Kilkanaście znieważonych kapliczek

Profanacja świętych wizerunków to nie tylko atak na przedmioty kultu religijnego, ale także na ludzi, dla których są one ważne, i na wspólne dziedzictwo kulturowe. O tym, dlaczego chrześcijańskie symbole powinny być szanowane również przez niewierzących i co odbudowa paryskiej katedry Notre-Dame mówi o misji Kościoła, pisze o. Jacek Salij OP.

W groźną obsesję popadł 34-letni Adrian M., mieszkaniec Radomia: postanowił systematycznie profanować święte obrazy i figury. W ciągu trzech tygodni września udało mu się sprofanować co najmniej kilkanaście – przeważnie zabytkowych – kapliczek i przydrożnych figur. Już został zatrzymany, a decyzją sądu poszedł na trzy miesiące do aresztu. 

Niczego więcej na jego temat nie wiem, zatem skupmy się nad samym zjawiskiem atakowania rzeczy świętych – na czym ono polega i jak różne przybiera formy. Otóż profanacja chyba zawsze jest jakąś formą przemocy. Jest bowiem sposobem atakowania ludzi, dla których profanowana rzecz jest święta. Ludzie niepodzielający ich wrażliwości często też czują się wtedy atakowani, bo ważne dla współobywateli symbole są dla nich częścią dobra wspólnego. 

Toteż trudno się dziwić, że kiedy profanacja ma postać radykalną, budzi niekiedy nawet grozę i przerażenie. Osobiście coś takiego odczułem, słuchając wiadomości, że ktoś rwał Biblię i rzucając jej karty w tłum wołał: „Żryjcie to g.!”. Nawet nie umiem sobie wyobrazić, co bym odczuwał, gdybym znajdował się w środku tego tłumu.

Maksymilian Kolbe, wtedy jeszcze młody kleryk, na własne oczy zobaczył niesioną w antyklerykalnej demonstracji parodię obrazu świętego Michała Archanioła. Obraz szatana, który depcze głowę Archanioła, przeraził go do tego stopnia, że właśnie wtedy zaczął myśleć o tym, żeby założyć Milicję Niepokalanej.

Zazwyczaj jednak ludzie dopuszczają się profanacji tego, co święte, raczej z głupoty, niż ze złej woli. Jakiś „dowcipny” Belg znalazł niemiecki hełm i nałożył go na figurę Matki Bożej. Przejeżdżał tamtędy król Baudouin. Kiedy zauważył znieważoną figurę, „zatrzymał samochód i nie mówiąc słowa wyszedł, wspiął się na cokół, zerwał hełm i rzucił do rowu. Bez słowa komentarza usiadł za kierownicą, jakby nic się nie wydarzyło”. Nie było zastanawiania się, czy „dowcipniś” działał w złej woli, czy ze zwyczajnej głupoty. Nikt by się o wydarzeniu nie dowiedział, gdyby nie opowiedział o nim po śmierci monarchy jedyny pasażer samochodu.

Potężnym świadkiem, że święte budowle i pomniki mogą być – i często są – dobrem wspólnym całego społeczeństwa, stała się w ostatnich latach paryska katedra Notre-Dame. Kiedy w roku 2019 pożar zniszczył ją gruntownie, owszem, pojawiły się głosy, że może jej nie odbudowywać, albo po odbudowie wyznaczyć jej jakieś inne cele, ważne dla obecnego, przecież bardzo zlaicyzowanego społeczeństwa. Na szczęście Francja zdecydowała się na potężny wysiłek przywrócenia katedrze jej pierwotnego kształtu. Bo przecież jest ona nie tylko świątynią katolików, ale właśnie jako katedra – dobrem wszystkich Francuzów.

Ważnego pouczenia na ten temat – jeszcze przed swoją podróżą do Paryża – udzielił papież Leon XIV. Strona rządowa planowała spotkanie papieża z ekipą specjalistów, którym udało się dokonać tego, co wydawało się przekraczać ludzkie możliwości i doprowadzili do „wskrzeszenia” katedry. Miliony ludzi na pewno zachwycałyby się z takiego oprowadzenia papieża po odbudowanej katedrze.

Na tę propozycję strona watykańska odpowiedziała, że – chociaż Ojciec Święty czuje się zaszczycony tak wyjątkowym zaproszeniem do zwiedzenia katedry – wolałby jednak swoim przyjściem podkreślić pierwszy cel, dla którego ją wzniesiono. Przecież ona została zbudowana po to, aby być miejscem modlitwy i gromadzenia się wspólnoty wierzących. Jak to dobrze, że ostatecznie taki właśnie charakter miało przyjście Leona XIV do paryskiej katedry! Papież przyszedł do niej, aby przewodniczyć modlitwie i wygłosić słowo wiary i nadziei.

Niepowtarzalne okoliczności, w jakich przemawiał, sprawiły, że praktycznie nie dało się z jego słowami się nie zgodzić. Chyba wszyscy przyjęli te twierdzenia jako „oczywistą oczywistość”. Bo jakżeż nie zgodzić się z twierdzeniem, że tak doszczętna ruina monumentalnej budowli „sprawiła ból nie tylko katolikom i nie tylko ludziom wierzącym”?  Albo czyż można przeczyć temu, iż „wtedy wszyscy uświadomiliśmy sobie, że Notre-Dame jest czymś więcej niż zabytkiem”? Czyż można zanegować „powszechność zaangażowania w odbudowę katedry” albo „wspaniałość osiągniętego rezultatu”?

Mówiąc krótko, Leon XIV nawet nie próbował przekonywać, że ta katedra jest dobrem wszystkich Francuzów, a właściwie to nawet wszystkich Europejczyków. W świetle powyższych okoliczności to się rozumie samo przez się: „Właśnie w tym miejscu bije serce narodu; znajdujemy się w żywym centrum cywilizacji, gdzie przeszłość spotyka się z przyszłością, a niebo z ziemią”. 

Tak by się chciało, żeby w tej perspektywie spróbowali spojrzeć na chrześcijańskie znaki święte ci niewierzący, których one drażnią. Przecież one naprawdę są dobrem wspólnym nas wszystkich, nie tylko wierzących.

Ale idźmy do końca: Jeśli tak się rzeczy mają, to misją działającego w tej katedrze Kościoła jest coś więcej niż zachowanie duchowego dziedzictwa. Papież zwrócił uwagę na to, że przy wejściu do katedry znajduje się chrzcielnica, materialny znak zapraszający do wspólnoty wiary.

A zatem „odbudowa tej katedry otwiera nowe przestrzenie gościnności i uczestnictwa, wykraczające poza granice przynależności do Kościoła”. 
Powiem szczerze: Osobiście jestem zachwycony, że Ojciec Święty właśnie to powiedział. Jednak chciałoby się, żeby to ostatnie zdanie było mniej zawiłe. Chciałoby się, żeby papież powiedział po prostu, że dzielić się Dobrą Nowiną to dla nas katolików wielki zaszczyt.

 

 

« ‹ 1 › »
oceń artykuł Pobieranie..