Kto rozumie historię ten wie, że w Polsce ludzie potrafią po jednym, dosłownie jednym i głupim błędzie spaść ze szczytu rozwoju do kompletnych ruin. Z drugiej strony, tylko dzięki Bogu nigdy nie jest tak, że zniszczone zostaje wszystko. Da się przestać burzę na jednej nodze, by pomaszerować dalej. Od bohaterów, którzy potrafią przetrwać jak ostatni liść na podcinanej gałęzi, zależy przyszłość. Zawsze, nawet spośród zionących smutkiem, sinych oczodołów ruin, błyszczy jakiś porzucony diament, od którego historia wyprowadzi się na nowo.
Woźnica strzelił batem konia, cmokając ustami. Ojciec Stanisław Hayto przebudził się z odmętów zamyślenia. Prowincjał wysłał go, nie wiadomo po co, do kompletnie zbombardowanego Wrocławia. Wokół maj a tutaj jakby wszystko zatrzymało się na mroźnym przełomie roku.
Piękne budynki, kościoły, szpitale – myślał dominikanin – sprowadzone do zera, a nawet głębiej, do szkieletu nicości.
Jedno wielkie pogorzelisko, pobity, spalony teren, tylko mogiły wkopane na kilka pięter pod ziemię. Dawniej wspaniałe miasto teraz zwyczajnie cuchnęło trupem z daleka. Och, lekkoduszna naiwność przełożonych, która splata wiotki patriotyzm z religią – myślał Hayto w głębi duszy – niewygodna wiara, co kaznodziejstwu wytycza nieosiągalny dla serca poziom, by wciąż rozpoczynać na nowo. Na nowo do końca istnienia – złościł się zakonnik.
Zbuntowany w sercu, by udowodnić wszem i wobec otaczający wszystko, powojenny odór, wciągnął głośno powietrze w płuca i wykrzywił twarz z obrzydzeniem. Boje o Wrocław w roku 1945 trwały dobre cztery miesiące. Były bardzo ciężkie, krwawe, bezwzględne, wyczerpujące. W efekcie miasto, przydzielone na mocy alianckich ustaleń pod polską jurysdykcję, w osiemdziesięciu procentach zostało zburzone, wypalone ogniem lub bombami. Ojciec Stanisław rozglądał się bezsilnie dokoła. Rada dominikanów myślała o początkach pracy duszpasterskiej we Wrocławiu ale kogo tu znaleźć w tych ruinach?
Do kogo się zwrócić? Kogo spowiadać? Komu głosić nauki? Wóz zaprzęgnięty w dwa konie, wraz z kierującym nim chłopem, którego trzeba było dobrze opłacić, by zechciał powozić w stronę zburzonego miasta – widma, przejechał ulicą i znalazł się na wprost miejsca, w którym dawniej, od trzynastego wieku, dominikanie opiekowali się kościołem świętego Wojciecha.
Ból przebiegł przez całe ciało ojca Stanisława, chwytał go za serce pod habitem, dusił za gardło i uderzał w głowę. Przemógł się, aby zleźć z bryczki. Proszę księdza, trzeba jeszcze dorzucić jakieś dwadzieścia złotych. Pędziłem konie dookoła, bo ulica na wprost zawalona – woźnica zastąpił mu drogę i patrząc twardo, wyciągnął rękę, wydobywając z gardła słowa głosem zmęczonym, chrapliwym i suchym. Ojciec Stanisław wszedł resztkami drzwi jakby do wnętrza kościoła. Zamiast ołtarza – kupa zwalonych kamieni. Tam, gdzie kiedyś stała chrzcielnica - kałuża, rozległa kałuża krwi. Nie zostało nic. Chwycił się za głowę, żeby ból nie rozerwał czaszki, pędząc bluźniercze myśli poza mózg. A jednak coś zostało.
Zakonnik nagle przerzucił wzrok przez ramię na prawo i nie dowierzał własnym oczom. Kaplica błogosławionego Czesława stała w całości nietknięta! Co prawda lekko osmalona niedawnymi oddechami chaotycznych wystrzałów – ale w istocie kompletna, niezburzona! Ojciec Stanisław nie miał siły ruszyć w kierunku jedynego, zachowanego z bombardowania miejsca w dawnym kościele dominikanów. Przeżegnał się i noga za nogą dosłownie pełzał w stronę pięknego, starożytnego sanktuarium błogosławionego Czesława. Nawet wiotki baldachim przeżył bombardowanie – szeptał ojciec Hayto, bezwiednie dotykając kościelnych sprzętów drżącymi dłońmi. Barbarzyński but niemieckiego żołnierza, wykopem przewrócił sedillę i krzesła, to fakt. Ale na szczycie ołtarza dominikanin spostrzegł złoty relikwiarz. Sięgnął po niego ręką, ucałował i długo płakał w ciszy. Bóg nie osądzi mnie po tych chwilach zwątpienia – myślał – ale Pan opuści mnie, jeśli nie zrobię wszystkiego, by od progu ocalonej kaplicy przejść do odbudowy kościoła.
W głosie proroka Micheasza da się wyczuć niecierpliwość, być może nawet gniew. Prorok jest świadomy, że Żydzi w jakimś obłędzie marnowali łaskę po łasce, dar za darem, szansę po nowym rozdaniu. Roztrwonili wyjście z egipskiej niewoli, poświęcenie Mojżesza, Aarona oraz Miriam, a także czas próby na pustyni. Czy nie została więc żadna z możliwości? Jest jeszcze ostatnie wyjścia dla ocalenia, kiedy Bóg Ojciec poświęci Pierworodnego za występek ludzkości (por. Mi 6, 7).
Kiedy czyta się biblijną historię, to w powszechnym odczuciu Jonasz, połknięty do wnętrza ryby, nie ma już realnych szans. A jednak otworzy się przyszłość i nadejdzie coś większego niż Jonasz (por. Mt 12, 41). Historia po Chrystusie nie zna już fatalnego zatrząśnięcia się za wrotami przeszłości.
W tym miejscu, choć wielu bezmyślnie przeżuje gumę, popije łyk piwa i podłubie w nosie, należy moralizatorsko przestrzec, że po gwałcie na kulturze, religii, edukacji i sądach, czają się gdzieś bardzo blisko osmalone kikuty polskiej cywilizacji. Duchownych ośmieszono. Do bycia nauczycielem trzeba już przymuszać. Autorytet sędziów upadł, a w końcu przyszedł czas na tępienie lekarzy. Jeśli nie nauczyciel, ksiądz, sędzia czy lekarz – to co pozostaje Polakom na przyszłość? Zawsze coś pozostanie, tląc się w ruinach. Tyko kto pierwszy odważy się to znaleźć, schronić i ocalić?