W żadnym wypadku tekst mój nie jest krytyką osoby, której jest poświęcony. Nie kwestionuję też wyboru, jakiego Wojciech Jędrzejewski dokonał, zwłaszcza że nie znam okoliczności. Ani nawet nie silę się na zdyskredytowanie drogi, którą były dominikanin podąża – nawet jeśli nie pozostawiam jej bez krytyki, która moim zdaniem powinna wybrzmieć.
Nie jest też oczywiście moja wypowiedź, brońcie mnie Panie Boże i fundamentalne zasady terapeutyczne, diagnozą „na odległość”. Jest to, co piszę, raczej wyrazem niezrozumienia, któremu towarzyszy smutek, a także pewna doza gniewu. Ten ostatni, na ile mogę to zidentyfikować, wynika z tego, że podobnie jak wielu innych nie jestem przez ex-zakonnika traktowany poważnie – tak przynajmniej to odbieram.
Zrozumienie i kredyt zaufania
A przecież nigdy nie należałem ani do wielbicieli o. Wojciecha Jędrzejewskiego, ani nawet do osób duszpasterzowanych przez niego. Dopiero ci, jak przypuszczam, mogą czuć się zlekceważeni. Nie jestem też znawcą działalności dominikanina, nigdy nie śledziłem jego wystąpień czy wypowiedzi. Ot, sporadycznie czegoś tam wysłuchałem w internetach czy rzuciłem okiem na jakiś tekst jego autorstwa. Miał mój kredyt zaufania o tyle, o ile potrafił w swoim kaznodziejstwie i pasterskiej trosce uwzględniać również wiedzę psychologiczną, w moim przekonaniu niezbędną dziś w duszpasterstwie.
W mojej pamięci zapisał się szczególnie wywiad z wtedy jeszcze ubranym w biały habit mężczyzną, który poruszał się już niemal wyłącznie w „nowomowie” psychologicznej. Odniosłem wówczas wrażenie – ja, któremu nieobca jest przecież terminologia psychologiczna – jakbym obcował z pewnego rodzaju wiedzą dla wtajemniczonych. A może nawet bardziej niż z wiedzą – z pewnym sposobem odbioru rzeczywistości i jej nazywania. Jakąś taką egzotyczną atmosferą, a może nawet quasi-równoległą do tej, które można by oczekiwać, rzeczywistością. Już wtedy mogłem się spodziewać, że z tej drogi nie będzie odwrotu, a mimo tego zostałem zaskoczony wiadomością:
Odejście z zakonu i ze stanu duchownego jest moją osobistą decyzją. Decyzja ta wiąże się z łamaniem zakonnych ślubów czystości, do której się zobowiązałem. Przepraszam tych, których zawiodłem, i proszę o modlitwę. Katolicyzm był i pozostaje przestrzenią mojego przeżywania Boga.
Oświadczenie wprost nieproporcjonalne do poprzedniego zaangażowania dominikanina. Znany i ceniony duszpasterz, a z czasem coraz bardziej „pasterz od psyche”, publikuje cztery lakoniczne zdania, z których każde woła o dopowiedzenie. Zdecydowałem się wtedy bez wahania uszanować tę decyzję i dać autorowi powyższego oświadczenia czas na odnalezienie się w nowej sytuacji. Nawet jeśli czułem, że „tak się nie robi”, że szacunek do odbiorców działalności zakonnika wymagałby może czegoś więcej, to przecież rozumiałem, że „po drugiej stronie” oświadczenia stoi osoba doświadczająca życiowej tragedii. Potrzebująca czasu na przetrawienie, na jakąś „rekonwalescencję” i odnalezienie się w nowej sytuacji.
Niezrozumienie i gniew
Być może dlatego teraz, gdy Wojciech Jędrzejewski powraca w roli coacha, czuję się nabity w butelkę. Jakoś szybko poszło, jak na domniemane przeze mnie tąpnięcie życiowe. Okazuje się, że przejście od duszpasterstwa do coachingu miało jeszcze ogniwo pośrednie: duszpasterz – duszpasterz kryzysu – coach przełomu. Wystarczy trochę pojutubować, żeby ten łańcuch dostrzec w uszeregowanych chronologicznie tytułach dostępnych filmików. To pośrednie ogniwo pozwala byłemu dominikaninowi zaprezentować cały proces, jaki był się dokonał, z jednej strony jako ewolucję, czyli proces zmierzający przez nieunikniony kryzys (takie są prawa ewolucji) ku szczęśliwemu zakończeniu. A z drugiej strony jako jednak przełom, a zatem jako przewrót.
Takie ujęcie nie daje mi spokoju, i ponownie czuję się wyprowadzany w pole. Coś tu się nie zgadza. Albo mamy do czynienia z tragedią życiową, po której rozpoczyna się budowanie na gruzach, albo z sytuacją kryzysowo-przełomową, skutkującą podjęciem właściwej decyzji wpisującej się w nieustanny rozwój. Czytam oto na stronie Wojciecha Jędrzejewskiego, w zakładce „O mnie”, że jest między innymi „absolwentem filozofii i teologii”, ale o tych bez mała czterech dekadach dominikańskiego życia nie ma ani słowa. To chyba wskazywałoby na pomyłkę życiową, nieprawdopodobną tragedię, domagającą się jakiegoś rodzaju żałoby. A jednak prezentuje mi się to przekroczenie Rubikonu jako wyczekiwany przełom, w myśl metody – tak, Jędrzejewski ma swoją autorską metodę! – coachingu przełomu.
Przełom i „gruba kreska”
Metoda ta została oparta na trzech kluczowych pytaniach: czego masz już dość?; czego pragniesz?; czego się boisz? Metoda, najdelikatniej mówiąc, prosta. Prosta jak narzędzie, które, jak to z każdym narzędziem bywa, można użyć do różnych celów. Narzędziem można siebie i innych pokaleczyć. Poprzednie życie zostaje odcięte „grubą kreską”, tak że w nowym życiu mieści się teraz tylko to, co pasuje do niego. Może i Jędrzejewski ma do tego prawo, ale i ja mam prawo czuć się z tym niekomfortowo, jakbym był oszukiwany. Gdy ktoś rezygnuje z nauki Kościoła będącego „filarem i podporą prawdy” (1 Tm 3,15) na rzecz metody budowanej na trzech dyskusyjnych filarach, robi się niebezpiecznie.
Naprawdę trudno nie mieć wątpliwości co do tak zdefiniowanego coachingu przełomu. Zwłaszcza, gdy twórcą tej metody jest ktoś, kto przełomową decyzję, podjętą w wieku, powiedzmy eufemistycznie, „drugiej młodości”, w ten sposób poniekąd samo-uzasadnia. Gdyby jeszcze dał sobie czas, nieubłaganie płynący, na uzyskanie certyfikatu psychoterapeuty, i zaproponował nie metodę niszową, która i tak, nie mam co do tego złudzeń, znajdzie swoich zwolenników, lecz jakąś poważną, sprawdzoną i możliwie wszechstronną terapię! Ale, jak czytam dalej na stronie, Jędrzejewski nie jest (jeszcze?) terapeutą, jedynie „stale się rozwija w obszarze terapii i coachingu”. A przecież już prowadzi swoją nową trzódkę.
Swoją drogą, konieczność opuszczenia zakonu tłumaczy Jędrzejewski między innymi brakiem możliwości rozwoju (por. wywiad udzielony Jackowi Masłowskiemu, podcast „Czasem czuły, czasem barbarzyńca”, odcinek sprzed siedmiu miesięcy zatytułowany „Jak to dobrze robić”). Dowiadujemy się, że wywiadodawca teraz dopiero może stać się „lepszym człowiekiem, głębiej uduchowionym, pożytecznym dla innych”. Znów coś mi zgrzyta. Rok temu była mowa o notorycznym łamaniu celibatu, a teraz o rozwoju, który nareszcie nie jest stopowany. Gdyby po tym ascetycznym oświadczeniu sprzed roku ex-dominikanin usunął się w cień, zaczął nowe życie typowo świeckie, założył rodzinę – nie miałbym powodów do pisania niniejszego tekstu, mógłbym wirtualnie powspółczuć i całkiem realnie pomodlić się w jego intencji. Ale gdy Jędrzejewski staje się na powrót osobą publiczną, nagrywa filmiki i zaprasza do coachingu przełomu, odzywają się we mnie co najmniej mieszane uczucia, i czuję się w obowiązku zareagować również publicznie.
Spowiedź, której nie było
Tak radykalna zmiana wymagałaby, jak sądzę, jakiegoś całościowego uzasadnienia. Nie, nie chodzi o to, żeby na siłę usprawiedliwiać się przed innymi. Ani nawet o to, jakoby inni mieli prawo do tego, żeby dowiedzieć się wszystkiego „od podszewki”. Rzecz raczej we właściwym pożegnaniu i wyjaśnieniu, dlaczego stało się konieczne rozejście dróg z tymi, z którymi do tej pory szło się jedną drogą. W przeciwnym razie ci, którzy do tej pory ufali dominikaninowi, mogą czuć się porzuceni.
Przełom, po którym wraca się do obecności publicznej znów w roli autorytetu, pociąga za sobą w moim przekonaniu potrzebę publicznego, na ile to możliwe, rozliczenia się z przeszłością. Jeśli działa się w przestrzeni publicznej i swoje przesłanie kieruje do innych, ci inni słusznie mogą oczekiwać czegoś w rodzaju dokonania życiowego bilansu. A otrzymali jedynie krótkie oświadczenie, krótkie milczenie, i potem nagłe objawienie się w nowej roli coacha.
Dotychczasowa trzódka chyba miałaby prawo zapytać również o życie prywatne byłego dominikanina. Jeśli w oświadczeniu pojawia się informacja o notorycznym łamaniu celibatu, to czy szczerość nie wymagałaby „spowiedzi publicznej” co do wierności szóstemu przykazaniu w obecnej sytuacji? Tak, rozumiem, że z perspektywy kogoś, kto znalazł się „po drugiej stronie przełomu”, takie pytanie może sprawiać wrażenie pchania się w czyjeś życie z buciorami. Jednak dla tych, co zostali „po pierwszej stronie przełomu” kwestie te pozostają przecież ważne, i nie muszą być interpretowane jako przekroczenie zasad nonviolent communication, którą były zakonnik stara się teraz uprawiać (znów info ze strony).
Smutek, który pozostaje
Miało być jednak o smutku, jak zapowiadałem we wstępie. Otóż smuci mnie po pierwsze to, że duszpasterz, który słusznie zwracał się ku psychologii czy psychoterapii jako narzędziom potrzebnym czy wręcz niezbędnym w duszpasterstwie, ostatecznie duszpasterstwo to całkiem porzucił. „Tylko psychologia” (z psychologicznie pojmowaną „duchowością”) to coś więcej, niż tylko odmienne rozłożenie akcentów w łączeniu duchowości z psychologią. Smutne to.
Smuci mnie, po drugie, że porzuciwszy autorytet duchownego, pozostał jednak w pozycji autorytetu mającego wpływ na innych. Czy były duchowny nie mógłby pracować powiedzmy na kasie w hipermarkecie lub na budowie? Może przesadzam, a może nie – ale czy nie jest symptomatyczne, że były duszpasterz musi zamieniać się w terapeutę czy coacha? Czy nie może pozostać w szeregu razem z innymi zwyczajnymi świeckimi? Słabe to.
Po trzecie mój smutek wynika z radykalizmu przełomu. Ta przepaść jest tak wielka, że gdy wywiadobiorca Masłowski jest gotowy słuchać, co też były dominikanin powie o Bogu w kontekście coachingu, Jędrzejewski ucieka od języka religijnego, na przykład mówi o „stwórczej zasadzie”. Czuję zażenowanie, mimo że rozumiem, iż zamiana konfesjonału na gabinet rządzi się pewnymi nieubłaganymi prawami. I że zgodnie z nimi wyznanie „katolicyzm był i pozostaje przestrzenią mojego przeżywania Boga” być może trzeba będzie ograniczyć do prywatnej izdebki.
I w końcu smuci mnie ta różnica perspektyw Jędrzejewskiego, który znalazł się „po drugiej stronie przełomu” i tych, którzy pozostają „po pierwszej stronie przełomu”. Stamtąd widać rozwój, stąd niełatwo go dostrzec, stamtąd wszystko jawi się ewolucją, stąd sprawia wrażenie inwolucji.
***
Mniej lub bardziej świadomie Jędrzejewski dołącza do tych, którym wydaje się, że to psychologia króluje nad teologią; że można bez szkody wypowiedzieć posłuszeństwo teologii jako królowej (czytaj: służebnicy) nauk, i poprzestać na samej psychologii. Tymczasem jeśli jest prawdą, że w pewnych aspektach rzeczywiście psychologia może teologii wskazać to, co tej do tej pory tej unikało z pola widzenia, to z kolei jest również prawdą, że teologia jest władna wskazać psychologii jej ograniczenia i założenia, które przyjmuje „na wiarę”, nieraz niezgodną z wiarą chrześcijańską. Nie chciałbym z Jędrzejewskiego robić „kozła ofiarnego”, ale chcąc nie chcąc napiszę, że ex-zakonnik, porzucając swoją dotychczasową drogę, dokonanym przełomem w jakimś stopniu utrudnił drogę tym, którzy starają się integrować psychologię z duszpasterstwem. Włączył się w szeregi tych, którzy przeszli na drugą stronę lub zawsze tam byli.