Kropla, która drąży skałę

Antypapieska histeria, jaka zapanowała wśród komentatorów po opublikowaniu raportu ws. McCarricka, nie ma uzasadnienia w faktach, ale w ich własnych fobiach

Kto i dlaczego atakuje osobę św. Jana Pawła II, mówi ks. dr hab. Robert Skrzypczak, publicysta, duszpasterz akademicki, wykładowca Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie.

Co tak naprawdę znalazło się w raporcie ws. McCarricka? Histeria, jaka zapanowała w naszym kraju po jego opublikowaniu, podsycana przez niektóre media jest zadziwiająca, zaś narracja jednostronna: papież krył pedofilów...

W raporcie tym została opisana sprawa ekskardynała Theodora McCarricka. Raport zawiera chronologiczny zestaw wydarzeń dotyczący narastających pogłosek wokół jego osoby, doniesień, potem także dowodów, czyli wszystkiego, co złożyło się na decyzję papieża Franciszka z 2018 r., by kardynała McCarricka pozbawić kapelusza kardynalskiego.

Media zainteresowały się pewnym epizodem związanym z podjęciem decyzji przez Jana Pawła II, by McCarricka z diecezji Newark, gdzie był wówczas biskupem, przenieść do Waszyngtonu w 2000 r., zaś w 2001 r. nadać mu tytuł kardynalski. Większość mediów o nastawieniu liberalno-lewicowym w wielu krajach podchwyciło ten wątek, ferując wyrok na św. Jana Pawła II: „winny”. Dziennikarze nie mieli żadnych szans zaznajomienia się z całym tym dokumentem, co wymagało trochę zaangażowania, biorąc pod uwagę fakt, że raport liczy 460 stron, w dodatku został napisany po włosku i angielsku. Wyciągano wnioski, jakich oczekiwały niektóre środowiska nastawione na rozprawę z polskim papieżem.

Raport jasno wskazuje, że kwestia McCarricka ciągnęła się podczas pontyfikatu kilku papieży. Atak tylko na osobę Jana Pawła II wydaje się więc irracjonalny, a jednak ma miejsce. Dlaczego właśnie on?

To akurat wcale mnie nie dziwi. Osobą Jana Pawła II zajmuję się od dawna: jego skoncentrowaniem sił intelektualnych i duszpasterskich w okresie krakowskim na problemie małżeństwa, rodziny, etyki seksualnej - w efekcie czego narodziła się słynna książka z 1960 r. „Miłość i odpowiedzialność”. Potem nadszedł czas wyklucia się dojrzałej wizji teologicznej dotyczącej męskości, kobiecości, relacji miłosnych i ludzkiej seksualności, jednej z największych pereł pontyfikatu Papieża Polaka, zwanej „teologią ciała”. Jan Paweł II, będąc papieżem, odniósł wiele sukcesów, ale przede wszystkim przywrócił Kościołowi wiarygodność po dramatycznym okresie, w którym znalazł się on u schyłku pontyfikatu Pawła VI. Pociągnął za sobą miliony młodych ludzi, organizując Światowe Dni Młodzieży. Wytworzył się niesamowicie pozytywny klimat wokół katolickiego papieża, katolickiego nauczania, zwłaszcza, że Ojciec Święty młodym swoim słuchaczom nigdy nie schlebiał, tylko przedstawiał nauczanie chrześcijańskie i Chrystusowe w jak najbardziej zintegrowanej postaci. Jan Paweł II postawił wielki wykrzyknik nad nadprzyrodzonością w Kościele, nad działaniem w jego ramach żywego, osobowego Boga. Sam był mistykiem i zaproponował światu mistykę bez polityki - to coś niezwykłego, bo zwykle mamy do czynienia z sytuacją odwrotną, tzn. polityków, którzy mimo odcinania się od religijnych inspiracji, swej politycznej aktywności usiłują nadawać status quasi-religijnej powagi w świecie. Jan Paweł II doprowadził do końca procesy kanonizacyjne wielu osób, ogłaszając ich świętymi. Był niezmordowanym misjonarzem głoszącym Chrystusa niemal na całym świecie. To zrozumiałe, że wszystkie te działania musiały spotkać się ze sprzeciwem wielu środowisk. Zwłaszcza te dotyczące wpływu na młode pokolenie ktoś uznał za rzecz niewybaczalną. Trzeba było się więc na Janie Pawle II zemścić. Nie było lepszej okazji, jak pojawienie się w przekazach medialnych informacji o grzechach, zwłaszcza wykorzystania seksualnego czy homoseksualizmu, którego dopuszczali się niektórzy przedstawiciele Kościoła. Dla katolików to grzechy wołające o pomstę do nieba. Nie można było sobie wyobrazić lepszej okazji do tego, by - uderzając w Jana Pawła II - uderzyć przy tym w owoce jego poczynań, a także w samą wiarygodność Kościoła. Celem było obrzydzenie Kościoła przed młodym pokoleniem: zobaczcie, to jest instytucja, która należy już do przeszłości, nie ma już współczesnemu człowiekowi nic do powiedzenia. A w takim razie słuchajcie nas.

Żądania dekanonizacji Papieża Polaka pojawiały się już jakiś czas temu.

Dwie katolickie działaczki lewicowe we Francji opublikowały w „Le Monde” artykuł, w którym domagały się „dekanonizacji” - czyli unieważnienia procesu stwierdzającego świętość Jana Pawła II - za to, że wprowadził on rzekomo zbyt restrykcyjne nauczanie w dziedzinie ludzkiej płciowości, był za bardzo zdecydowany w obronie tradycyjnych stanowisk w Kościele i za mało otwarty na nowoczesność. I to miało - według nich - spowodować nadużycia seksualne wśród niektórych przedstawicieli Kościoła. Echem też odbiło się wystąpienie trzech biskupów z północnych Włoch, którzy w liście pasterskim do swoich diecezjan zwrócili się z prośbą o przebaczenie za zbyt restrykcyjne nauczanie Jana Pawła II w dziedzinie moralności seksualnej.

Za co takiego w nauczaniu Papieża Polaka muszą przepraszać katoliccy biskupi?

Wszystko zaczęło się od tego, że nauczanie Jana Pawła II, zwłaszcza teologia ciała, a w związku z tym także bardzo zwarta - oparta o Biblię i nauczanie Kościoła - wizja człowieka, małżeństwa i rodziny, jak wielki mur powstrzymywało proces narzucania światu owoców rewolucji seksualnej i transgenderowej. Chodzi w niej o próbę przesunięcia akcentu z pozycji chrześcijańskich, widzących w człowieku jego boską genealogię oraz respektujących rzeczywistość obiektywną, czyli przykazań Bożych i prawa naturalnego, na swoje własne ja: ja chcę, ja decyduję, jestem autonomiczny i samodzielnie generuję prawo. To był właśnie ten mur, o który rozbijała się światowa rewolucja antropologiczna i obyczajowa, i trzeba było po prostu w ten mur uderzyć. Jan Paweł II był jednym z czterech papieży w historii Kościoła, którym nadano przydomek „wielki”. Jego kanonizacja odbyła się w przeciągu kilku lat od śmierci, a na pogrzebie tłumy spontanicznie skandowały „santo subito”. Pewne środowiska, które nie były zadowolone z nauczania JP2, zwłaszcza w kwestii podejścia do ludzkiej płci i osobowości, zaczęły wykorzystywać przypadki nadużyć seksualnych w obszarze Kościoła, by uderzyć w osobę papieża i wytworzyć wokół Kościoła klimat moralnej paniki: nie żyje on swoim nauczaniem, jest obłudny, jego akty kanonizacyjne są przedwczesne. Wniosek: nie ma prawa nas pouczać.

Sytuacja wokół Jana Pawła II zaczyna przypominać tę, która wytworzyła się wcześniej wokół papieża Piusa XII. W świadomości wielu osób jawi się jako ten, który nie pomógł Żydom w czasie Holokaustu.

Wiemy, że Pius XII posługiwał się wszelkimi dostępnymi środkami, by ratować od zagłady Żydów mieszkających w Rzymie. Prosił nie tylko klasztory, ale także mających możliwości lokalowe bogatszych rzymian, by ukrywali u siebie osoby pochodzenia żydowskiego w czasie II wojny światowej. Nawoływał do zbiórki złota, którego zażądali hitlerowcy jako okup za uwolnienie Żydów. Ale mimo zgromadzenia zażądanych 100 kg tego kruszcu zostali oni wywiezieni do Auschwitz. Poza tym Pius XII uruchamiał wszelkie możliwości dyplomatyczne Kościoła, by ratować od zagłady znienawidzonych przez nazistów przedstawicieli narodu wybranego. Przyczynił się do tego m.in. papieski legat Angelo Roncalli, późniejszy papież Jan XXIII, działający w Bułgarii i Turcji, który posługując się fałszywymi dokumentami i pod pozorem organizowania pielgrzymek do Ziemi Świętej, zdołał wywieźć z Europy Południowej wielu Żydów. Faktem jest, że po zakończeniu wojny Golda Meir, premier pierwszego rządu izraelskiego, zwróciła się oficjalnie w przemówieniu radiowym z podziękowaniami do Pisa XII za jego bohaterską postawę na rzecz ratowania zagrożonych ludzi. Odwrót od tej linii nastąpił na początku lat 50, kiedy inicjatywę przejęły służby specjalne świata komunistycznego i postanowiły zdewastować autorytet Piusa XII, posługując się - jako maczugą - rozpuszczaniem pogłosek o jego antysemityzmie oraz o rzekomej współpracy z reżimem hitlerowskim. Wykorzystano do tego dramaty teatralne oraz ogromną machinę propagandy. Dopiero niedawno, kiedy Franciszek podjął decyzję o otwarciu archiwów watykańskich, znalezione tam dokumenty pokazały Piusa XII w zupełnie innym świetle. Może kiedyś odkryjemy, że za próbą zniesławienia i zbrudzenia pamięci o Janie Pawle II stoją zorganizowane struktury wywierania wpływu na ludzką umysłowość, które w 1981 r. nie zdołały skutecznie uśmiercić znienawidzonego lidera świata katolickiego.

W 2011 r. wydał Ksiądz książkę „Chrześcijanin na rozdrożu”. Diagnoza była smutna: kryzys Kościoła bardzo mocno wpisuje się w trwający od dłuższego czasu kryzys człowieka i wiary. Na uwagę, że to przedwczesna diagnoza i do kryzysu nam jeszcze daleko, odpowiedział mi wtedy Ksiądz: „Na tym właśnie polega zwodnicza rola kryzysu. To nie jest kryzys wojującego ateizmu. Nikt nie walczy dziś z nami - Kościołem. Podarowany nam został słodki spokój, który jednak potrafi usypiać...”.

Można byłoby w tym kontekście przywołać bardzo znamienne przemówienie Benedykta XVI z 2010 r. podczas jego pielgrzymki do Fatimy. Powiedział wtedy, że Kościół znosi dziś prześladowania i z zewnątrz, i od środka. Raport sporządzony przez administrację Baracka Obamy stwierdził kilka lat temu, że najczęściej prześladowaną religią na świecie jest chrześcijaństwo. Tylko przyzwyczailiśmy się już do informacji, że gdzieś tam podpalane są kościoły, porywane dzieci ze szkół katolickich i podkładane ładunki wybuchowe pod ławkami modlących się ludzi. Obecnie z czymś podobnym mamy już do czynienia w europejskiej Francji i Włoszech. Obawy rodzi to, co powiedział Benedykt XVI o prześladowaniach wewnętrznych. Nawiązał do objawień Maryi w Fatimie, La Salette i Quito i zapowiadanego tam potężnego kryzysu, jaki miał spaść na Kościół katolicki. Maryja z Quito mówiła o złu, jakie miało dotknąć przede wszystkim dzieci i miało być skierowane przeciwko młodym kapłanom. Jego celem miało być doprowadzenie do zniszczenia sakramentów, zwłaszcza spowiedzi, małżeństwa i Eucharystii. A przecież sakramenty stanowią bijące źródła Kościoła, umożliwiające spotkanie człowieka z Bogiem. To one nam przypominają, że nie żyjemy tylko w wymiarze świata tymczasowego i umożliwiają relację z tym innym światem, do którego zmierzamy. Ów świat, choć niewidoczny, istnieje faktycznie - jest to świat Bożej chwały i zmartwychwstania Chrystusa. Jednym z zasadniczych przejawów kryzysu Kościoła jest naruszenie naszej łączności z tym światem, z miłością Boga. Poza nią jest bowiem tylko śmierć. W tym sensie potrzebujemy dziś pokornie rozpoznawać i sięgać - z ogromną ufnością wobec Pana Boga - po odpowiednie środki zaradcze.

Dziękuję za rozmowę.

Echo Katolickie 48/2020

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama