Po nalocie na ZOO w Łącznej: ekoaktywiści postawili na swoim, przerażone zwierzęta biegały po wybiegu

Nawet gdyby przyjąć za dobrą monetę narrację ekoaktywistów, że w ZOO w Łącznej zwierzęta nie miały właściwych warunków, sposób w jaki przeprowadzono nalot na to miejsce pod nadzorem policji, wskazuje, że dobro zwierząt było tu na ostatnim miejscu. Takich działań nie organizuje się bez zapewnienia docelowego miejsca pobytu i bez dozoru weterynaryjnego dla całej fauny.

We wtorek, 13 października przed prywatnym ogrodem zoologicznym w Łącznej pojawili się aktywiści w towarzystwie policji i przedstawicieli prokuratury. Powodem było podejrzenie o „znęcanie się nad zwierzętami”. Według służb chodziło o zabezpieczenie dowodów oraz przewiezienie części zwierząt do innych placówek. Jak twierdzi rzecznik Prokuratora Okręgowego w Świdnicy „sprawdzano m.in. warunki ich utrzymywania”. Celem było „przeprowadzenie oględzin, zabezpieczenie zwierząt oraz zapewnienie im odpowiedniej opieki i bezpieczeństwa”. Specjaliści weterynarii i opieki nad zwierzętami mieli indywidualnie ocenić stan poszczególnych osobników i zdecydować o ich dalszym miejscu pobytu, w tym ewentualnym transporcie do innych placówek.

To, jak przebiegała akcja, nie zgadza się jednak z oficjalną wersją podawaną przez prokuraturę. W trakcie działań zabrano z zoo i wywieziono niewielką część najcenniejszych zwierząt, resztę natomiast pozostawiono. „Indywidualna ocena stanu poszczególnych osobników” sprowadziła się do odebrania właścicielowi zwierząt, na których zależało aktywistom, a w trakcie działań zniszczono ogrodzenia i wybiegi pozostałych zwierząt. Na filmach zamieszczonych w internecie widać m.in. lemury uciekające z wybiegów.

Akcja sprawiała wrażenie chaotycznej i wyjątkowo źle zaplanowanej. Po jej przeprowadzeniu nikt ze służb ani aktywistów nie zainteresował się dobrostanem pozostałych zwierząt. 

Świadkowie mówią o wywożeniu zwierząt samochodem typu sedan nieprzystosowanym do tego celu. Jeden ze świadków został przejechany przez odjeżdżający pojazd. Przerażone zwierzęta, m.in. zebry biegały po wybiegu, a prowadzący akcję funkcjonariusze nieudolnie próbowali je uśpić. „Jedna z zebr dostała cztery strzały i nadal nie zasnęła” – mówi świadek. „Wilki się ze sobą gryzą. Nie dostały od niedzieli jeść” – dodaje.

Następnego dnia po akcji zaniedbanymi i przerażonymi zwierzętami nie zajęli się aktywiści, ale personel zoo.

Sprawa jest rozwojowa, trudno w tym momencie orzekać o tym, jakie były prawdziwe motywy działań aktywistów i prokuratury. Na dzień dzisiejszy jednak wersja, według której chodziło o dobrostan zwierząt, wydaje się bardzo trudna do utrzymania.

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« ‹ 1 › »
TAGI: