Czy w Polsce trwa statystyczny wyciek, czy może już prawdziwy krwotok z szeregów katolickiego duchowieństwa? W zasadzie łatwo to ocenić bez zbędnych ankiet lub socjologicznych pomiarów. Bardziej naglącą kwestią pozostaje pytanie o jawnie poniechaną dyscyplinę życia kleru. Oto dziś nad Wisłą, gdy jakiś ksiądz rozmawia z przełożonym o problemach, z reguły nie otrzyma sprawdzonych narzędzi powrotu do zdrowia wewnętrznego. Ani ascezy, ani zamkniętych rekolekcji, ani psychologii, modlitwy czy doświadczonego kierownika duchowego. Coraz częstszą formą kurialnych reakcji na zapaść moralną lub duchową księdza jest bliżej nieokreślona nawet w prawie kanonicznym, propozycja pójścia na urlop świecki. Oznacza to, że przełożony – zapewne chroniąc upadłego księdza lub własny profil w internecie przed koniecznością nałożeniem kar kanonicznych – zgadza się, by ten niby nadal był księdzem. By mógł wrócić, kiedy tylko chce, jeśli chce i dokądkolwiek chce bez konsekwencji naprawczych. A w tak zwanym międzyczasie laickiego odpoczynku od klerykalnych czynności, może pracować dla przykładu w Żabce. Nie ma problemu, poza problemem, że nikt poważny nigdy nie wraca do dobrego wujka. Na poważnie wraca się do ojca i matki, by odbudować dom i obecnością zapełnić puste miejsce przy stole. Nie przypadkiem, już w pismach pierwszych autorów chrześcijańskiej wiary, Kościół nazywa się duchową Matką wierzących, a nie – z przeproszeniem – sympatyczną ciotką z dziecięcego albumu, która wypcha kieszenie cukierkami, szarpiąc za policzek i kładąc słodkiego całusa. Trzeba szczerze powiedzieć, że prowizoryczne ratowanie sytuacji za pomocą urlopów świeckich dla księży jest jedynie rozpaczliwą próbą podtrzymania religijnego systemu w agonii i nie równa się moralnemu remedium, które mogłoby doprowadzić do odrodzenia się stanu duchownego w Polsce. Chodzi o to, by było odprawione, pogrzebane czy ochrzczone. Nie pytać o stan duszy duszpasterza.
Kovacs od dziecka był czeskim znajdą, przygarniętym przez jezuitów z ulicy do prowadzonej przez zakonników praskiej bursy dla młodzieży. Tego wieczoru, już po zachodzie słońca, pochylony nad cuchnącym dołem, zatykał nos i wytykał język z obrzydzeniem przez wargi. Rajcy miejscy z Koszyc rozkazali hajdukom wyciągać z kloaki ciała zamęczonych w nocy z 7 na 8 września 1619 roku jezuitów. Mieszczuchy nie łapią, że wojna ma swoje prawa – Kovacs starał się ułożyć zmaltretowane ciało ojca Melchiora Grodzieckiego obok trupa ojca Stefana Pongracza ale czuł to samo, co zawsze. Od dawna szczerze nienawidził Grodzieckiego. To ojciec Melchior znalazł młodego Kovacsa głodnym, prawie nagim i brudnym na ulicach Pragi. Obmył chłopcu twarz chłodną wodą, a potem zaproponował naukę i mieszkanie w jezuickiej bursie. Brutalna zawierucha wojny trzydziestoletniej osiągała właśnie swoje epicentrum. Zarazki, epidemie, brak żywności lub bezpiecznego schronienia, przypadkowe gwałty i zabójstwa. Kovacs wierzył wtedy, że złapał Pana Boga za nogi. Ojciec Melchior Grodziecki, wychowawca z jezuickiej bursy, był człowiekiem spokojnym, łagodnym ale bardzo porządnym. Kovacs musiał więc wstawać o świcie na dzwonek, uczyć się pod uważnym okiem jezuitów, zmywać podłogę czy robić zakupy i pomagać w kuchni. Dyscyplina uwierała go, upokarzała, brała za gardło. Bywało, że nocami nie spał. W wyobraźni, choć nigdy nie porwałby się na to rzeczywiście, usiłował zbliżyć swoją twarz do czoła Grodzieckiego, popatrzeć mu długo w oczy i żądać zamiany ról – teraz ja cię będę ćwiczył, a ty, ojczulku, klękaj. Tęsknił za ulicą. Tam dopiero można było spać pod blaskiem księżyca, wygrzebać się rano spod kartonów o dowolnej godzinie, szydzić w zaułkach ulic z bogatego kupca, co bezradnie klepał się okradziony po kieszeniach. A w bursie tylko jezuicki dryl. I codzienne kazania Grodzieckiego o tym, że bez porządku rozumu i sumienia człowiek wcześniej czy później pozwala się uwieść propagandzie zamętu. W końcu Kovacs, zawsze uliczny sierota, pewnego dnia nie wytrzymał. Okradł jezuitom zakrystię i uciekł pod kuratelę pastora Alwinczego. Ten nienawidził szczerze wszystkich katolików dla zasady. Kovacs nakłamał mu, nadonosił, to znaczy opowiedział znacznie więcej, niż zeźlony protestant chciałby usłyszeć. Alwinczy, w zamian za obfite denuncjacje, odpłacił mu hojną kartą. Załatwił Kovacsowi robotę hajduka. Od tej pory musiał, co prawda, równo chodzić w szeregu ale znów można było bezkarnie kraść, gwałcić dziewki po wioskach lub okpić dla śmiechu kupca grubasa. Teraz wiedział, że znowu jest kimś, a nie zerem od pacierzy w jezuickiej bursie. Ileż musiał ważyć ten mnich – stękał hajduk, wychowanek Grodzieckiego, wyciągając martwe ciało księdza z kloaki. Ależ nie – cofnął się pamięcią - przecież ojciec Melchior był bardzo szczupły i zupełnie średniego wzrostu. A może to nie jego zwłoki tak cuchną? A może Kovacs pierwszy raz w życiu poczuł zbawienny odór własnej duszy, bo to ona rozkłada się i śmierdzi z braku jakiejkolwiek dyscypliny?
Zmarły 14 listopada 2023 roku, nieznany szerzej ksiądz diecezji płockiej Romuald Andruszkiewicz sam z niejednego pieca chleb jadał, więc dobrze wiedział, o czym mówi. Twierdził, że wystąpienie księdza ze stanu duchownego to ostatecznie kwestia wiary lub zwątpienia. Że na dalszych miejscach są konteksty. Jezus, uzdrawiając w synagodze człowieka z uschniętą ręką, wyraźnie aranżuje jego powrót do zdrowia jak powrót żołnierza na pole bitwy. Cała sceneria przypomina w szczegółach ceremonię mianowania na oficera, a cierpiący ma podjąć od nowa militarne obowiązki. Nikt go nie przytula, nie rozczula się, nikt nie wspomina o słynnej dzisiaj czułości. Z rozmysłem Chrystus ustawia się wraz z chorym w jeden szpaler, jakby na odprawie w koszarach lub na wojskowym apelu (por. Łk 6, 8). Tanie afekty nie przekazują koniecznego życia. Istnienie wraca do utraconej formy dopiero dzięki godności. Ten zatem, który wcześniej wyleciał na margines i przez długi czas nie mógł nic, teraz zostaje obdarzony przez Jezusa sprawdzonym w boju zaufaniem, by pokazać jeszcze, jak dużo potrafi. Oczywiście, że dyscyplina nie jest istotą nawrócenia ale z pewnością będzie niezbędnym pierwiastkiem moralnym, bez którego nie dojdzie do przemiany.
Współczesnej misji Kościoła za bardzo ciąży to, że jak dotąd hojnie rodził pasterzy męczenników, tak odtąd lekką ręką chroni interesy duchownych dezerterów.