Dziecko może mieć wszystko, a mimo to cierpieć. Ks. Magierski: Brak bliskości też może być przemocą

Markowe ubrania, nowoczesne urządzenia i liczne zajęcia dodatkowe nie zastąpią dziecku bliskości i poczucia bezpieczeństwa. Ks. Jarosław Magierski, suicydolog, psychotraumatolog i mediator, zwraca uwagę, że zaniedbywanie potrzeb emocjonalnych dziecka może mieć poważne konsekwencje dla jego rozwoju.

Anna Rasińska (KAI): W ostatnim czasie Polską wstrząsnęły ataki z użyciem noży w szkołach. Pojawiły się również liczne groźby kolejnych ataków, formułowane przez nastolatków. Co, zdaniem księdza, dzieje się z młodymi ludźmi, że niektórzy posuwają się do tak skrajnej przemocy?

ks. Jarosław Magierski: Okres dorastania zawsze miał swoją specyfikę. Nastolatkom często brakuje rozwagi i umiejętności przewidywania konsekwencji własnych zachowań. Nie jest to zjawisko nowe. Wystarczy przypomnieć sobie własną młodość, by dostrzec, że nie wszystkie nasze zachowania zasługiwały na pochwałę. Dziś jednak wiele niepokojących postaw jest nadmiernie i nieprofesjonalnie nagłaśnianych, wręcz toksycznie się je relacjonuje, co może sprzyjać zachowaniom naśladowczym.

Mam również wrażenie, że współczesne młode pokolenie jest bardziej zagubione, także w chaosie dezinformacyjnym, a jednocześnie ma mniejsze możliwości uzyskania wsparcia ze strony dorosłych. Brakuje przede wszystkim bliskich relacji, obecności drugiego człowieka, zainteresowania i poczucia, że ktoś się o nas troszczy. To, moim zdaniem, jeden z najpoważniejszych problemów.

Trzeba przy tym pamiętać, że trudności, z którymi mierzą się nastolatkowie, nie pojawiają się nagle w okresie dojrzewania. Ich źródeł należy szukać znacznie wcześniej, już we wczesnym dzieciństwie. Relacje, jakie dziecko buduje w najbliższym otoczeniu, przede wszystkim w rodzinie, mają ogromny wpływ na jego późniejsze zachowania, zarówno w okresie dorastania, jak i w dorosłym życiu.

W takich sytuacjach często szukamy winnych wśród młodych ludzi, zapominając o odpowiedzialności dorosłych. Czy to właśnie w ich postawach powinniśmy szukać źródeł problemu?

Mam wrażenie, że nauczyliśmy się reagować dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. Wówczas gorączkowo szukamy winnych i próbujemy wskazać przyczyny, koncentrując się przede wszystkim na młodym człowieku. Tymczasem źródeł agresywnych zachowań i trudności w radzeniu sobie z emocjami należy szukać znacznie wcześniej. Warto przyjrzeć się środowisku, w którym dziecko dorastało, i zastanowić się, jak często doświadczało mikroagresji. Zwykle dostrzegamy bowiem dopiero tę agresję pisaną wielką literą, która prowadzi do przemocy fizycznej, poważnych obrażeń, a nawet pozbawienia kogoś życia.

Czym jest mikroagresja i jaki wpływ może mieć na rozwój dziecka?

Mikroagresja to pozornie nieznaczące zachowania: bardzo subtelne, a jednocześnie obraźliwe, krzywdzące gesty, słowa czy sposoby odnoszenia się do drugiego człowieka, z którymi dziecko styka się od najmłodszych lat. Problem ten jest często niedostrzegany lub bagatelizowany przez dorosłych. Tymczasem takie zachowania, najpierw obserwowane i przyswajane w rodzinie, a później również w relacjach rówieśniczych, mogą się kumulować i wpływać na styl bycia młodej osoby i prezentowany świat wartości.

Właśnie nagromadzenie tych codziennych, z pozoru drobnych przejawów agresji może z czasem prowadzić do znacznie poważniejszych zachowań. Kiedy dochodzi do dramatycznego zdarzenia, jesteśmy zszokowani i nie potrafimy zrozumieć, skąd się wzięła taka przemoc. Tymczasem jej źródła mogą tkwić w doświadczeniach, które towarzyszyły młodemu człowiekowi przez wiele lat, ale na które dorośli nie zwracali wystarczającej uwagi.

Jak odróżnić nieprzemyślane słowa nastolatka czy groźby od sygnałów świadczących o rzeczywistym zagrożeniu?

Na pierwszy rzut oka nie zawsze jesteśmy w stanie to rozróżnić, ponieważ za każdym takim zachowaniem kryje się określona historia młodego człowieka. Uważam, że jeśli dziecko dorasta w stabilnym środowisku rodzinnym i szkolnym, opartym na zdrowych relacjach, prawdopodobieństwo pojawienia się takich zachowań jest mniejsze.

Jeżeli jednak nastolatek grozi komuś przemocą, nawet w formie pozornie niewinnego żartu, nie powinniśmy tego bagatelizować. Trzeba przyjrzeć się jego sytuacji rodzinnej, relacjom z rówieśnikami, środowisku szkolnemu i wartościom, którymi się kieruje. Zastanowić się, co się dzieje w jego życiu i jakie doświadczenia mogły doprowadzić do takiego zachowania – jak wyglądają jego zasoby. Oczywiście, takie zachowania mogą się wiązać z określonymi konsekwencjami prawnymi, ale nie możemy na nich poprzestawać. Za tym, co nazywamy „głupim żartem”, może kryć się znacznie poważniejszy problem. Niekiedy jest to wołanie o pomoc, próba zwrócenia na siebie uwagi albo sygnał narastających trudności emocjonalnych. Może być również skutkiem wieloletniego doświadczania wspomnianej już przeze mnie mikroagresji lub obserwowania jej w najbliższym otoczeniu. Dlatego tak ważne jest, aby dorośli nie ograniczali się wyłącznie do ukarania młodego człowieka, ale próbowali zrozumieć przyczyny jego zachowania i zapewnić mu odpowiednie wsparcie. Zabrzmi to jak truizm, ale czy nie jest tak, że większość autorów przemocy w przeszłości była jej ofiarami? 

W jakim stopniu internet, gry komputerowe i media społecznościowe mogą nasilać agresywne zachowania wśród młodzieży? Jaką rolę w ograniczaniu ich negatywnego wpływu powinni odgrywać rodzice?

Każdy wynalazek może służyć zarówno dobru, jak i złu. Najłatwiej byłoby dziś potępić gry komputerowe czy media społecznościowe, ale one same w sobie nie są złe. Kluczowe znaczenie ma to, w jaki sposób z nich korzystamy i czy od najmłodszych lat uczymy dzieci odpowiedzialnego poruszania się w świecie cyfrowym.

Nie można jednak pomijać strategii marketingowych i algorytmów wykorzystywanych w internecie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, które często nie sprzyjają dobrostanowi psychicznemu i emocjonalnemu młodych ludzi. Dlatego tak ważna jest edukacja w zakresie higieny cyfrowej. Dziecko powinno poznawać internet pod opieką odpowiedzialnego dorosłego, który potrafi wskazać zarówno jego możliwości, jak i zagrożenia. Dzięki temu jako nastolatek będzie lepiej przygotowane do samodzielnego korzystania z nowych technologii.

Problem zaczyna się wtedy, gdy rodzice traktują smartfon czy komputer jako sposób na zajęcie dziecka, pozostawiając je przed ekranem bez odpowiedniego towarzyszenia. To początek równi pochyłej, która może prowadzić do coraz poważniejszych problemów.

Czy rodzice starając się zapewnić dzieciom jak najlepsze warunki materialne, nie zapominają czasem o ich potrzebach emocjonalnych?

Zdarza się, że rodzice tak bardzo koncentrują się na zapewnieniu dziecku jak najlepszych warunków materialnych – markowych ubrań, nowoczesnych urządzeń czy mnogości dodatkowych zajęć – że zapominają o jego potrzebach emocjonalnych. Tymczasem można dziecko obsypać dobrami materialnymi, a jednocześnie pozostawić je w emocjonalnym chłodzie. W mojej ocenie takie zaniedbanie potrzeb emocjonalnych i relacyjnych również może być formą przemocy. Dziecko od najbliższych potrzebuje przede wszystkim bliskości, zainteresowania i poczucia bezpieczeństwa; autentycznej obecności dorosłego, a ich brak może mieć poważne konsekwencje dla jego rozwoju.

Równie istotna jest spójność między tym, czego wymagamy od dzieci, a tym, jak sami postępujemy. Nawet najmądrzejsze słowa tracą znaczenie, jeśli nie idzie za nimi przykład. Trudno oczekiwać od dziecka przestrzegania zasad higieny cyfrowej, jeśli rodzic sam nieustannie korzysta ze smartfona – podczas posiłków, rozmów czy wykonywania codziennych obowiązków. Nie wystarczy powiedzieć dziecku: „Odłóż telefon”, jeśli chwilę później sami sięgamy po własny. Tłumaczenie, że dorosły ma ważniejsze sprawy, niczego tu nie zmienia.

Dzieci uczą się przede wszystkim przez obserwację, a nie słuchanie naszych pouczeń. Chciałbym tu przywołać wypowiedź nastolatka w kryzysie, która dała mi do myślenia. Opisując swoje relacje z rodzicami, wskazał – ja na poziome rozumu wiem, że im na mnie zależy, że mnie kochają, ja to wiem… Ale jednocześnie nie czuję tego. Chciałbym w końcu poczuć, że jestem kochany.

Nie możemy całkowicie odcinać dzieci od świata cyfrowego, bo to również może mieć negatywne konsekwencje, chociażby w relacjach z rówieśnikami. Jak znaleźć złoty środek?

To rzeczywiście jedno z najtrudniejszych wyzwań, przed którymi stają dziś rodzice. Dziecko wychowywane w domu, w którym obowiązują zasady korzystania z internetu i urządzeń elektronicznych, może się czuć gorsze od rówieśników, którzy mają w tym zakresie niemal nieograniczoną swobodę. Jeśli większość grupy funkcjonuje bez takich ograniczeń, ten, kto przestrzega określonych zasad, zaczyna się wyróżniać. Może to prowadzić do wyśmiewania, odrzucenia, a nawet uczynienia go kozłem ofiarnym.nNie ma tutaj idealnego rozwiązania. Dlatego tak ważne jest, aby od najmłodszych lat wyposażać dziecko w umiejętności radzenia sobie z presją rówieśniczą, budować jego poczucie własnej wartości i uczyć odwagi w przeciwstawianiu się temu, co mu nie służy.

Jednocześnie przestrzegałbym rodziców przed próbą wychowywania dzieci pod kloszem. Nie chodzi o stworzenie im sterylnych warunków, pozbawionych stresu, trudności i wyzwań, bo w dorosłym życiu i tak będą się musiały z nimi zmierzyć. Naszym zadaniem jest takie towarzyszenie dziecku, nastolatkowi i budowanie z nimi relacji, aby potrafiło stawiać czoła kryzysom, wiedząc, że może zaufać dorosłym i zwrócić się do nich po pomoc. Nie jesteśmy w stanie ochronić dzieci przed wszystkimi trudnościami, ale możemy przygotować je do tego, by umiały sobie z nimi radzić.

Jaką rolę w przeciwdziałaniu przemocy i wspieraniu młodych ludzi w kryzysie może odegrać Kościół?

Przede wszystkim nie powinien przyjmować postawy pouczającej czy moralizatorskiej. Samo deklarowanie, że Kościół musi pochylić się nad problemem, niewiele wnosi. Po drugie – i to chcę zaznaczyć jako ksiądz –  warto, aby każdy z nas przepowiadających Słowo, dokonywał autorefleksji i pytał siebie, czy w tym, co mówi, jak mówi, nie ma właśnie wspomnianej subtelnej mikroagresji i zawoalowanych form przemocy duchowej. Ponadto potrzebne są konkretne działania, a przede wszystkim towarzyszenie, budowanie autentycznych wspólnot i tworzenie przestrzeni dialogu. Parafie powinny się otwierać na współpracę ze specjalistami, którzy razem z duchownymi, katechetami i siostrami zakonnymi mogliby zapewniać realne wsparcie osobom przeżywającym trudności.

Mam wrażenie, że jednym z największych kryzysów współczesnego Kościoła jest utrata zdolności do bycia prawdziwą wspólnotą. Mamy przecież mnóstwo ruchów, grup i wspólnot parafialnych. Pytanie jednak, czy rzeczywiście tworzą one przestrzeń wzajemnego zaufania, w której człowiek może być sobą, zdjąć maskę i otwarcie mówić o swoich problemach. Niekiedy, również we wspólnotach młodzieżowych, brakuje takiej bliskości i poczucia bezpieczeństwa. Spotykamy się, spędzamy razem czas, ale nie zawsze budujemy relacje, które pozwalają człowiekowi odnaleźć potrzebne wsparcie. A jeśli on tego tam nie znajduje, zaczyna szukać gdzie indziej.

Dlatego uważam, że Kościół powinien szerzej spojrzeć na potrzeby człowieka. Troska o życie duchowe, sumienie i religijność jest oczywiście fundamentalna, ale nie może pomijać zdrowia psychicznego, emocji czy kondycji fizycznej. Te sfery wzajemnie się przenikają, na co fenomenalnie zwrócił uwagę papież Leon XIV, dając Kościołowi modlitwę, w której solidaryzujemy się z osobami dotkniętymi kryzysami psychicznymi i jednocześnie prosimy o umiejętność towarzyszenia im. 

Mamy w Polsce tysiące parafii dysponujących odpowiednim zapleczem lokalowym. Dlaczego więc obok rekolekcjonistów nie mieliby pojawiać się w nich psychologowie, pedagodzy czy inni specjaliści? Parafie mogą organizować spotkania dla rodziców i młodzieży poświęcone higienie cyfrowej, radzeniu sobie z emocjami czy rozpoznawaniu pierwszych symptomów kryzysu. Uczyć, czym jest mikroagresja, jak ją rozpoznawać i jak się jej przeciwstawiać. Motywować do odważnego sięgania po profesjonalne wsparcie. To konkretne działania, które nie wymagają tworzenia nowych instytucji, a jedynie otwartości duszpasterzy na współpracę ze specjalistami. Chodzi o to, żebyśmy jako Kościół nie tylko pomagali ludziom, kiedy dochodzi już do tragedii, ale potrafili dostrzegać problemy znacznie wcześniej i im zapobiegać.


Ks. Jarosław Magierski – duchowny archidiecezji łódzkiej, suicydolog, psychotraumatolog i mediator. Pomysłodawca i koordynator projektu Papageno Team – pierwszego w Polsce katolickiego duszpasterstwa i strefy wsparcia dla osób w kryzysie samobójczym. Współpracuje m.in. z Polskim Towarzystwem Suicydologicznym i Polskim Towarzystwem Zapobiegania Samobójstwom. Zajmuje się prewencją i postwencją suicydalną oraz wsparciem osób w kryzysie i ich bliskich.

Źródło: KAI

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« ‹ 1 › »