W żadnym wypadku tekst mój nie jest krytyką osoby, której jest poświęcony. Nie kwestionuję też wyboru, jakiego Wojciech Jędrzejewski dokonał, zwłaszcza że nie znam okoliczności. Ani nawet nie silę się na zdyskredytowanie drogi, którą były dominikanin podąża – nawet jeśli nie pozostawiam jej bez krytyki, która moim zdaniem powinna wybrzmieć.
Dwie ojczyzny. List katolika do Tuska
Pobożność a nieprawość
Chciałbym podziękować Panu za to, że przyczynił się był do nowego przeze mnie odczytania fragmentu Pisma Świętego, który do tej pory jakoś do mnie nie przemawiał:
Zalecam więc przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi: za królów i za wszystkich sprawujących władze, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i godnością (1 Tm 2,1-2).
Dotąd, gdy czytałem tę zachętę, budziła ona we mnie pewien opór. Czy celem życia chrześcijańskiego jest cichość i spokój? I jeszcze ta pobożność, która kojarzyła mi się z tymi wszystkimi truchtającymi do kościoła, w których trudno mi było dostrzec gwałtowników zdobywających Królestwo Boże (por. Mt 11,12). Dzięki fermentowi, który wprowadził Pan swoim nieodpowiedzialnym sprawowaniem władzy, władzy wykraczającej poza granice trójpodziału, doceniłem życie ciche i spokojne, które właśnie zostało mi zabrane.
Śmiech przez łzy, gdy widzi się, co Pan zrobił w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Wdzięczność przez złość, że można było ujrzeć „na żywo” misterium nieprawości (por. 2 Tes 2,7), jeśli tylko ktoś ma oczy do patrzenia. Oczywiście nie chcę w polityce i w Pana zachowaniach dopatrywać się jakiegoś ostatecznego zła, podobnie jak nie zamierzam w polityce i w działaniach Pana przeciwników oczekiwać ostatecznego dobra. Od polityków nie oczekuję ani zbawienia doczesnego, ani tym bardziej wiecznego – to nie ten poziom oddziaływania. Rezultat porywania się z motyką na słońce jest przewidywalny, a prowadzi do frustracji tych, którzy ulokowali nadzieję nie tam, gdzie trzeba. A jednak należy odnotować, że właśnie władza jest „wdzięcznym” polem dla tego misterium nieprawości. W jakimś stopniu to misterium iniquitatis odsłania się również w Pana zabiegach wobec Trybunału, oraz w Pana przekazie publicznym.
Jan Paweł II słusznie zwracał uwagę na koegzystencję zła i dobra, chwastu i pszenicy; zawsze obok zła rośnie również dobro (Pamięć i tożsamość). Czy Pana szeroko otwarte oczy już dostrzegają ten wzrost, który Pan sprowokował?
Ojczyzna ziemska i niebiańska
Wiele już powiedziano i napisano na temat czasu, który wybrał Pan na swoją, choć przeprowadzoną rękami (ustami) innych, akcję. Ale być może jeszcze zbyt mało padło słów wypowiedzianych z perspektywy katolika.
Otóż uroczystość Wszystkich Świętych, a również wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych, to szczególny czas zwrócenia się w stronę Ojczyzny niebieskiej. „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Flp 3,20). Przy okazji – nie straszę, ale uprzejmie donoszę – nie docenił Pan ani wstawiennictwa świętych niebian, ani modlitw nieświętych ziemian. Ani nawet nie odnotował Pan reguły, zgodnie z którą zaangażowanie doczesne ludzi wierzących jest wprost, a nie odwrotnie, proporcjonalne do zaangażowania w sprawy wieczne.
Wyznawca Chrystusa to takie dziwne stworzenie, które jest nie z tego świata, a jednak żyje w tym świecie. A zatem ma dwie ojczyzny, jedną niebiańską, a drugą ziemską, przy czym żadna z nich nie jest ojczyzną-dublerką (Pan wie, do czego piję). I teraz, niech Pan uważa: one, choć różne, w pewnym zakresie się pokrywają. Z perspektywy pierwszej patrzymy na drugą, troska o drugą służy nam w drodze do pierwszej. Chrześcijanin oddaje Bogu, co Boskie, a cezarowi, co cezarskie. Co oznacza, wbrew pierwszemu wrażeniu, że również w sprawach należących do cezara chrześcijanin szuka tego, co podoba się Bogu. Gdy pewne wartości, nawet niebezpośrednio związane z chrześcijaństwem, są podważane, będzie czuł się w obowiązku zareagować. Jeśli wcześniej pozostawał w dystansie, teraz już nie będzie mógł. Warto wziąć to pod uwagę.
Co (nie) jest rolą Kościoła
Pasterze Kościoła zastrzegają się, że „nie jest rolą Kościoła rozstrzyganie o przyczynach tego sporu i odpowiedzialności za brak jego rozwiązania”, wyrażają jedynie troskę „o dobro Ojczyzny i spokój społeczny” oraz apelują „o nieeskalowanie konfliktu, podjęcie konstruktywnego dialogu i pokojowe rozwiązywanie wszystkich trudności”. Ale reakcja ludzi świeckich, zwłaszcza zawodowo zajmujących się polityką, choć paradoksalnie w tym właśnie chrześcijańskim duchu podjęta, będzie nakierowana na rozstrzygnięcie przyczyny kryzysu i podjęcie stosownych kroków do rozwiązania. A one bynajmniej nie dają się sprowadzić do „kopiuj-wklej” nastawiania drugiego policzka czy też do fałszywie pojmowanego miłosierdzia (vide: słowa Prezydenta na rozpoczęcie obrad RBN).
Sformułowanie „nie jest rolą Kościoła” w powyższym oświadczeniu KEP swoją drogą może zostać niewłaściwie zrozumiane . Po pierwsze można odnieść wrażenie, że Kościół nie ma narzędzi do oceny rzeczywistości ziemskich i jedyne, co mu pozostaje, to prosić polityków: „chłopcy, nie pozabijajcie się”. A po drugie sugeruje pośrednio, że Kościół sprowadza się do samych pasterzy. Tymczasem świeccy jako część tego właśnie Kościoła nie mogą zawieszać ocen i nie wolno im nie wskazywać odpowiedzialnych za jego wywołanie. Wszyscy zresztą wierni świeccy, czytamy w Katechizmie, „powinni wspólnymi siłami tak uzdrawiać istniejące w świecie obyczaje i stosunki, jeśli skłaniają gdzieś do grzechu, aby to wszystko stosowało się do norm sprawiedliwości i raczej sprzyjało praktykowaniu cnót, niż mu przeszkadzało” (nr 909).
Sprawy doczesne i wieczne
Wracając do zachęty z Pierwszego Listu do Tymoteusza. W interesie nie tylko ludzi pobożnych, ale nawet niepobożnych polityków jest tak uprawiać politykę, żeby wierzący „mogli prowadzić życie ciche i spokojne”. To się opłaca także ojczyźnie ziemskiej, gdy jej obywateli zajmują sprawy ojczyzny niebiańskiej. Lepiej ich na siłę nie sprowadzać do spraw ziemskich, niech nie troszczą się zbytnio o nie. Sfokusowani na niebie są z założenia posłusznymi obywatelami ziemskimi i pozostawiają większą wolność politykom. Potrafią zachować właściwe proporcje, a także dać kredyt zaufania rządzącym, za których, jak widać/czytać, nawet się modlą. Pana działanie było właśnie takim na siłę ściągnięciem nas, wierzących, w sprawy doczesne, i to w czasie, który przeznaczyliśmy na sprawy ostateczne. Bardzo mocno to odczułem, gdy mój czas, energię i emocje musiałem ulokować w polityce.
I wtedy właśnie zrozumiałem, czym jest życie ciche i spokojne. Mogłem spędzić ten czas z rodziną, porozmawiać i pobawić się, więcej się trochę pomodlić, a tymczasem było głośno i emocjonalnie, a cały wieczór spędziliśmy z żoną i dziećmi na rozmowach o polityce, w których czarnym charakterem był właśnie Pan. Gdybym był powiedzmy członkiem jakiegoś zgromadzenia kontemplacyjnego, zapewne mógłbym nie wychodzić z wewnętrznych komnat na ten dziedziniec zewnętrzny pełen politycznego zgiełku. Ale piszę te słowa z perspektywy wierzącego świeckiego, którego powołaniem jest właśnie „szukanie Królestwa Bożego przez zajmowanie się sprawami świeckimi i kierowanie nimi po myśli Bożej” (KKK 898). Świecki nie ucieknie przed tym szlachetnym powołaniem, nawet jeśli w praktyce będzie to oznaczało, że musi zająć się tak nieszlachetnym postępowaniem, z jakim mieliśmy i mamy do czynienia obecnie. Będzie musiał szukać „sposobów, by rzeczywistości społeczne, polityczne i ekonomiczne przeniknąć wymaganiami nauki i życia chrześcijańskiego” (KKK 899).
AD 2027 – krzyżyk na Tuska
Dlatego nie mogłem milczeć i stąd ten list – niby do Pana, ale tak naprawdę do braci i sióstr, którzy być może „mają podobnie” jak ja (proszę Czytelników o potwierdzenie mailowe lub zaprzeczenie, adres autora do wyguglania). Nie chcę się wypowiadać za wszystkich, ale coś mi mówi, że katolikowi przynajmniej jako-tako (po japońsku) zorientowanemu w tym, co się wydarzyło, nawet na myśl nie przyjdzie zagłosować na Pana partię czy koalicję firmowaną Pana twarzą. Postawią krzyżyk na Pana, ale nie na Pana listę.
Jest niesamowite, że pewne sprawy, można powiedzieć, „zwyciężają czas”, nie zmieniają się. Tak jest właśnie w przypadku „ponadczasowej” relacji chrześcijan do świata, znakomicie oddanej w „Liście do Diogneta”. Może, odłożywszy Carla Schmitta, zechciałby Pan zapoznać się z tym wspaniałym dziełem powstałym bodaj pod koniec II wieku, którego fragment cytuję poniżej:
Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze. Podejmują wszystkie obowiązki jak obywatele i znoszą wszystkie ciężary jak cudzoziemcy. Każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą. Żenią się jak wszyscy i mają dzieci, lecz nie porzucają nowo narodzonych. Wszyscy dzielą jeden stół, lecz nie jedno łoże. Są w ciele, lecz żyją nie według ciała. Przebywają na ziemi, lecz są obywatelami nieba. Słuchają ustalonych praw, a własnym życiem zwyciężają prawa.
Dziś można by dodać, że głosują jak obywatele ojczyzny ziemskiej, ale głosując – nie przestają być obywatelami ojczyzny niebieskiej. W przyszłorocznych wyborach – jeśli się odbędą, czego wcale taki pewien nie jestem – 40% moich dzieci po raz pierwszy w swoim życiu odda głos. Zapewniam Pana, że jest nieprawdopodobne, żeby poparli listę, do której przyłożył Pan swoje drżące ręce.
Tusk primum i Tusk secundum
Opierałem się przed wysłuchaniem Pana pięciominutowego i sklejanego z kawałków orędzia – staram się zachować higienę psychiczną i nie wystawiać się na przemoc psychiczną. Ale w końcu jednak uległem. Zobaczyłem Pana, a raczej Was dwóch, dwóch Panów Tusków w jednym. Tusk pierwszy mówił, co mówił, szedł w zaparte, uprawiał nie pierwszą i nie ostatnią, choć coraz grubszymi nićmi szytą manipulację (przypowiastka o złodzieju), straszył. Tusk drugi czynił to głosem stonowanym, jak gdyby próbował jakiegoś pojednania czy przynajmniej przekonania do „stanu wyższej konieczności konstytucyjnej”. Tusk primum starał się przybrać wyuczone gesty, Tusk secundum z kolei ledwo panował nad dłońmi. Ciało nie wytrzymywało, dysonans między jednym i drugim Tuskiem został uwieczniony kamerą.
Naocznie przekonałem się o tym, o czym przecież teoretycznie wiem: że człowiek jest bardzo elastyczny, że potrafi rozciągnąć się w takim szpagacie, iż, wydawałoby się, powinien pęknąć, ale, przynajmniej do czasu, nie pęka. Dla mnie jako teologa stanowi to jakieś poszlakowe potwierdzenie, że jest możliwa ostateczna, wieczna schizofrenia – być stworzonym przez Boga, a jednak tak się przeciwstawić temu, kim się jest, żeby całym sobą nie być sobą. Piekielna schizofrenia. Tragedia, tyle że już bez groteski, z którą łączą sią Pana zakusy na Trybunał.
Trzeźwa reakcja na manipulacje
Zastanawia mnie jeszcze i to, jak to jest, że tyle już razy uciekał się Pan do argumentu ad Putinum. Nawet nie chodzi mi o to, że każda manipulacja czy erystyka mają swoje granice, po przekroczeniu których działają już tylko na tych najbardziej odpornych (czytaj: nieodpornych na manipulacje). Ale przecież to właśnie Pańskie poczynania podobne są do tego, co znamy z natury działań despotów zza wschodniej granicy. Podobnie jak po Putinie, również po Panu nie wiadomo, czego się spodziewać. Kremlinolodzy strzelają kulą w płot, tuskolodzy zakładają wszystkie opcje: od tego, że Pan się wycofa (jak widać, ci drudzy też strzelają w płot), przez to, że wybory w 2027 roku nie odbędą się lub ich wyniki nie zostaną uznane, aż po taką, że podniesie Pan swoją (drżącą) rękę na Prezydenta Rzeczypospolitej. Odbiorca czuje się zdezorientowany.
Tak właśnie są odbierani przez innych ludzi manipulanci albo makiaweliczni cynicy, przy czym, jak się domyślam, jedno z drugim nieładnie i chętnie się łączy. Tym trudniej będzie na Pańskie akcje adekwatnie zareagować, i tym bardziej reakcja w duchu chrześcijańskim nie może sprowadzić się do ogólnikowego „konstruktywnego dialogu”. Na szczęście „nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia” (por. 2 Tm 1,7).
Sławomir Zatwardnicki