reklama

Ksiądz nie może być samotny w systemie, który wymaga od niego heroizmu 24/7

Wsparcie, którego ksiądz potrzebuje, albo dostanie wewnątrz Kościoła, albo nie dostanie go wcale. Jeśli nie otrzyma go od swoich – od wspólnoty, przełożonych, współbraci – to nie zastąpią tego ani media, ani opinia publiczna – mówi Opoce dr Sandra Rożyńska, prof. Akademii Nauk Stosowanych im. Ks. Jerzego Popiełuszki w Grudziądzu.

Aleksandra Angowska

dodane 18.02.2026 13:28

Aleksandra Angowska: Czy poczucie samotności jest wpisane w doświadczenie bycia kapłanem, czy raczej wynika z konkretnych warunków życia i pracy?

Dr Sandra Rożyńska: Samotność nie jest wpisana w istotę kapłaństwa, ale bardzo często jest wpisana w realne warunki wykonywania posługi. Moje badania pokazują, że to nie sam celibat, lecz poczucie samotności i brak wsparcia społecznego najsilniej wiążą się z depresją i lękiem. Badania światowe potwierdzają, że duchowni należą do grup o podwyższonym ryzyku izolacji emocjonalnej, zwłaszcza w modelu życia opartym na samotnym funkcjonowaniu.

Izolacja funkcjonalna oznacza funkcjonowanie niemal wyłącznie w ramach roli – ksiądz jest dostępny dla innych, ale rzadko ma przestrzeń, by samemu otrzymać wsparcie. Izolacja emocjonalna oznacza brak bezpiecznej relacji, w której mógłby bez lęku ujawnić swoje przeżycia. Badania autorskie i światowe pokazują, że to właśnie ten rodzaj izolacji najsilniej wiąże się z depresją, lękiem i wypaleniem.

Ksiądz może być otoczony ludźmi, a jednocześnie głęboko samotny. Ten niewidoczny z zewnątrz stan ma poważne konsekwencje nie tylko dla jego zdrowia psychicznego, ale również dla jakości duszpasterstwa.

Czego brakuje w dzisiejszej formacji księży i co należałoby zmienić w seminariach, aby lepiej przygotowywały do kapłaństwa?

Największym brakiem jest systemowa formacja emocjonalna i relacyjna. Jan Paweł II podkreślał, że bez dojrzałości uczuciowej nie jest możliwe właściwe przeżywanie celibatu (Pastores dabo vobis, 44), a jednak w praktyce seminaria wciąż kładą większy nacisk na dyscyplinę i normy niż na kompetencje relacyjne.

Czy formacja seminaryjna uwzględnia ryzyko wypalenia zawodowego, kryzysów psychicznych i samotności?

W ograniczonym stopniu. Kryzysy psychiczne bywają interpretowane w kategoriach duchowych, a nie jako realne zjawiska psychologiczne wymagające profesjonalnego wsparcia. Tymczasem Sobór Watykański II zalecał korzystanie z naturalnych środków podtrzymujących równowagę psychiczną (Presbyterorum Ordinis, 16).

Papież Franciszek w przesłaniu na konferencję Instytutu Psychologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego mówił o potrzebie jakościowej formacji psychologicznej, która pomaga zintegrować życie duchowe z ludzką kondycją, czyli nie oddzielać psychologii od wiary, ale je łączyć w trosce o człowieka.

Jak odróżnić właśnie te problemy duchowe od psychicznych, kto powinien się tym zająć, kierownik duchowy czy psycholog?

To nie jest kwestia wyboru „albo–albo”, lecz jasnego podziału kompetencji i dobrej współpracy. Psychiatra jest jedyną osobą kompetentną do diagnozowania zaburzeń psychicznych i podejmowania decyzji o leczeniu. To jego odpowiedzialność zawodowa i prawna. Z kolei kierownik duchowy odpowiada za rozeznanie w sferze sumienia, relacji z Bogiem, praktyk duchowych, przeżywanego powołania czy doświadczeń modlitwy.

Problem zaczyna się wtedy, gdy te dwa porządki się mieszają — gdy objawy kliniczne interpretuje się wyłącznie duchowo albo gdy autentyczne doświadczenia duchowe redukuje się do psychopatologii. Współczesne standardy międzynarodowe — zarówno w psychologii, jak i w dokumentach kościelnych — podkreślają potrzebę rozróżnienia ról. Kierownik duchowy nie powinien diagnozować ani prowadzić terapii, a psycholog nie powinien zastępować kierownictwa duchowego.

Kluczowe jest natomiast, by kierownik duchowy potrafił rozpoznać tzw. „czerwone flagi” — myśli samobójcze, objawy psychotyczne, uzależnienia, ciężką depresję, stany maniakalne czy utratę zdolności do normalnego funkcjonowania — i w takich sytuacjach bez wahania kierował do specjalisty zdrowia psychicznego. Z kolei psycholog pracujący z duchownymi powinien mieć kompetencje w zakresie rozumienia religijności, aby nie patologizować zjawisk, które mieszczą się w zdrowej duchowości.

Systemowo można to rozwiązać w kilku krokach. Po pierwsze, potrzebne są jasne i spisane zasady rozdziału ról — tak, by każdy wiedział, za co odpowiada. Po drugie, w każdej diecezji czy zgromadzeniu powinien funkcjonować stały, niezależny zespół psychologiczno-psychiatryczny, do którego można kierować kapłanów, najlepiej z zachowaniem wysokiego poziomu poufności. Po trzecie, konieczne są regularne szkolenia dla kierowników duchowych z zakresu podstaw zdrowia psychicznego oraz szkolenia dla psychologów z zakresu kompetencji religijno-duchowych. Wreszcie — warto wprowadzić proste procedury eskalacji, czyli jasno określone momenty, w których konsultacja kliniczna jest obowiązkowa.

Najbezpieczniejszy model to model współpracy: dwutorowy system, w którym sfera duchowa i psychiczna są rozróżnione, ale nie przeciwstawione. Kapłan nie jest ani wyłącznie „pacjentem”, ani wyłącznie „osobą w kryzysie duchowym” — jest człowiekiem, w którym obie te rzeczywistości mogą się przenikać. Dojrzały system to taki, który potrafi to uznać i odpowiedzieć kompetentnie na obu poziomach. W Polsce wciąż zbyt często funkcjonujemy właśnie w takim modelu — opartym na dobrej woli jednostek, a nie na spójnych rozwiązaniach instytucjonalnych. A w sprawach zdrowia psychicznego i odpowiedzialności za ludzi dobra wola to za mało.

Czy system realnie oferuje pomoc księdzu, który przeżywa kryzys?

Zbyt często dominuje milczenie i wstyd. Księża obawiają się stygmatyzacji i utraty zaufania, co sprawia, że kryzysy są przeżywane w samotności.

Czy istnieją sprawdzone rozwiązania – w Polsce lub za granicą – które pomagają łączyć życie w celibacie z psychiczną równowagą księży?

Istnieją. I najskuteczniejsze z nich mają wspólny mianownik: ksiądz nie może być „samotnym operatorem” w systemie, który wymaga od niego heroizmu 24/7. Badania o stresie i wypaleniu u księży wskazują, że ryzyko rośnie m.in. przy izolacji, przeciążeniu i braku wsparcia, a maleje, gdy są stałe zasoby: wsparcie społeczne, czytelne granice, regeneracja, dostęp do profesjonalnej pomocy.

We Francji powstają inicjatywy bardzo konkretne: domy, które przyjmują księży dotkniętych wyczerpaniem/burnoutem i łączą odpoczynek z towarzyszeniem duchowym i psychologicznym. Przykład: Maison Barnabé – miejsce stworzone właśnie jako „przystań” dla wyczerpanych księży, z podejściem integralnym (psychika–duchowość–regeneracja). Podobną logikę ma Réseau Melchisedek: „być samemu, ale nie w izolacji” – czas odpoczynku i odbudowy w bezpiecznym środowisku, z ramą modlitwy i towarzyszenia.

To są bardzo mądre rozwiązania, bo gaszą pożar zanim spali człowieka i jego posługę: zdejmują wstyd z kryzysu i mówią: wyczerpanie jest realne, a pomoc jest normalna. W krajach anglosaskich mocno rozwinięto niezależne struktury wsparcia: St Luke’s for Clergy Wellbeing w Wielkiej Brytanii świadczy konkretne usługi wspierające dobrostan i zdrowie psychiczne duchownych; Clergy Support Trust, także w Wielkiej Brytanii daje dostęp do profesjonalnego, niezależnego counsellingu dla duchownych i ich rodzin  w sytuacjach kryzysowych.

Co z tego jest „do przeniesienia” do Kościoła w Polsce?

Przede wszystkim zasada niezależności i poufności: ksiądz ma mieć dostęp do pomocy, która nie jest narzędziem oceny, tylko realnym wsparciem.

Bardzo ważna „dobra praktyka” to traktowanie odpoczynku jako elementu odpowiedzialności duszpasterskiej. W 2025 r. Vatican News pisało wprost o wakacjach jako czasie istotnym dla zdrowia księży, padają tam sformułowania o zmęczeniu, wypaleniu i potrzebie uczenia się mówienia „nie”.

Z moich badań wynika, że kluczem jest wsparcie społeczne. Gdy księża żyją i pracują w realnych zespołach (nie tylko formalnie), spada izolacja funkcjonalna i emocjonalna. To jest proste: nie da się budować relacji z rodzinami, kiedy własne życie jest relacyjnie puste.

W praktyce oznacza to: mieszkanie we wspólnocie (tam, gdzie możliwe), regularne spotkania braterskie, superwizja duszpasterska, stały mentor dla młodych księży.

Badania i praktyka pokazują, że pierwsze lata posługi są kluczowe. Dlatego świetną praktyką jest: obowiązkowy mentor, regularna rozmowa formacyjna (nie kontrolna), wsparcie w budowaniu granic, uczenie higieny pracy, a nie tylko „większej gorliwości”.

Dlaczego tak mało księży korzysta z takiej pomocy?

Warto uczciwie powiedzieć, dlaczego wielu księży boi się mentoringu. Nie dlatego, że nie chcą wsparcia, ale dlatego, że zbyt często doświadczyli jego karykatury. Dla wielu młodszych księży „mentor” kojarzy się nie z towarzyszeniem, lecz z kontrolą; nie z bezpieczną rozmową, lecz z oceną; nie z pomocą, lecz z wyśmiewaniem słabości albo doszukiwaniem się „problemów duchowych” tam, gdzie w istocie są zwykłe trudności ludzkie i przeciążenie.

Jeśli ktoś wielokrotnie słyszał, że zmęczenie oznacza brak gorliwości, że samotność to niewystarczająca modlitwa, a trudności emocjonalne są dowodem niedojrzałości duchowej, to naturalną reakcją jest wycofanie i nieufność. W takim kontekście mentoring przestaje być wsparciem, a zaczyna być zagrożeniem dla poczucia bezpieczeństwa i godności.

Czym w takim razie powinien być mentoring kapłanów?

Prawdziwy mentoring nie polega na „naprawianiu” księdza ani na tropieniu jego braków. Polega na towarzyszeniu, które oddziela kwestie duchowe od psychologicznych, respektuje granice i pozwala młodszemu księdzu uczyć się kapłaństwa bez lęku przed ośmieszeniem czy etykietą „problematycznego”. Dopóki kultura formacyjna nie zmieni się z kontroli na zaufanie, mentoring będzie budził lęk — nie dlatego, że księża nie chcą wzrastać, ale dlatego, że nie chcą być krzywdzeni w imię formacji.

Jeśli Kościół chce, żeby księża żyli w celibacie dojrzale i dawali rodzinom realne wsparcie, musi wykonać jeden niepopularny krok: przestać wymagać od księży heroizmu i zacząć budować dla nich system wsparcia.

Bo celibat bez wspólnoty nie jest znakiem — jest ryzykiem. I nie zapłaci za to instytucja. Zapłaci człowiek. A potem — rodziny, którym miał towarzyszyć.

I na koniec trzeba powiedzieć rzecz najtrudniejszą. Wsparcie społeczne, którego ksiądz potrzebuje, albo dostanie wewnątrz Kościoła, albo nie dostanie go wcale. Jeśli nie otrzyma go od swoich – od wspólnoty, przełożonych, współbraci – to nie zastąpią tego ani media, ani opinia publiczna. Media nie są przestrzenią wsparcia, tylko osądu. Nie budują relacji, tylko narracje.

Efekt jest taki, że ksiądz pozostaje bez realnego zaplecza społecznego: z jednej strony przeciążony oczekiwaniami duszpasterskimi, z drugiej – wystawiony na publiczne napiętnowanie, często bez prawa do kontekstu, procesu i ludzkiego towarzyszenia. I wtedy mamy to, co mamy: samotność pogłębia się, kryzysy przeżywane są w ukryciu, a problemy wybuchają dopiero wtedy, gdy są już bardzo poważne.

To nie jest usprawiedliwienie błędów. To jest opis mechanizmu. Jeśli Kościół nie stworzy księżom realnej sieci wsparcia społecznego, nie zrobi tego za niego żadna instytucja zewnętrzna. A brak wsparcia nie znika – on zawsze wraca, tylko w formie kryzysu, odejścia albo publicznego skandalu. I wtedy wszyscy pytają: jak to możliwe?

Możliwe właśnie dlatego, że człowiek został sam.

 

 

1 / 1

reklama