Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Polski lekarz w Afryce

Operacja "Katondwe"

Anna Bajon rozmawia z Wojciechem Paryłą, lekarzem, który przygotowuje się do roli wolontariusza w Sacred Heart Hospital w Katondwe w Zambii

Szaleńców na świecie jest sporo, jednak pomysł który próbuje Pan zrealizować pozwala mieć nadzieję, że nowe pokolenie lekarzy to ludzie pełni pasji. A zatem do rzeczy, "Operacja Katondwe" to plan wyjazdu do pracy w Sacred Heart Hospital w Katondwe w Zambii, w charakterze wolontariusza. Skąd pomysł aby swoje siły i energię podarować właśnie Afryce? Ktoś/coś była dla Pana szczególnie inspirujące?

Głównym celem projektu Operacja "Katondwe" jest wyjazd w czerwcu bieżącego roku do pracy w charakterze wolontariusza w Sacred Heart Hospital w Katondwe w Zambii. Celem dodatkowym jest zakup nowego aparatu RTG dla tego szpitala.

Kiedy wylądowałem na studiach medycznych wiedziałem, że to będzie pediatria. Tylko dwie rzeczy dają mi tyle radości i spełnienia — dzieciaki            i muzyka. Pracę z dziećmi rozpocząłem bardzo wcześnie w zasadzie sam będąc jeszcze dzieckiem — miałem kilkanaście lat. Byłem wówczas opiekunem grupki chłopców. Niesamowita sprawa, kiedy taki maluch przychodzi i zaczyna opowiadać o swoich kłopotach, zmartwieniach, nabiera zaufania, opowiada o domu rodzinnym, o tym co go boli. To uczy szacunku, otwiera, uczy bardziej słuchać niż mówić,  uczy brania na siebie odpowiedzialności. A skąd Afryka? Kilka lat temu poszedłem jako kwatermistrz z pielgrzymką na Jasną Górę, ciekawe doświadczenie w bardzo trudnym dla mnie momencie. Trafiłem na niesamowitego człowieka, był nim Marek Balawander Stowarzyszenie Misje Afryka. Widział, że coś jest nie tak, ale nie zadawał pytań, kiedy wracaliśmy po pielgrzymce do domów zabrałem się razem z nim samochodem. Zamiast w domu wylądowałem w Piwnicznej w domu SMA, byłem tam dość długo i tak zaczęło się coś na kształt przyjaźni. Pamiętam jak dziś, kiedy opowiedziałem mu o tym pomyśle wyjazdu do Afryki, jego zamyślony wzrok i tylko dwa słowa „zobaczymy... zobaczymy....”. Minęły studia, chęć wyjazdu została.

Niecałe pół roku temu „przypadkiem” natknąłem się na grupę niesamowitych młodych ludzi — Projekt M3. Grupa zapaleńców. Mają podobne wartości, też chcą pomagać, robią to bezinteresownie — wspaniali, młodzi ludzie. Właśnie oni utwierdzili mnie w przekonaniu, że to „szukanie guza” o którym często słyszę ma sens. Czasem słyszę pytania dlaczego nie chcę pomagać tu, przecież w Polsce też są dzieci. Tak są, tak, też wymagają pomocy. Jednak tutaj lekarzy mamy pod dostatkiem, tam szpital, 100 łóżek, a lekarz jest jeden. Tam ludzie żyją w nędzy jakiej my nie jesteśmy w stanie nawet sobie wyobrazić. Często nie mają dostępu do wody, że o elektryczności już nie wspomnę. Czy wyobraża sobie Pani szpital bez prądu? Nam ciężko to sobie wyobrazić, a jednak takie są tam realia. To zobowiązuje. Pomoc jest potrzebna i to bardzo konkretna pomoc.

Dlaczego dzieci? Bo one zawsze były i zawsze będą przyszłością. Niestety w Afryce nie mają nic do powiedzenia. Tam dopóki dziewczynka nie urodzi dziecka nie jest traktowana jak kobieta, chłopiec dopóki nie zostanie mężczyzną nie ma prawa głosu. Może to bardzo brutalne porównanie, ale ludzie nie są traktowani jak ludzie. Inna świat, inna kultura, inne zwyczaje. Chcemy pomagać właśnie im, tym najmłodszym. Mówię w liczbie mnogiej, bo dzieją się rzeczy niesamowite. Wczoraj skontaktowało się ze mną dwóch lekarzy i dwie pielęgniarki. Myślą i czują podobnie. Tworzy się właśnie ekipa, która chce pojechać za rok by służyć innym wiedzą i pomocą.

Widzę, że całe to działanie ma sens :)

Jak wygląda miejsce w którym ma Pan zamiar pracować? Czy zna Pan siostry pracujące na miejscu? Ma Pan jakiś kontakt z miejscowym personelem?

Luangwa to bardzo gorący i wilgotny region. W lecie temperatury sięgają tam ponad 45C, wilgotność sięga 90%, oddycha się dosłownie wodą. Jest tam szpital prowadzony przez polskie siostry zakonne Służebniczki Starowiejskie. W okolicy o promieniu prawie 300km nie ma innego szpitala, często przybywają do niego ludzie nie tylko z okolicy, ale nawet z położonego nieopodal Mozambiku pokonując pieszo kilkuset kilometrowe odległości. Stan szpitala — brakuje dosłownie wszystkiego, od leków zaczynając na personelu kończąc. Czy znam siostry pracujące na miejscu? Jedną poznałem osobiście, z kilkoma miałem okazję rozmawiać kilka lat temu. Kontakt z obecnym personelem mam bardzo dobry. Siostry bardzo pomagają mi w formalnościach związanych z wyjazdem.

Na czym ma polegać Pańska praca na miejscu? Czy mam Pan potrzebną na miejscu wiedzę? Bo rozumiem, że doświadczenie zawodowe niewielkie?

Zobaczymy na miejscu... (śmiech). Tak na poważnie... To z czym najczęściej spotykają się siostry w szpitalu to wszelkiego rodzaju infekcje, głównie grzybicze, rany wszelkiego typu, chirurgia, przeciążenia związane z bardzo ciężką fizyczną pracą — większość miejscowej ludności pracuje w sektorze rolniczym, często wiąże się to ze staniem godzinami w pochyleniu, po kolana w lodowatej wodzie na ryżowisku. U dzieci najczęstszym problemem jest niedożywienie. Afryka kojarzy się ludziom głównie z AIDS, gruźlicą, malarią. Są to rzeczywiście bardzo duże problemy, ale miejscowy system radzi sobie z nimi całkiem dobrze. Większym problemem są choroby cywilizacyjne, które tam także dotarły, choćby nadciśnienie tętnicze czy cukrzyca. Tutaj nie ma cudownej tabletki, która raz podana pacjentowi mogłaby go wyleczyć. Jedynym sposobem jest zmiana stylu życia i ciągłe stosowanie leków. W zambijskiej rzeczywistości jest to jednak bardzo trudne, często nie ze względu na ceny leków, odległości do ośrodków zdrowia, ale ze względu na niewielką świadomość pacjentów. Czy mam potrzebną na miejscu wiedzę? O to też już nie raz mnie pytano. Jako student wychodziłem z założenia, że system edukacyjny na studiach medycznych w Polsce działa źle. Uważam, że niepotrzebne nam zajęcia z fizyki medycznej czy higieny (tak, jest taki przedmiot), natomiast każdy student obudzony o północy z informacją, że np. przyjechał pacjent w stanie astmatycznym powinien wiedzieć jakie leki ma podać. Bardzo dużo od siebie wymagałem, tak w czasie studiów, często zostając po zajęciach na SORze, chirurgii czy w gabinecie pediatrycznym, jak i przez obecny rok podczas pracy w szpitalu. Nie mam za sobą 30-letniego doświadczenia pracy w Pogotowiu, które z pewnością byłoby mi bardzo potrzebne, ciągle dużo się uczę, stale się rozwijam. Myślę, że niejedna sytuacja mnie zaskoczy - zwłaszcza w kwestiach kulturowych, niejeden raz stanę w obliczu sytuacji — tak chciałbym pomóc, ale nie mam sprzętu. Takie jest życie lekarza, to jest wpisane w powołanie każdego i każdej z nas, takie życie wybraliśmy. Ja jestem szczęśliwy mogąc realizować się jako lekarz i służąc pomocą innym — zwłaszcza tym najmłodszym.

Czy pomysł realizuje Pan samodzielnie, czy wspiera Pana jakaś organizacja?

Generalnie pomysł realizuję samodzielnie. Nie wspiera mnie żadna organizacja, natomiast mam wsparcie wielu osób jak i kilku instytucji za które serdecznie dziękuję już teraz. W szczególności Szpitalowi Dziecięcemu im. św. Ludwika w Krakowie, V Liceum które wspierało mnie kiedy byłem jeszcze uczniem i wspiera mnie nadal jako absolwenta, moim rodzicom, Siostrom Służebniczkom, przyjaciołom i znajomym w szczególności Państwu Wermińskim, jak i każdej             z osób nie znanych mi, które wyrażały do tej pory swoje poparcie dla tej działalności.

Z jakimi wydatkami wiąże się wyjazd do pracy w Afryce, oprócz kosztów podróży?

Przede wszystkim jest to kwestia zabezpieczenia siebie. Jest taka zasada w ratownictwie medycznym — dobry ratownik, to żywy ratownik. Można, a nawet trzeba zastosować ją i tutaj. Szczepienia, profilaktyka przeciwmalaryczna, ubezpieczenie, leki przeciwretrowirusowe, to początek długiej listy. Uwielbiam góry, ta wyliczanka kojarzy mi się z wierzchołkiem góry lodowej, na pierwszy rzut oka widzimy tylko czubeczek, często zapominając o tym co kryje się pod powierzchnią. Wymieniłem tylko kilka rzeczy,  jest to absolutny niezbędnik, bez tego porównałbym wyjazd do samobójstwa mniej lub bardziej świadomego. Byłaby to czysta brawura, która mogłaby się skończyć tragicznie. Jestem osobą wierzącą, wiele rzeczy zostawiam Opatrzności, ale przypomina mi się tutaj taka historia o człowieku, który tonął i prosił Boga o pomoc. Nadpłynęła łódka, nie skorzystał z pomocy twierdząc, że Bóg go uratuje. Utonął. Potem pyta Pana Boga: - dlaczego mnie nie uratowałeś? Na to Bóg: -a ta łódka, którą przepływała obok? Podsumowując zacytuję pewnego mądrego człowieka „Zostawiaj Panu Bogu wszystko, ale po ludzku postępuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie”. Z takiego założenia wychodzę przygotowując się do wyjazdu.

A jaka była Pana droga do zawodu lekarza? Czy to realizacja marzenia z dzieciństwa?

Absolutnie nie. W dzieciństwie chciałem zostać dyrygentem. Stąd moja pasja i zamiłowanie do muzyki o którym wspominałem, lubię śpiewać, czasem komponuję. Studiowałem też informatykę. Świetne pieniądze, wygodna praca kilka godzin dziennie przed komputerem, zero kontaktu z drugim człowiekiem, to zdecydowanie nie było to, strasznie się męczyłem. W pewnym momencie pojawiła się taka myśl, a może by tak leczyć... zastanów się nad tym co lubisz, co sprawia, że się uśmiechasz. I to była ciężka decyzja bo wiedziałem, że są dwie takie rzeczy, że wybierając jedną prawdopodobnie będę musiał zrezygnować z drugiej. Muzyka czy pomoc innym? Wybrałem to drugie i absolutnie tego nie żałuję. Kiedy widzę uśmiech na twarzy zdrowiejącego już dziecka nie ma dla mnie nic piękniejszego.

Jak długo pozostanie Pan w Afryce i co planuje Pan po powrocie?

Ten wyjazd będzie krótki. Trzy miesiące. Po powrocie chcę podejść drugi raz do Lekarskiego Egzaminu Państwowego. Niby jest już zdany, wynik jest świetny, ale miejsc rezydenckich na neonatologii jest niewiele. Chciałbym zobaczyć czy stać mnie na więcej. Co potem? Po powrocie chciałbym zająć się kilkoma sprawami. Siostry do których teraz jadę skomentowały podjęte ostatnio przeze mnie działania w taki sposób: „Bardzo dobry pomysł - w Katondwe potrzebna fachowa pomoc medyczna, konieczny jest drugi lekarz, zwłaszcza w czasie, gdy s. Mirosława ma jakiś wyjazd. Może ten pierwszy wyjazd zachęci do dłuższej pomocy? Może zachęci nie tylko innych lekarzy do pracy w tamtym szpitalu, ale i innych fachowców do służenia swymi umiejętnościami? Z aparatem RTG siostry już się "uporały" - przy nagrywaniu u nas tego filmiku nie było czasu na dłuższą rozmowę. Jednak gdyby była "nadwyżka" - potrzebna jest tam elektrownia na wiatr - jak w Kodniu, wykonana przez panów Piskorzów. Brak stalego prądu jest w Katondwe (i nie tylko) wielkim utrudnieniem. Może ktoś zainicjuje tę inwestycję? To marzenie i prośba dla tych, którzy chcieliby zrobić jeszcze więcej dobrego!” Chciałbym odpowiedzieć na ten apel. Obecnie zebrała się grupa 3 lekarzy i 2 pielęgniarek. To już jest coś. To może być bardzo konkretna i wieloletnia pomoc. Rok to także bardzo dużo czasu by przygotować dłuższy wyjazd dla takiej ekipy. Elektrownia o której wspominają siostry również nie jest problemem nie do przeskoczenia. Pomysłów w mojej głowie zrodziło się w ostatnim czasie wiele. Ciężko mówić o tym co będę robił po powrocie, skoro jeszcze nie wyleciałem. Mogę powiedzieć tyle, że tak wyraźnej pomocy Opatrzności i Bożego prowadzenia nie czułem od bardzo dawna. Nie wiem dokąd mnie to zaprowadzi, ale pomimo wątpliwości, które się pojawiają warto dać się poprowadzić. Chrystus mówi „Nie bój się, wierz tylko”.

Jak można Panu pomóc?

W tej chwili? Cały projekt starałem się zrealizować sam. Większość dotychczasowych wydatków finansuję z własnej kieszeni, wspiera mnie również Szpital im św. Ludwika w Krakowie. To bardzo duże przedsięwzięcie dla jednej osoby. Aby w ogóle móc marzyć o podróży, trzeba było działać bardzo szybko - do przekroczenia granicy niezbędne są szczepienia, a czas naglił. Pozbyłem się wszystkich oszczędności, ale dzięki temu jak i pomocy sponsorów, którym już teraz serdecznie dziękuję, udało mi się zakupić bilety lotnicze, a także wykonać niezbędne szczepienia Projekt jest już w takiej fazie, że "nie ma zmiłuj" - po prostu musi się odbyć, ale wciąż potrzebuję pokryć następujące wydatki: profilaktyka przeciwmalaryczna, ubezpieczenie, zestaw leków antyretrowirusowych.

W tym celu utworzyłem projekt „Operacja Katondwe” który został opublikowany w serwisie PolakPotrafi.pl. Jest to projekt crowdfundingowy, który przy małym wkładzie finansowym  dowolnych osób stwarza możliwość zebrania środków potrzebnych na pozostałe wydatki związane z wyjazdem. W przypadku nadwyżki — rozpoczniemy zbieranie funduszy na budowę tak bardzo potrzebnej szpitalowi jak i okolicznej ludności elektrowni.



Wojciech Paryla (urodzony 28 września 1989 roku w Krakowie) – lekarz, pasjonat wspinaczki wysokogorskiej.
Wychował się w małej podkrakowskiej wiosce Zbydniowice. W roku 2008r ukończył V Liceum Ogólnokształcące im. Augusta Witkowskiego w Krakowie. Studiował medycynę, informatykę oraz nanotechnologie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obecnie pracuje w Szpitalu im. Józefa Dietla w Krakowie oraz jako wolontariusz w Szpitalu im. R. Czerwiakowskiego na Oddziale Neonatologii. Prywatnie prowadzi chór, śpiewa.

opr. ab/ab

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: wolontariat lekarz szpital Zambia Operacja "Katondwe" Wojciech Paryła
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W