Reżyser Jan Sobierajski opowiada o ewangelizacji przez kino i Internet, odkrywaniu powołania oraz potrzebie docierania do współczesnego odbiorcy językiem, który jest dla niego zrozumiały. Przekonuje, że misja każdego chrześcijanina zaczyna się od spotkania z drugim człowiekiem i świadectwa własnego życia.
Mariola Krystecka: Czy jako filmowiec czuje się Pan misjonarzem? Jeśli tak, to w jakim sensie?
Janem Sobierajski: Zdecydowanie tak. Sam fakt bycia misjonarzem wynika z naszego powołania chrześcijańskiego, o którym uczy Kościół katolicki. Jednak najważniejsze jest to, jak realizujemy je w praktyce. W moim przypadku polega to na opowiadaniu o Bogu za pośrednictwem filmu i docieraniu do widzów poprzez kino. Nasze filmy trafiają również do osób spoza Kościoła katolickiego, co potwierdzają liczne świadectwa ludzi, którzy oglądają je niekiedy zupełnie przypadkowo. Później okazuje się, że łaska Boża zaczyna w nich działać i dokonują się naprawdę niezwykłe rzeczy. Mógłbym przytoczyć wiele takich przykładów. Rzeczywiście mam poczucie, że pełnię misję, choć jako osoba świecka realizuję ją w nieco inny sposób. W dużej mierze odbywa się ona na nowym kontynencie, jakim są dziś media i Internet.
Co powiedziałby Pan osobie, która twierdzi, że nie trzeba należeć do Kościoła ani uczestniczyć w życiu wspólnoty, żeby być dobrym człowiekiem?
Samo bycie dobrym człowiekiem nie wystarcza do zbawienia. Gdyby tak było, ofiara Jezusa Chrystusa nie byłaby potrzebna. Jezus pokazał nam, że to przez Niego prowadzi droga do Ojca. Dlatego tak ważne są sakramenty, uczestnictwo we Mszy Świętej i korzystanie z sakramentu pokuty i pojednania. To droga, którą wskazał nam sam Jezus, abyśmy mogli osiągnąć zbawienie i spotkać się z Nim w niebie. Bycie dobrym człowiekiem jest bardzo ważne, ale w chrześcijaństwie nie chodzi wyłącznie o bycie dobrym. Chodzi również o relację z Bogiem, wzrastanie w wierze i dążenie do świętości.
Załóżmy, że spotyka Pan osobę niewierzącą, która otwarcie deklaruje, że nie wierzy w Boga. Od czego rozpocząłby Pan rozmowę?
Takie rozmowy zdarzają się bardzo często. Przede wszystkim trzeba znaleźć płaszczyznę porozumienia. Nie chodzi o to, by od razu przytłaczać drugiego człowieka argumentami religijnymi czy dogmatami, ale by poszukać przestrzeni, w której możemy się spotkać i nawiązać dialog. Taką przestrzenią może być właśnie film. Dzisiaj w Warszawie na niedzielną Mszę Świętą uczęszcza, według przywoływanych przeze mnie danych, około 15 procent mieszkańców. Oznacza to, że znaczna część społeczeństwa nie uczestniczy regularnie w życiu parafialnym. Nie możemy więc zakładać, że spotkamy tych ludzi w kościele. Powinniśmy szukać ich tam, gdzie rzeczywiście są. Na tym polega umiejętność dobrego rybaka: wypływa tam, gdzie są ryby, zamiast czekać z zarzuconą siecią, aż same przypłyną. Musimy przenieść tę zasadę również na grunt naszego życia chrześcijańskiego, na nasze codzienne relacje, w domu, rodzinie, w pracy, na różnego rodzaju spotkaniach. Powinniśmy wychodzić do ludzi, szukać wspólnego języka, poznawać ich i dopiero później pokazywać im wartości chrześcijańskie. Ważne jest przy tym, by postępować w duchu świętego Franciszka, czyli przede wszystkim świadczyć o Bogu własnym życiem, a dopiero później mówić o Nim słowami.
Czyli najpierw świadectwo, a potem opowieść o wierze?
Tak, ale jeszcze wcześniej potrzebne jest spotkanie na neutralnym gruncie i poznanie drugiego człowieka. Dopiero wtedy możemy budować relację, która pozwoli na szczerą rozmowę o wierze.
A gdyby sam Jezus zapytał Pana, dlaczego robi Pan filmy, co by Pan odpowiedział?
Myślę, że zapytałbym Go o to samo: dlaczego wybrał dla mnie właśnie taką drogę? Odczytuję to jako powołanie, które porusza moje serce. Studiowałem ekonomię menedżerską, planowałem również zostać architektem, a dziś realizuję filmy na wielki ekran. Myślę więc, że to właśnie Jego należałoby zapytać, dlaczego wybrał dla mnie taką formę powołania. To jednak przepiękna przygoda. Uważam, że każdy człowiek powinien odkrywać swoje powołanie, ponieważ właśnie ono może dawać głębokie poczucie spełnienia i szczęścia. A przecież tego wszyscy szukamy w życiu: szczęścia i miłości.
Czy uważa Pan, że dobrze odczytał wolę Bożą?
Myślę, że tak, choć pełniej zrozumiałem to dopiero po latach. Potrzeba czasu na spotkanie z Bogiem, modlitwę i rozeznawanie. Jeśli nie znajdujemy na to przestrzeni w codziennym życiu, odkrywanie własnego powołania może się znacznie opóźnić.
Podczas prelekcji zwrócił Pan uwagę na pewną zależność między spadkiem liczby powołań kapłańskich a coraz mniejszym uczestnictwem uczniów w lekcjach religii. Czy mógłby Pan szerzej zinterpretować tę zależność?
Trudno mi jednoznacznie interpretować tę sytuację, ponieważ na tym etapie możemy przede wszystkim odwołać się do danych statystycznych. Wskazują one, że liczba powołań kapłańskich spada z roku na rok, a podobną tendencję można zaobserwować w przypadku uczniów rezygnujących z lekcji religii.
Czy można zatem powiedzieć, że te zjawiska są ze sobą powiązane?
Trudno jednoznacznie stwierdzić, że jedno zjawisko bezpośrednio powoduje drugie. Widzimy jednak podobne tendencje statystyczne, które skłaniają do refleksji nad kondycją religijności wśród młodego pokolenia.
Czy można zatem powiedzieć, że współczesny odbiorca jest bardziej wrażliwy na obraz niż na słowo drukowane?
Nie powiedziałbym tego w tak jednoznaczny sposób. Z naszych obserwacji wynika raczej, że w mediach społecznościowych materiały graficzne często osiągają większe zasięgi niż filmy. Dlatego warto zadbać o wysoką jakość grafik, odpowiednio dobrane cytaty i atrakcyjną formę ich prezentacji. Liczy się nie tylko treść, ale również sposób jej przekazania. Filmy w mediach społecznościowych często osiągają mniejsze zasięgi niż grafiki, dlatego trzeba świadomie dobierać format do odbiorców i celu komunikacji.
Jakich słów lub obrazów by Pan użył, aby przyciągnąć do Kościoła osobę obojętną religijnie?
Przede wszystkim szukałbym wspólnego języka. Zaprosiłbym taką osobę na przykład na projekcję filmu „Mistyczka”, w którym przedstawiamy historię kobiety poszukującej szczęścia i miłości przez pięćdziesiąt lat swojego życia. Nie odnajduje ona spełnienia ani w karierze zawodowej, ani w relacjach międzyludzkich czy zagranicznych podróżach. To doświadczenie bliskie wielu współczesnym ludziom. Mamy dziś wiele możliwości, możemy realizować różne plany i korzystać z licznych udogodnień, a mimo to wciąż zdarza się, że nie odnajdujemy prawdziwego szczęścia. W tej historii Alicja Lenczewska odnajduje je w Kościele katolickim, w osobistej relacji z Jezusem Chrystusem. Myślę, że jej świadectwo może przemówić również do osób obojętnych religijnie, ponieważ wszyscy szukamy szczęścia i miłości. Często próbujemy odnaleźć je w różnych dziedzinach życia, ale okazuje się, że nie wszystko, co uważamy za źródło spełnienia, rzeczywiście nim jest. Niekiedy są to jedynie namiastki miłości, które nie zaspokajają naszych najgłębszych pragnień.
Tegoroczna Niedziela Misyjna nosiła hasło „Jedno w Chrystusie, zjednoczeni w misji”. Jakie przesłanie niesie to motto i czym dla Pana jest Niedziela Misyjna?
Hasło „Jedno w Chrystusie, zjednoczeni w misji” przypomina nam, że wszyscy jesteśmy powołani do głoszenia Ewangelii, niezależnie od naszych talentów i życiowego powołania. Misja nie jest zadaniem wyłącznie kapłanów czy osób wyjeżdżających do odległych krajów, ale każdego chrześcijanina, który świadczy o Bogu swoim życiem. Dla mnie Niedziela Misyjna to przypomnienie, że musimy wychodzić do ludzi i szukać ich tam, gdzie rzeczywiście są. W moim przypadku taką przestrzenią ewangelizacji są film, kino i Internet, dzięki którym możemy docierać również do osób niewierzących i obojętnych religijnie. Wierzę, że misja zaczyna się od spotkania, słuchania drugiego człowieka i szukania wspólnego języka. Najpierw powinniśmy świadczyć o Bogu własnym życiem, a dopiero później opowiadać o Nim słowami. Niezależnie od tego, jakimi środkami się posługujemy, naszym wspólnym celem jest prowadzenie ludzi do spotkania z Jezusem Chrystusem.
Źródło: Papieskie Dzieła Misyjne