Nie milkną echa tragedii, jaka rozegrała się w Klasztorze Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu. Tak, zabił jeden człowiek, nie naród – jak przypomniał ks. Adrian w niedzielnej homilii. Trzeba się modlić o nawrócenie sprawcy. Ale też nie możemy być pozbawienia prawa do stawiania trudnych pytań.
Przypomnijmy: 31-letni Ukrainiec Igor M. wtargnął do klasztornej kuchni, zabrał stamtąd nóż i zaatakował przebywających w budynku ludzi. Ofiarą zabójcy padło pięć osób. Nie żyje 67-letni ks. Stanisław Zbojnowicz – zmarł w szpitalu po tym, jak próbował powstrzymać napastnika, usiłując zamknąć kraty, aby odciąć mu drogę do zgromadzonych w kościele wiernych. Drugi z księży – ks. Marek Pieńkowski walczy o życie. Stan pozostałych poszkodowanych jest stabilny. Nie znamy motywów sprawcy. Świadkowie twierdzą, że bandyta posługiwał się nożem profesjonalnie: zadawał ciosy w tętnicę szyjną, serce. Uderzał tak, aby zabić. Mężczyzna był już notowany w Niemczech, a także wpisany do bazy w Czechach jako osoba niepożądana. Jest weteranem armii ukraińskiej. Biegli psychiatrzy zdiagnozowali u napastnika ostre, wielopostaciowe zaburzenia psychotyczne. Tyle fakty.
Prośba o przebaczenie
Zbrodnia wstrząsnęła Polską, generując niezliczoną ilość skrajnych komentarzy. Media obiegła homilia, jaką wygłosił raniony przez Ukraińca ks. Adrian Mantykiewicz. „W sposób szczególny proszę was o modlitwę za naszego oprawcę i o łaskę nawrócenia dla niego. Te słowa, które wypowiadam, mówię z głębi swojego serca” – zaznaczył. „Jemu ta modlitwa jest najbardziej potrzebna. Bo nieważne, co się wydarzyło. Zło, które się wydarzyło tutaj, w naszym opactwie, my musimy przezwyciężyć dobrem, miłością i przebaczeniem. Dlatego proszę was, abyście i wy przebaczyli, bo to również was wszystkich dotknęło. I z tego miejsca też chcę was prosić, abyście nie winili narodu, z którego był oprawca, bo zła dokonał konkretny człowiek, zła dokonała konkretna osoba, która ma swoje imię, swoje życie, która odpowiada za swoje czyny. Nie dokonali tego inni ludzie. To była jedna, jedyna osoba”.
Przypomniał, że opactwo było miejscem, gdzie wojenni uchodźcy znajdowali pomoc. „Kiedy wybuchła wojna na Ukrainie, to wy dobrze pamiętacie, co w naszym opactwie się działo. Że byliśmy otwarci na ludzi, którzy tutaj przychodzili. I dobrze wiecie, że tutaj nikt nie pozostał bez pomocy”.
Piękne słowa. Na wskroś ewangeliczne. I dobrze, że padły.
Czy słowa ks. Adriana zamknęły jednak dyskusję? Nie.
Fala hejtu
Pojawiło się mnóstwo pytań: o odpowiedzialność polskich służb; brak systemowych rozwiązań, które pomogłyby w przyszłości uniknąć tego typu sytuacji; o rosnącą (przemilczaną w mediach mainstreamowych) przestępczość ze strony obywateli ukraińskich w Polsce – przy jednoczesnym wyolbrzymianiu i nagłaśnianiu aktów przemocy kierowanych w stronę Ukraińców itp.
W wielu komentarzach wylało się mnóstwo obrzydliwego hejtu: na ks. Adriana, na Ukraińców przebywających w Polsce itp.
Dyżurny mainstreamowy katolik Tomasz Terlikowski nie byłby sobą, gdyby autorytatywnie nie stwierdził, że reagujący hejtem ludzie to na pewno katolicy – ci gorsi, pisowscy, rzecz jasna. „Pełna nienawiści reakcja na jego słowa [ks. Adriana - przyp. red.] części z internautów pokazuje, że część z nominalnych «dobrych katolików», «prawdziwych patriotów» (cudzysłów jest to świadomy, bo ani to patriotyzm, ani katolicyzm) z Ewangelią i nauczaniem Jezusa nie ma nic wspólnego. Dla nich Kościół to element etnicznego ekosystemu pseudo-religijnego [pisownia oryginalna - przyp. red.], a nie moc wybaczenia, przemienienia, miłości”. Strojący się w szaty tolerancji dziennikarz nie ominie okazji, aby nie rzucić kolejnego oskarżenia w stronę KEP, który ponoć za mało wypowiada się w kwestii tonowania antyukraińskich nastrojów w Polsce. Obrzydliwe to, fałszywe i pokazujące, że nawet tak tragiczna sytuacja red. Terlikowskiemu służy jako paliwo do wojny z episkopatem (ku aplauzie lewackiej gawiedzi, oblegającej jego profil na FB).
Coraz bardziej gubimy się w tym wszystkim. Jak to skomentować?
Szacunek i prawda
Obywatele Ukrainy żyją pośród nas, pracują, ich dzieci chodzą do szkoły. Nie robi to na nikim wrażenia, stali się cząstką naszej rzeczywistości. Mam wielu przyjaciół z Ukrainy, opiekujemy się w hospicjum chorymi ukraińskimi dziećmi. Są wdzięczni za otrzymaną drugą szansę. Boli ich, że na rynku czy w sklepie ludzie, słysząc ich akcent, każą im „wyp….ć” z Polski. Wstyd mi wtedy za moich rodaków. Rozmawiamy o Wołyniu, o wspólnej historii – nie znają za bardzo tematu, w szkołach nie uczono ich o tej historii. Może wiedzą, ale boją się do tego przyznać? Nie wiem.
Bez sensu jest stosowanie odpowiedzialności zbiorowej. Tak jak mówił ks. Adrian: zabił konkretny człowiek. Miło jest nam, gdy przylepia się wszystkim Polakom piętno złodziei samochodów (Niemcy), alkoholików („pijany jak Polak” – mówią na Wyspach Brytyjskich) czy wtedy, gdy śmieją się z nas Amerykanie, opowiadając sobie „polish jokes”? Nie. Stereotypy zawsze są złe, niszczące, krzywdzące. Z szacunku, otwartości, miłości bliźniego nikogo z nas Ewangelia nie zwalnia.
Czy zatem powinniśmy milczeć? Zamykać oczy na problem banderyzmu (projekt ustawy prezydenckiej w tej materii od miesięcy leży w sejmowej zamrażarce) i jego afirmacji przez znaczną część społeczeństwa ukraińskiego – w tym Ukraińców mieszkających w Polsce, o czym jawnie mówią? Udawać, że nie ma przemocy ze strony naszych wschodnich sąsiadów, korupcyjnych absurdów, traktowania przez oligarchów wojny jako świetnego biznesu?
Zapomnieć o Wołyniu i krwawej przeszłości? Milczeć, gdy patrzymy na to, co wyprawia prezydent Zełenski, promując morderców jako narodowych bohaterów, stawiając im pomniki i mauzolea? Być biernym wobec pedagogiki wstydu, jaką próbuje się nam serwować przy okazji antyukraińskich wybryków, przyklejania etykietki „ruskiej onucy” każdemu, kto ma niepoprawne politycznie przekonania, obwiniania o wszelkie zło rzekomo „zatęchłego, polskiego Kościoła”??? Nie.
Mamy prawo pytać
„W bielskim autobusie mężczyzna zwyzywał dziewczynki z Ukrainy. W części komentarzy natychmiast zrobiło się od tego brunatno w całej Polsce. Jeden sprawca, a odpowiedzialność rozpisana na pół kraju i jego politycznych przeciwników” – pisze L. Miller na swoim profilu FB. „W Jarosławiu obywatel Ukrainy zaatakował nożem ludzi na terenie opactwa. Zginął ksiądz, inni zostali ranni. Politycy złożyli wyrazy współczucia i zapowiedzieli ukaranie sprawcy. Zanim jednak śledczy ustalili motyw, na klasztornym murze pojawił się już cień Putina. W mediach zaczęto rozważać udział rosyjskich służb. Część komentatorów z pasją twierdziła, że nie można wykluczyć, że stały za nożownikiem. Minister Siemoniak przewidywał, że Rosja wykorzysta zbrodnię do podsycania konfliktu. Wiceminister Bosacki tłumaczył zachowanie napastnika możliwą traumą po pobycie w okopach […]. Nie wolno obwiniać wszystkich Ukraińców za czyn nożownika, tak samo jak nie wolno obwiniać wszystkich Polaków za obelgi w autobusie. Skąd więc ta różnica? Skoro w przypadku tragedii w Jarosławiu słyszymy wezwania, by nie wyciągać wniosków z narodowości sprawcy, dlaczego tej samej zasady nie stosuje się w autobusie? Gdy sprawcą jest Polak, na ławie oskarżonych siada cała Polska. Gdy sprawcą jest Ukrainiec szuka się miejsca dla Putina. Sprawiedliwość po polsku? Raczej hipokryzja bez granic”.
Mamy prawo pytać, co może się stać, gdy po zakończeniu wojny do Polski przyjadą tysiące byłych żołnierzy z „wielopostaciowymi zaburzeniami psychotycznymi” – wojna wchodzi w człowieka łatwo, trudniej z niego wychodzi. Będziemy usprawiedliwiać ich także, gdy zasilą np. szeregi mafii? Mamy prawo zabiegać o swoje bezpieczeństwo i przyszłość, wymagać od państwa odpowiednich gwarancji i działania.
To nie fobia ani nacjonalizm, ale zdrowy rozsądek i roztropność.
Źródło: Echo Katolickie 40/2026
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.