowni albo zmęczone powieki taty po nocnym usypianiu pierwszego dziecka, nie są żadnym powodem do wstydu. To niewymowne wyróżnienie. Nie zapraszaj go, John Henry nie przyjdzie – Ambrose najlepiej znał Newmana, to więc, co twierdził o nim, reszta oksfordzkiego towarzystwa musiała uznać za definitywne. Bowles ciężko przełknął ślinę przez suche gardło. Wczoraj znowu pił za dużo, za długo, bez opamiętania. Zresztą, jak wszyscy. Nikt go nie ciągnął do pubu, ciągnęli się tam nawzajem ochoczo, po wykładach i nieszporach w wilgotnej od deszczu, anglikańskiej kaplicy. Oksfordczycy stworzyli swoisty rytuał picia do nieprzytomności. Ludzie prości lubili ich, oklaskiwali popijawę jak zawody sportowe, więc studenci nie skąpili grosza. Nie pominęli żadnej kolejki dla robotników, którzy oparci na łokciach przy barze, patrzyli tępym wzrokiem, z nijakim uśmieszkiem na wargach, jak bawi się elita brytyjskiego imperium. Oksfordczycy zamraczali się wstępnie lekko tanim ginem. Potem stary Szkot, gospodarz, rzucał im na stół pierwszą beczkę z piwem i następne. Rytuał szedł tak do rana. Ale z czasem częściej już do granic wytrzymałości, tak więc do wyniesienia nieprzytomnym z gospody. Newman nie brał nigdy udziału w oxfordzkich libacjach. Wiedzieli o nim, że modli się dużo, coś pisze a wieczorami ćwiczy grę na pianinie. Śmieszny sztywniak – śmiali się po krużgankach kolegium Oriel. A jednak, gdy o zamglonym świcie ledwo dobiegali na początek liturgii, potykając się jedni o drugich, a częściej o własne kolana. Gdy świat bujał się w głowie jak gigantyczny żyrandol z rozmytym płomykiem, zapalonym na krawędzi i zawieszony zbyt wysoko pod sufitem uniwersyteckiego oratorium, wtedy Newman w pierwszej ławce kaplicy Oksfordu był dla nich światłym punktem odniesienia. Ambrose pierwszy przestał chodzić do porannej Komunii świętej po nocnym zapiciu się. Po nim skruszyła się reszta, aż do ostatniego. Nie możemy mroczyć się do nieprzytomności całą noc, obmacywać dziewki po ciemnych zaułkach Oxfordu, a rano jakby nigdy nic, iść w procesji do ołtarza – mruczał pod nosem Ambrose, siedząc pod drzewem z pożółkłymi liśćmi, na ławce w środku zewnętrznego hallu, naprzeciw wejścia do Orielu. Newman źle nas osądza i myśli o nas źle – przekonywał Bowles – nieraz czułem na sobie jego wzrok podczas porannej liturgii. Jakby wiedział wszystko, gdzie byłem i co robiłem wczoraj. A potem, gdy szydzę i wyśmiewam, by odwrócić temat w stołówce na śniadaniu, John Henry milczy, specjalnie spogląda daleko gdzieś przez okno, nie odzywa się, nie podejmuje zaczepki nawet jednym słowem. Jeśli mimo to, wyjdzie teraz i dołączy do nas – Ambrose klepnął Bowles’a po ramieniu i spojrzał mu w napuchnięte oczy – zasypiemy go pytaniami. Dlaczego tyle czasu poświęca na modlitwę? Czy myśli zostać księdzem? Dlaczego nie upija się nigdy ginem do utraty przytomności? Czemu stroni od gorących dziewcząt? Może ciągle jest prawiczkiem – parsknął Ambrose ale szybko sam sobie klepnął dłonią po wargach. Co czyta, że rozumie chrześcijaństwo lepiej niż my wszyscy razem wzięci? Czy Newman wyszedł wówczas do oksfordzkiej grupy, trzeźwiejącej na wilgotnym hall’u starego uniwersytetu? Nie wiadomo. Po kilku latach jednak to oni wszyscy poszli za Newman’em do Littlemore. Skromne stajnie i budynki gospodarcze zaadoptowali na pierwszy i ostatni w historii anglikanizmu regularny monastyr. Moralność chrześcijańska nie musi być gwarantowana paragrafami prawa stanowionego w danym państwie, natomiast musi być autonomiczna w rozumnym sanktuarium wierzącego człowieka. Chrześcijanin cierpliwie - czas po czasie, epoka po epoce, fakt po fakcie, wybór po wyborze – żyje, cierpi i rozeznaje konsekwentnie dotąd, aż upadli zaczną go wreszcie pytać o etyczny motyw uczciwej egzystencji.
W piątym rozdziale listu do Efezjan Paweł z Tarsu nie składa pierwszym chrześcijanom złudnych obietnic. Nie do końca wiadomo, czy świat kiedykolwiek zmieni się w wyniku intensywnej misji, jaką prowadzą w Azji Mniejszej apostołowie. Logika myślenia chrześcijan będzie odmienna. Nie chcą na siłę zmieniać świata. Jednak nie przestaną nigdy opowiadać się po stronie najwyższej wartości etycznej. W tym kontekście nie chodzi jeszcze o to, żeby ludzie przestali czynić zło ale o to, by nikt nie zmuszał chrześcijan do współudziału w grzechu (por. Ef 4, 3 – 5). Nawet jeśli świat zalewa pornografia albo wyuzdanie, uczniów Pana prosi się o zachowanie skromności, harmonii zmysłów i czystości. Nawet jeśli włączony telewizor wyświetla tylko ordynarne kabarety, chrześcijan cechuje wysoka kultura osobista - od słów, przez gesty, do wyborów. Nawet jeśli wielu powróciło mentalnie do prymitywnego pogaństwa, ludzie Chrystusa stoją twardo na monoteizmie. Nawet jeśli, co smutne, dominuje barbarzyństwo, chrześcijan poznaje się – jak uczy apostoł Paweł - po wdzięcznym usposobieniu.
Istnieje zła i dobra pewność siebie. Zła to prymitywne pomylenie tryumfu nad innymi z narzucanym publicznie, najczęściej hałaśliwym i niezręcznym chamstwem albo wulgaryzmem. Ale dobra pewność siebie to stanowczy sposób istnienia, utwierdzony na zdrowej dumie z motywu godności osobistej.