Magdalena Guziak-Nowak: sejmowa dyskusja była jedną wielką reklamą sztucznego zapłodnienia

„Szkoda, że dyskusja na temat in vitro nie sprawiła, że nagłośnione zostały konkretne sytuacje przemawiające przeciwko tej metodzie” – podkreśliła Magdalena Guziak-Nowak, członkini zarządu Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka. I wylicza jej główne, medyczne zarzuty.

Anna Rasińska (KAI): Nie uważa Pani, że obserwując toczącą się w ostatnim czasie debatę medialną nad finansowaniem metody in vitro, wydaje się, że brakuje w niej merytorycznych argumentów dotyczących problemów etycznych z nią związanych?

Magdalena Guziak-Nowak: W mojej opinii sejmowa dyskusja była jedną wielką reklamą sztucznego zapłodnienia i sprowadziła się wyłącznie do kwestii jego finansowania. Ubolewam nad tym, że posłowie właściwie nie zastanawiali się nad tym, czy w ogóle powinniśmy polecać in vitro, czy jest to dobre i jedyne rozwiązanie. Debata, która obecnie się toczy, objawiła słabość intelektualną naszych prawicowych polityków. Niestety wielu posłów, którzy deklarują przywiązanie do chrześcijańskich wartości, czy do katolickiej nauki społecznej, wykazało się ignorancją w tym temacie, brakiem przygotowania do merytorycznej dyskusji, opartej o racjonalne argumenty.

Kolejny raz mogliśmy zobaczyć, że dużo łatwiej reprezentować poglądy lewicowe, ponieważ na większość pytań można odpowiedzieć prosto: „bo mam takie prawo”, „bo mi się to należy”, „bo jestem wolnym człowiekiem”. Szkoda, że sejmowa dyskusja na temat in vitro nie sprawiła, że nagłośnione zostały konkretne sytuacje przemawiające przeciwko tej metodzie. Argumenty, które nie są zaczerpnięte z religii, a oparte na merytorycznych danych, publikowanych w renomowanych czasopismach medycznych na całym świecie. Chciałabym by dyskusje na tematy bioetyczne, były naprawdę dyskusjami pogłębionymi, gdzie nie przerzucamy się epitetami, bazując wyłącznie na emocjach, ale sięgamy trochę głębiej.

A jak ocenia Pani obecną ustawę dotyczącą in vitro, mam na myśli ustawę o leczeniu niepłodności z dnia 25 czerwca 2015 r. Czy można powiedzieć, że jest ona liberalna, czy wręcz przeciwnie?

Trudno powiedzieć, by jakakolwiek ustawa dotycząca zapłodnienia pozaustrojowego była ustawą konserwatywną. W obecnym kształcie przepisy umożliwiają tę procedurę również osobom będącym w konkubinacie. Na gruncie obecnie obowiązujących w Polsce przepisów, w czasie jednej procedury można utworzyć maksymalnie sześć ludzkich zarodków. (Są dwa wyjątki: gdy kobieta ma za sobą dwie nieudane procedury in vitro oraz gdy ma więcej niż 35 lat, ludzkich zarodków można wytworzyć więcej.) Nawet jeśli nie mamy szerokiej wiedzy na temat in vitro, wiemy, że nie wszystkie kobiety, które poddały się tej procedurze, urodzą tyle dzieci. Co prawda polskie prawo zabrania niszczenia ludzkich embrionów, jednak czy wiemy, co się z nimi dzieje?

Jakie argumenty powinny paść podczas dyskusji na temat metody in vitro?

Możemy zacząć chociażby od skutków ubocznych procedury in vitro, zarówno dla matki jak i dla dziecka. W „The British Medical Journal” w komentarzu do holenderskich badań na temat umieralności matek, które przeszły procedurę in vitro, czytamy: „Działanie przemysłu in vitro opiera się na założeniu, że daje ono gwarancję bezpieczniejszych ciąż, ale wysoki poziom wskaźnika umieralności matek sugeruje, iż jest odwrotnie”.

W popularnym przekazie, procedurę sztucznego zapłodnienia promuje się jako bardzo bezpieczną, mało inwazyjną, tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Procedura ta rozpoczyna się od hiperstymulacji jajników. Polega ona na tym, że kobieta przyjmuje bardzo wysokie dawki hormonów, by spowodować wzrost i rozwój wielu komórek jajowych. Już z tym pierwszym etapem mogą się wiązać liczne skutki uboczne np. zespół hiperstymulacji jajników, który w ciężkim przebiegu może doprowadzić nawet do śmierci. U kobiety, która poddała się zapłodnieniu in vitro wzrasta ryzyko wystąpienia ciąży pozamacicznej, bliźniaczej (która również uznawana jest za ciążę podwyższonego ryzyka), przedwczesnego porodu, zahamowania wzrostu wewnątrzmacicznego dziecka, depresji, poronienia, może dojść do skrętu jajnika, powikłań po punkcji. W długofalowej perspektywie wzrasta też ryzyko wystąpienia nowotworu jajnika, piersi, trzonu macicy.

A jakie są skutki uboczne wynikające z procedury in vitro dla samego dziecka?

Trzeba pamiętać, że mówimy o pewnych danych statystycznych. Oczywiście możemy spotkać parę, u której wszystko się powiodło. Dziecko urodziło się zdrowe, wszystko jest w porządku. Natomiast w statystyce pewne trendy są widoczne.

Procedura in vitro zwiększa ryzyko wystąpienia różnych zaburzeń chromosomowych m.in. zespołu Turnera, zespołu Edwardsa i zespołu Downa oraz innych chorób genetycznych. Jeden ze znawców tematu powiedział, że to wielki paradoks, iż diagnostyka preimplantacyjna nastawiona jest na wykrywanie aberracji chromosomalnych, a z drugiej strony sama procedura in vitro generuje różne wady i o tym, niestety, głośno się nie mówi.

Ponad 9% dzieci poczętych w ten sposób, rodzi się z ciężkimi wadami serca, zarośnięciem przełyku, odbytu, rozszczepieniem wargi lub podniebienia, defektami w rozwoju układu moczowo-płciowego. W wieku do pięciu lat, dzieci te są prawie dwukrotnie częściej poddawane różnym zabiegom chirurgicznym, są częściej hospitalizowane, in vitro zwiększa także ryzyko wcześniactwa, śmierci okołoporodowej, martwego urodzenia dziecka, niskiej masy urodzeniowej, mózgowego porażenia dziecięcego i naprawdę wielu innych chorób i powikłań. Dodatkowo, u tych dzieciaczków ryzyko zachorowania na raka wzrasta aż siedmiokrotnie. Ze szczegółowymi analizami może zapoznać się każdy. Większość badań dostępnych jest w internecie. Ja korzystam z opracowań m.in. Fertilility & Sterility, Human Reproduction, The New England Journal of Medicine, British Medical Journal, Journal of the Formosan Medical Association, Pediatrics, Obstetrics & Gynecology, Internattional Journal of Gynecology and Obstetrics, Journal of Geneticic Psychology, Journal of Clinical & Diagnosticic Research, United European Gastroenterology Journal, The Lancet.

Niewątpliwie problemem etycznym, związanym z procedurą in vitro, jest kwesta nadliczbowych zarodków. Co właściwie dzieję się z niewykorzystanymi embrionami?

Podczas procedury in vitro, szansę na przeżycie dostają najsilniejsze zarodki. Lekarz embriolog pracujący w laboratorium wybiera te „najlepiej rokujące”, przyjmując właściwie rolę sędziego. Na pewno poważnym wykroczeniem moralnym jest tworzenie tzw. nadliczbowych zarodków właśnie po to, by wybrać te najlepsze.

W książce pt. „Wobec in vitro” przeczytamy: „To pierwszy w historii człowieka przypadek, że umyślnie powołuje się do życia ludzi traktowanych jako niepotrzebnych, których w niektórych przypadkach trzeba gdzieś zmagazynować do późniejszego wykorzystania”. Teoretycznie para może zdecydować się na zapłodnienie tylko tylu komórek jajowych, ile zarodków będzie chciała przyjąć. Zestawmy to jednak z wypowiedzią lekarza pracującego w klinice in vitro: „Najskuteczniej jest, gdy można zapłodnić od 10 do 15 komórek, bo z badań wynika, że trzeba mieć aż 24 komórki jajowe, by poprzez in vitro zapewnić człowiekowi dwoje dzieci”. Skutek jest taki, że na całym świecie zaczynają pojawiać się – przepraszam za określenie – całe składy zamrożonych embrionów, co pokazuje, że niestety trend jest zupełnie inny. Szacuje się, że w samych Stanach Zjednoczonych znajduje się ok. 2 miliony zamrożonych zarodków. Polskie kliniki nie podają takich danych, niektórzy zajmujący się tym tematem mówią, że może być ich ok. 200 tysięcy.

Ponieważ zarodki składają się głównie z wody, pewien odsetek z nich nie przeżyje procedury odmrożenia. Inną kwestią wątpliwą moralnie jest fakt, że większość niewykorzystanych zarodków pozostanie sierotami. Jeśli rodzice chcą, by klinika zachowała ich embriony, muszą wnosić opłatę za ich utrzymanie. Prawo stanowi, że jeśli rodzice zrezygnują z opłacania tego abonamentu, embriony staną się własnością kliniki, która może nimi dowolnie dysponować (w granicach prawa) np. przekazać innej parze. To jest przerażające, bo zaczynamy traktować człowieka w kategorii przedmiotu.

Z mrożeniem zarodków wiąże się również wiele problemów technologicznych. Kilka lat teamu w Stanach Zjednoczonych, w klinice in vitro w Cleveland doszło do awarii termosów kriogenicznych, w których trzymane są zarodki. W termosach podniosła się temperatura, pracownicy kliniki tego nie zauważyli, wszystkie zarodki zginęły. Władze kliniki podały, że „utracono około 4 000 jajeczek i zarodków należących do około 950 rodzin”.

Innym problemem, który się nasuwa, jest wiązany z diagnostyką preimplantacyjną. Mogłaby Pani przybliżyć ten problem?

To genetyczna analiza komórek jajowych lub zarodków, czyli nowych osób ludzkich, przed ich transferem do macicy. Poczęte dzieci są poddane kontroli jakościowej i ilościowej. Diagnostyka preimplantacyjna nastawiona jest na wykrywanie wad genetycznych i mutacji genów. Polega ona na pobraniu komórek z zarodka na wczesnym etapie jego rozwoju. Diagnostyka umożliwia wykrycie m.in. hemofilii, choroby Huntingtona, mukowiscydozy, rdzeniowego zaniku mięśni, zespołu Downa, zespołu Edwardsa i wielu innych. Może jeszcze nie w Polsce, ale za granicą coraz częściej mówi się, że z in vitro korzystają osoby, które wcale nie mają problemu z płodnością, ale chcą dokonać genetycznej selekcji swoich dzieci. Z badań wynika, że „w przypadkach kiedy poddanej in vitro parze udało się uzyskać zdrowy embrion o płci odmiennej od pożądanej, 45,5 % par nie zdecydowało się na transfer embrionu”. Inne amerykańskie badania pokazały, że 49% par poddających się in vitro chciałoby wybrać płeć swojego dziecka, gdyby wiązało się to z dodatkowymi kosztami.

W 2002 r. para głuchych lesbijek poszukiwała kliniki, która zgodzi się wybrać dla nich embrion, który odziedziczy po nich głuchotę. I znalazły taki ośrodek. Choć moje przykłady pochodzą z zagranicy, oczywiste jest, że wszystkie zachodnie trendy wraz z „postępem” przyjdą i do nas.

Czasem w mediach można usłyszeć również o sytuacji, dotyczących nadużyć w klinikach in vitro, w wyniku których ktoś może chociażby poślubić swoją biologiczną siostrę nie wiedząc o tym...

Takie afery wybuchały już nie raz w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Holandii, gdzie okazywało się, iż pracownicy klinik in vitro, zwykle lekarze, zapładniali swoim nasieniem dziesiątki i setki komórek jajowych. Na zachodzie coraz częściej mówi się o tym, że sposób poczęcia dziecka powinien być wpisany do dowodu osobistego, by zachować większą ostrożność i nie doprowadzić do związków kazirodczych, gdy spotka się genetyczne rodzeństwo, nie mające świadomości, że są bratem i siostrą.

Jeśli zaczyna się przesuwać pewne granice, to po prostu nie ma końca. Kiedy została opracowana metoda inseminacji, jej twórcy mówili, że ma ona być wykorzystywana wyłącznie w świecie zwierząt, że nikt nie będzie tego proponował ludziom. Zanim jeszcze Kościół zaczął wypowiadać się w tym temacie, wiele instytucji świeckich, takich jak chociażby sąd w Bordeaux, Sąd Najwyższy w Kanadzie czy Kongres Lekarzy Niemieckich, uznawały inseminację za niemoralną, poniżającą ludzi, godzącą w dobre obyczaje. Później mieliśmy pierwsze narodziny żywych zwierząt z in vitro w 1959 roku i znów zapewniano, że nikt nie będzie tego proponował ludziom. Procedura in vitro jest dość młoda, warto postawić sobie pytanie, jakie skutki stosowania jej na szeroką skalę będziemy mogli zaobserwować w przyszłości.

Kolejnym wielkim dylematem związanym z in vitro jest aborcja selektywna. Na czym polega ta „procedura”?

Kiedy w macicy zagnieździ się wiele zarodków, a kobieta nie chce być w ciąży mnogiej, wówczas abortuje się jedno z dzieci, które już rozwijają się w organizmie tej matki. Obecnie w Polsce ta praktyka jest zabroniona, natomiast w innych krajach jest nieodłącznie związana z in vitro.

Kilka tygodni temu przez Polskie media przetoczyła się dyskusja o dwóch lesbijkach z Hiszpanii, które urodziły dziecko w procedurze in vitro. To nie pierwsza taka sytuacja, gdy najpierw umieszczono zarodek w macicy jednej z kobiet, a po krótkim czasie przeniesiono do łona drugiej, gdzie rozwijał się do narodzin. Po prostu i jedna, i druga chciały choć przez chwilę być w ciąży. Na świecie urodziło się już także dziecko, które posiada DNA trojga rodziców. Najstarszą znaną mi matką, która poczęła dzieci in vitro, była 74-letnia Hinduska. Takich przykładów jest coraz więcej.

Często pada argument, że in vitro nie jest metodą, która leczy niepłodność, może Pani to wyjaśnić?

W skrócie metoda in vitro polega na doprowadzeniu do zapłodnienia poza organizmem kobiety, natomiast nie koncertuje się na wyleczeniu przyczyny niepłodności. Znam historie par, które udały się do kliniki in vitro i nie zaproponowano im nawet na wstępie pogłębionej diagnostyki, czy postępowania terapeutycznego, które faktycznie mogłoby sprawić, że ta para stałaby się parą płodną i mogłaby doprowadzić do poczęcia dziecka w sposób naturalny. Od razu proponowano im procedurę in vitro.

Co w takim razie może stanowić alternatywę dla procedury in vitro?

Alternatywą dla in vitro jest ochronna medycyna prokreacyjna, zwana też medycyną naprawczą, której celem jest zdiagnozowanie i leczenie przyczyn niepłodności.

Ochronna medycyna prokreacyjna wykorzystuje najnowsze osiągnięcia mikrochirurgii, endokrynologii, genetyki, alergologii i innych. Umożliwia powrót do naturalnej płodności i poczęcie dziecka bez zastosowania in vitro czy inseminacji. Jeśli wszystko się powiedzie – bo, uczciwie przyznajmy, nie wszystkim parom uda się pomóc – po przebyciu leczenia, można powiedzieć, że para jest zdrowa. Lekarze zajmują się czynnikami wywołującymi niepłodność zarówno u kobiety jak i u mężczyzny. Po samej procedurze in vitro niepłodna para nadal pozostanie parą niepłodną. In vitro samo w sobie nie leczy problemu, tylko omija go.

Czemu zatem pomimo dużej skuteczności medycyny naprawczej, metoda in vitro jest tak powszechnie rekomendowana?

Pozornie in vitro wydaje się być również rozwiązaniem prostszym, ponieważ droga medycyny prokreacyjnej zakłada wiele pracy również od pary, która musi z zaangażowanie współpracować z lekarzem, np. obserwując objawy płodności. Ponadto, leczenie niepłodności nie pomoże parom trwale bezpłodnym, u których poczęcie dziecka jest zupełnie niemożliwe, gdy np. kobieta nie ma jajników.

I po trzecie, na pewno za popularnością tej metody musi stać interes ekonomiczny, skoro władze planują przeznaczyć na refundację in vitro minimum 500 milionów złotych rocznie. Szacuje się, że in vitro jest trzy-cztery razy droższe niż medycyna naprawcza.

 

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama