Religijne zobojętnienie

Wiara sprowadzona do samego światopoglądu szybko traci swoją żywotność i sens. Religijne zobojętnienie nie zaczyna się bowiem od buntu czy odrzucenia Boga, lecz od cichego zaniedbania modlitwy i wspólnoty, które stopniowo osłabia osobową relację z Chrystusem i prowadzi do duchowej pustki – zwraca uwagę Jacek Salij OP.

Od razu we wstępie opublikowanej w roku 2005 encykliki o Bożej miłości Benedykt XVI przypomniał nam, katolikom, że wiara jest czymś zdecydowanie więcej, niż religijnym światopoglądem:

„U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei. Jest natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie”.

To dlatego nie da się na serio być chrześcijaninem i zobojętnieć na modlitwę i najważniejsze religijne zaangażowania, takie jak przede wszystkim udział w Eucharystii.

Zobojętnieć można nie tylko na Boga, ale również na swoją rodzinę, na ojczyznę, na piękno podarowanej nam przez Stwórcę rzeczywistości – słowem, na rzeczy ważne i najważniejsze. Owszem, rzadko się to zdarza, ale zdarza się nawet to, że ojciec czy matka przestaje się w ogóle interesować losem rodzonego dziecka. Że absolwenta konserwatorium już w ogóle nie obchodzi muzyka Mozarta ani Chopina, a jeszcze komuś jest całkiem obojętne to, że jest Polakiem czy Francuzem.

Mechanizm zobojętnienia błyskotliwie przedstawił Miłosz, w wierszu pt. Nadzieja. Poeta nie wątpi, że zobojętnienie czyni nasze życie beznadziejnym i bezsensownym:

Niektórzy mówią, że nas oko łudzi
I że nic nie ma, tylko się wydaje,
Ale ci właśnie nie mają nadziei.
Myślą, że kiedy człowiek się odwróci,
Cały świat za nim zaraz być przestaje,
Jakby porwały go ręce złodziei.

Benedykt XVI zapewne nie mylił się, twierdząc, że religijne zobojętnienie pojawia się w wyniku tego, iż ktoś wiarę redukuje do poziomu tylko światopoglądu, toteż przestaje mu zależeć na osobowej relacji z Bogiem i Chrystusem. Proces zobojętnienia w wierze zaczyna się zazwyczaj od złożenia nadziei ostatecznej w sobie samym. Człowiek ulega wówczas pysznemu przeświadczeniu, że w drodze do Boga dam sobie radę w pojedynkę. 

Tę pułapkę zauważył już bezpośredni uczeń apostoła Jana, święty Ignacy z Antiochii. Nam dzisiaj nieraz wydaje się, że głównym powodem zaniedbywania przez katolika coniedzielnej Eucharystii jest lenistwo albo przesadne zaangażowanie w rzeczy może i ważne, ale jednak nie najważniejsze. Zdaniem Ignacego, tym powodem jest raczej grzech pychy.

Zresztą spójrzmy na ten niezwykle interesujący tekst, który został napisany w roku 108, a więc ponad 1900 lat temu. Biskup Ignacy napisał go w jednym ze swoich listów pożegnalnych, był już bowiem skazany na śmierć za wyznawanie wiary w Chrystusa: „Niech nikt nie błądzi! Kto nie przebywa w pobliżu ołtarza, pozbawia się Chleba żywego! Wiemy, jak wielką moc posiada modlitwa dwóch lub trzech osób. O ileż większą moc ma modlitwa całego Kościoła. Kto więc nie uczęszcza na wspólne zgromadzenia, unosi się pychą i sam siebie w ten sposób osądza. Napisano bowiem: Bóg pysznym się sprzeciwia”.

Biskup Ignacy ponad wszelką wątpliwość mówi o Eucharystii, a perswazję, żeby nie opuszczać wspólnych spotkań, opiera na słowie Chrystusa,  że „jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie” (Mt 18,19). Jego logika jest prosta: Skoro taką moc ma zgodna modlitwa dwóch ludzi, to pomyślcie, bracia i siostry – przecież niewyobrażalnie więcej może wyjednać u Boga zgodna modlitwa całej zgromadzonej na Eucharystii wspólnoty! To dlatego w unikaniu coniedzielnej Eucharystii i wyobrażaniu sobie, że wspólnota modlitewna jest mi niepotrzebna, święty biskup dopatruje się grzechu pychy.

Oczywiście, Pan Jezus zachęcał nas również do tego, żebyśmy pilnowali modlitwy osobistej: „Kiedy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu” (Mt 6,6). Jednak nie da się nawet wyobrazić, żeby chciał On nas w ten sposób odciągać od wspólnotowego gromadzenia się wokół ołtarza. Zresztą z kontekstu tego pouczenia jasno wynika, że Jemu chodziło tu po prostu o to, żebyśmy naszą modlitwę kierowali naprawdę do Boga i żebyśmy nigdy nie modlili się na pokaz.

Obraz izdebki, o której mówił Pan Jezus, szczególnie trafnie objaśnił – w roku mniej więcej 390 – święty Ambroży: „Nie należy tu myśleć o izdebce oddzielonej ścianami, w której twoje ciało znajduje odpoczynek, ale o tej izdebce, która jest w tobie, w której zamknięte są twoje myśli, w której mieszczą się twoje uczucia. Ta izba modlitwy jest zawsze z tobą, zawsze jest ukryta, a zna ją jedynie Bóg”.

Modlitwa to jest nasze realne otwieranie się na Boga. Zaniedbując ją, ryzykujemy, że zacznie nam się wydawać, jakby Boga nie było, „jakby porwały Go ręce złodziei”. 

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama