Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Każdy pewnie zna to uczucie. Staram się, robię coś dla innych, a oni na to nie zwracają uwagi albo też zadowoleni są z efektów mojej pracy, ale mojego wysiłku nie widzą. Być może któryś z uczniów nie był tak zasłuchany w słowa Nauczyciela jak Maria, zgłodniały po całym dniu marszu spojrzał na Martę i pomyślał „Dobrze, Marta przygotowuje kolację”, albo, co gorsza, „kolacja się robi”. Inny, jeszcze bardziej odklejony: „ Czy ta kobieta mogła by przestać się uwijać i na przykład zrobiła kolację?” Rozumiemy poirytowanie Marty, choć pewnie sama była dość irytująca w sposobie, jakim wyrażała swoją frustrację.
Dla Marty jednak problemem nie była obojętność uczniów, ani nawet zasłuchana Maria. Smuci ją pozorna obojętność Pana. Czy On nie widzi jak się stara?
Czasem i my odnosimy wrażenie, że nasze starania nie są dostrzegane nie tylko przez ludzi, ale przez Boga. Angażuję się w pomoc jakiejś potrzebującej osobie i nie słyszę nawet słowa „dziękuję”. A inni albo nie widzą albo kwitują „roztropną radą”: „po co się starasz, nic z tego mieć nie będziesz”. Kiedy zaś potem modlę się w jakieś konkretnej sprawie, Bóg nie spełnia mojej prośby. Nawet On mi nie podziękuje! Posłuchajmy więc dalszego ciągu historii Marty.
A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona» Jezus widzi uwijającą się Martę. I ceni jej gospodarność, gościnność, a przede wszystkim zaufanie i szczerość, którą ma wobec Niego. Gdyby nie było między nimi serdecznej przyjaźni, nie odważyłaby się odezwać w ten sposób, upominając zdenerwowanym głosem Mesjasza. Tymczasem odpowiedź Pana Jezusa jest łagodna i czuła. Powtarzając dwukrotnie jej imię podkreśla: „Mówię do ciebie, mojej przyjaciółki. Nie jesteś dla mnie służącą czy anonimowym personelem restauracji. Widzę jak się starasz, od początku. I tylko martwię się, że nie korzystasz ze spotkania ze mną.” Tego wieczoru bowiem najważniejszym wydarzeniem nie była kolacja, lecz Jego katecheza. A Marta nie słucha, skupiona na żołądkach gości. One też są ważne, ale najpierw dusze. Zresztą, nawet z punktu widzenia ludzkiej fizjologii – lepiej słuchać wykładu na głodno, niż z pełnym żołądkiem. O głodzie można zapomnieć, jeśli wykład jest intersujący, senności po obfitym posiłku trudniej się oprzeć. Marta martwiła się o żołądek Pana Jezusa, a On dużo bardziej martwił się o jej serce.
Dziś, gdy tak jesteśmy wrażliwi na punkcie równości, ktoś mógłby zapytać: Czy Pan Jezus nie powinien wstać i pomóc Marcie, a jeszcze zagonić do tego uczniów? Nie mieściło się to w ówczesnym obyczaju, gdzie role mężczyzn i kobiet były dużo mocniej rozdzielone. Zresztą i dziś byłoby niestosowne wobec pani domu, gdyby gość wchodził do kuchni i ja wyręczał, na ogół bardziej przeszkadzając niż pomagając. Jezus dał jej to, co miał najcenniejszego – prawdę, czyli siebie samego. Ja jestem drogą, prawdą i życiem. I Marta to wiedziała. Chciała Mu się odwdzięczyć, za wszystko co robił dla niej i dla innych, swoją pracą, swoimi umiejętnościami gospodyni. To bardzo wiele. Służba bliźnim, w tym nasza praca zawodowa, jest odpowiedzią na Słowo, które do nas kieruje Chrystus. Tylko że Marta pomyliła kolejność. Najpierw słucham Pana Jezusa, potem odpowiadam. Najpierw modlitwa, potem działanie. Nie chodzi o chronologię, tylko o to, co jest ważniejsze. Oby mój dzień był wypełniony pracą i innymi formami służby bliźnim. Ale najważniejszym momentem dnia powinna być modlitwa, choćby i pod koniec dnia, kiedy słucham mówiącego do mnie Boga. A wówczas wszystko, co robię nabiera pełnego sensu.