Stosowanie antykoncepcji może być działaniem na rzecz prokreacji. Karol Wojtyła, Wanda Półtawska i św. Augustyn wpędzają ludzi w kompleksy i poczucie winy. Takie same skutki wywołuje stawianie Maryi jako wzoru czystości. To kilka tez z książki „Ciało, lęk, przyjemność”.
Wątek antykoncepcji to chyba najbardziej spektakularny w całej książce przykład pokręcenia wszystkiego ze wszystkim. Uzasadnienie tezy – w skrócie – jest takie, że skoro małżonkowie nie chcą mieć dziecka, to bez antykoncepcji musieliby się oddalić od siebie w sferze intymnej, to zaszkodziłoby całej ich relacji, a to z kolei byłoby złe dla dzieci, czyli dla prokreacji (bo prokreacja to nie tylko poczęcie dziecka, ale i całe jego wychowanie). A jeśli zastosują tabletki, albo prezerwatywę – prosty stąd wniosek – to ich relacja będzie kwitła i dzieciom będzie lepiej. Myślenie tak pogmatwane, że nie wiadomo od czego zaczynać prostowanie: od tego, że antykoncepcja na pewno nie poprawi małżeńskiej relacji, czy od tego, że może w rozważanej sytuacji – mamy małżonków, którzy boją się mieć dziecko – początkiem problemów jest właśnie strach przed dzieckiem?
Sumienie i skrupuły. Czy Kościół wpędza nas w poczucie winy?Wpędzeni w lęk
Książka „Ciało, lęk, przyjemność” to wywiad Małgorzaty Terlikowskiej z psychiatrą i terapeutą Krzysztofem Krajewskim-Siudą. Rozmowa, jak czytamy na początku, dotyczy tego, „jak nie budować wiary na gruzach własnej psychiki”. Później czytamy o lękach, skrupułach i obsesjach na punkcie seksu, w które wpędzani są katolicy.
To mogła być wartościowa pozycja. Nie sądzę wprawdzie, żeby problem moralnego przewrażliwienia na punkcie szóstego przykazania był powszechny. W dzisiejszych czasach dostajemy raczej ze wszystkich stron komunikat, że zły jest tylko gwałt, albo pedofilia, a tak poza tym – hulaj dusza. Nawet zdrada jest mocno relatywizowana. Niemniej jednak niektórych problem na pewno dotyczy i może poważnie uprzykrzyć życie, zniszczyć radość z własnej płciowości i relację z Bogiem.
Tylko kto wpędza ludzi w lęki i skrupuły?
„Patologiczna kultura czystości”
Autorzy wymieniają po nazwisku. Karol Wojtyła – miewał słuszne intuicje, ale generalnie szkodzi. Wanda Półtawska – jedna wielka ucieczka przed cielesnością; nawet jeśli pisze o dłoniach kapłana, to robi to szkodliwie dla psychiki czytelnika. Dalej: św. Augustyn, św. Józef Sebastian Pelczar, współcześni propagatorzy nauki Jana Pawła II (np. państwo Pulikowscy) i mnóstwo mniej czy bardziej znanych autorów i księży. Co innego Freud, albo Jung – jeśli są wspominani, to jako odkrywcy czegoś ważnego.
W praktyce Kościoła też niewłaściwe okazuje się właściwie wszystko. Spowiedź jest podejrzana, a spowiednicy naruszają sferę intymną penitentów. Dobry jest tylko taki spowiednik, który człowieka odeśle do terapeuty, żeby ten pozbył się skrupułów (czy oprócz skrupułów są jakieś wyrzuty sumienia, które są słuszne – tego się nie dowiadujemy). Egzorcyzm – tortura. Takie określenie pada wprost. Demon nieczystości – wymysł, nie ma czegoś takiego w „zdrowej nauce Kościoła”.
I tak raz za razem. A to jako przykład katolickiego myślenia podany jest autor jakiegoś internetowego wpisu, który przyczepił się do państwa Terlikowskich za wrzucenie do sieci zdjęcia z plaży. Ciekaw jestem, kim był ten człowiek i czy naprawdę był zgorszony, czy tylko prowokował.
Jeśli to drugie, to mu się udało.
A to historia o dziewczynie, która przez kościelną naukę o dziewictwie uznała, że skoro sypiała z chłopakiem, to już musi wyjść za niego za mąż. Przepraszam, ale nie wiem, w którym kościele czegoś takiego uczą. Tego, że dziewictwo jest ważne – owszem. I że zachowanie go do ślubu jest wyrazem miłości wobec męża lub żony. I jeszcze tego, że jeśli ktoś uprawiał seks przed ślubem, to będzie się to odbijało na późniejszym życiu (z Bożą pomocą dużo można naprawić, ale byłoby prościej, gdyby nie trzeba było nic naprawiać). Ale tego, że koniecznie trzeba wziąć ślub z kimś, z kim się współżyło? To czego uczą, jeśli ktoś miał kilku partnerów?
Dalej: w Kościele panuje „patologiczna kultura czystości”. I chyba nie ma żadnej niepatologicznej, bo samo pojęcie czystości jest niewłaściwe.
Nawet pokazywane Maryi jako wzoru czystości okazuje się niedobre, bo to nieosiągalny ideał, który wpędza w kompleksy i poczucie winy.
Silne wsparcie
Tak się szczęśliwe składa, że Maryja nie tylko jest wzorem, ale też konkretną Osobą, która może nas wesprzeć w walce o czystość. Nie tylko w październiku, rzecz jasna, ale akurat ten czas mocno o Niej i jej działaniu przypomina.
I warto z tego wsparcia korzystać – pomodlić się za siebie, swoje małżeństwo czy inną relację, albo np. za osobę, na którą pożądliwie patrzę.
To na pewno da więcej, niż tłumaczenie sobie, że to, co mnie gdzieś w środku uwiera to tylko skrupuły, w które wpędziła mnie nauka Wojtyły.
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.