Dziennik - 19 marca

Fragmenty książki "Bóg sobie ze mnie zakpił"

Dziennik - 19 marca

João de Bragança, Jonet Rita

BÓG SOBIE ZE MNIE ZAKPIŁ

ISBN: 978-83-7505-157-5

wyd.: WAM 2008



19 MARCA

Ponieważ wczoraj wieczorem pracowałam do późna, postanowiłam zostać dzisiaj rano w domu. Miasta i okolicy nadal nie opuszcza denerwująca i uparta brzydka pogoda. Rzęsista ulewa i porywisty wicher tego marcowego poranka pokazują wyraźnie, że zima nie odeszła jeszcze na dobre, że na wiosnę jest jeszcze za wcześnie. Deszcz wypełnia wilgocią powietrze i glebę, spływa ulicami tworząc małe potoki.

Staram się wykorzystać do maksimum tę poranną chwilę spokoju, ciesząc się ciepłem pościeli, zwłaszcza że słyszę wodę chlupiącą na zewnątrz i wyobrażam sobie, jak bardzo jest zimno. Muszę przyznać, że ta chwila ma podstawowe znaczenie dla mojej równowagi — moja głowa jeszcze całkiem się nie przebudziła, ale świat zewnętrzny już powoli dociera do moich zmysłów. Przypominam sobie — chyba to gdzieś czytałam — że moment, kiedy się budzimy, jest najbardziej fantastyczną chwilą całej doby. Chociaż czujemy się zmęczeni i ledwie żywi, mamy tę pewność, że w ciągu całego dnia, który teraz będziemy przeżywać, może się zdarzyć wszystko — absolutnie wszystko. Nieważne, że w końcu nic nadzwyczajnego się nie wydarzy. Liczy się szansa.

Ta cisza długo nie potrwa. Skończy się zaraz, jak tylko wyjdę z domu. Natknę się na to wszystko, co sprawia, że miejskie życie jest takie uciążliwe — ruch uliczny, korki, ciągły pośpiech w pracy, cały ten codzienny stres. Ale wieczorem będę regenerować siły; wtedy brak hałasu będzie czymś więcej niż przyjemnością, stanie się absolutną potrzebą. Cenię sobie towarzystwo — lubię przyjaciół, rodzinę — ale jest we mnie jakaś przestrzeń, która potrzebuje ciszy, przestrzeń, która należy tylko do mnie, w której mieszkam całkiem samotnie i gdzie w pewien sposób stale odrastam.

Tak czy owak czuję, że nie mam zbyt wielu powodów do narzekania. Wszystko dobrze się układa i na horyzoncie nie widać żadnych większych zmartwień. Najwyraźniej właśnie teraz przeżywam to, co poprzednie pokolenie uważa za szczęśliwy okres, z którego nie całkiem zdajemy sobie sprawę, ten moment, kiedy myślimy, że nieszczęścia przydarzają się wyłącznie innym, kryzysy małżeńskie owszem istnieją, ale wcale się tym nie przejmujemy, a problemy z dziećmi wyłonią się dopiero wtedy, kiedy zdecydujemy się je mieć. Nie lubię wyszukiwać problemów na siłę, więc streszczę moją egzystencję w jednym zdaniu: „Życie jest piękne”. Dużo myślałam o Joachimie. Wydaje mi się przemęczony, zapracowany. Martwię się, kiedy rano wyjeżdża samochodem, zwłaszcza kiedy, tak jak teraz, pogoda nie sprzyja. Wiem, że jeżdżenie codziennie tą samą trasą sprawia, że odruchy stają się automatyczne; przestajemy nawet zdawać sobie sprawę, że znowu przejechaliśmy ten most, tamto skrzyżowanie, minęliśmy tamtą miejscowość. Ten nadmiar pewności czasem jakoś mnie denerwuje, czuję, że to jest już połowa drogi do jakiegoś wypadku. Ech, ponure myśli, które nie mają racji bytu, przecież Joachim jeździ tamtędy tyle lat i nigdy nic złego się nie zdarzyło.

Ten spokojny poranek w domu przywołuje dawne wspomnienia. Przypomina mi się moja młodość, czasy, kiedy byłam nastolatką, moje życie z Joachimem, cała ta droga, którą razem przemierzyliśmy. Czuję, że moje dzieciństwo było szczęśliwe i beztroskie, w dobrych proporcjach podzielone między zakazy i swobodę. Wyrosłam wśród rodzeństwa, które mnie chroniło, pod opieką rozpieszczających mnie rodziców. Popełniłam niejedno głupstwo, ale byłam raczej spokojną dziewczyną, bez większej skłonności do szaleństw, niż to jest normalne w pewnym wieku. Rodzice między sobą dobrze się rozumieli i wyrosłam w przekonaniu, że małżeństwo to dobry wybór życiowy. Kryzysy rodzinne, separacje czy rozwody były dla mnie czymś znanym tylko ze słyszenia, czymś o czym wiedziałam, że istnieje, jedynie z rozmów przy kolacji i ze smutnych doświadczeń moich koleżanek ze szkoły, wiecznie zajętych przygotowaniami do weekendowych wypadów i czytaniem porad sercowych. Chociaż to często się zdarzało, nigdy do końca nie pojęłam, jak to jest, że niektóre z nich były przedmiotem przetargów między matką a ojcem, że te biedne dziewczyny były ofiarami nieudanej miłości dwojga dorosłych ludzi, którzy przestali się rozumieć.

Jeśli chodzi o religię, moja droga była podobna do ścieżek wielu osób z mojego pokolenia. Główną częścią katolickiego wychowania było chodzenie w niedzielę do kościoła, resztą miała się zająć szkoła. Myślę, że moi rodzice optymistycznie zakładali, że sam przykład życiowy, jaki dają swoim dzieciom, wystarcza, by pozostały bez wielkich dylematów czy wątpliwości na łonie Kościoła. Kiedy doszłam do wieku, w jakim się zazwyczaj staje na rozdrożu, jeśli chodzi o sprawy wiary, postanowiłam dać sobie spokój z praktykowaniem, bo nie podobał mi się Kościół, w którym widziałam więcej rzeczy robionych na pokaz niż pokory, i dlatego, że czułam się rozczarowana obrazem Boga przedstawianego raczej jako karzący sędzia niż przyjaciel, a taki właśnie obraz świadomie lub nieświadomie wszczepiano mi przez długie lata. Przestałam chodzić na mszę bez wyrzutów sumienia czy goryczy, kwitując to zdaniem naładowanym emocją charakterystyczną dla końca wieku nastoletniego: „To do mnie nie przemawia”. Trochę wcześniej, w czasach pierwszej, naiwnej miłości, przeżyłam swoją dozę rozczarowań, radości i sekretnych pocałunków wymienianych w ciemnym kątku na klatce schodowej. W tej fazie wzrastania, kiedy uczucia domagają się czegoś więcej niż trzymanie się za ręce w ciemnej sali kinowej, czuję, że udało mi się cieszyć życiem z zachowaniem przyzwoitości i zasad moralnych, jakich mnie nauczono, i w zgodzie z sumieniem, które powoli we mnie dojrzewało. Była to chyba jakaś zdrowa mieszanka lekko represyjnych wpływów religii i umiarkowanie liberalnego wychowania w domu.

Pamiętam, że poznałam Joachima pod koniec mojej fazy nastoletniej. Kiedy zaczynaliśmy patrzeć na siebie nawzajem trochę inaczej niż zazwyczaj, lubiłam wyobrażać sobie, że światło księżyca wpadające do mojego pokoju wygląda zupełnie tak samo u niego i że obydwoje patrzymy na to samo niebo, z tym samym wrażeniem, że wprost dusimy się ze szczęścia. Były to czyste myśli w czasach szczęśliwego zakochania, kiedy poranki śmiały się do nas, a popołudnia upływały beztrosko. Był to czas, kiedy żyliśmy kolejnym dniem, a patrząc na siebie widzieliśmy same zalety — wady nie miały wtedy najmniejszego znaczenia. W tych szczęśliwych czasach największą zgryzotą był — jak to ktoś później określił — brak programu na najbliższy wieczór.

Potem nastąpiły czasy wzajemnego odkrywania — upodobań, różnic, wspólnych zainteresowań. Sporo było z tym roboty, bo przecież prawie się nie znaliśmy. Ale żyliśmy jak na księżycu, od oczarowania pierwszym pocałunkiem do tragedii pierwszej kłótni, między tęsknotą, kiedy byliśmy rozdzieleni, a słodyczą pogodzenia się i nowego spotkania. Nic nie było zbyt ważne i wszystko było ostateczne, bo obydwoje chodziliśmy w stanie upojenia, jakie jest udziałem tylko tego, kto jest zakochany z wzajemnością. Wszystko było częścią naszego życia ramię w ramię, naszego wspólnego wzrastania, budowania projektu na cztery ręce. Joachim dzielił miłość do morza, która była dla mnie tak ważna, i razem chodziliśmy na długie spacery po plaży, spotykając się oko w oko z ogromem oceanu rozciągającego się aż po nieskończoność. Kiedy tak patrzyliśmy na morze, czuliśmy, że nasze dusze zbliżają się do siebie, snuliśmy pierwsze plany, podejmowaliśmy pierwsze decyzje. Morze stało się ważną częścią naszego życia, naszej równowagi, i zarazem milczącym świadkiem dróg naszej miłości.

Potem nadeszły lata utrwalania tego wszystkiego. Nie zawsze były to dwie biegnące obok siebie linie, zmierzające do tego samego celu. Zdarzały się momenty rozdzielenia, kiedy szliśmy zupełnie różnymi drogami. Była jednak jakaś nadrzędna siła, która, jak nam się wydawało, nieustannie nas do siebie zbliżała. Nasze drogi spotykały się raz jeszcze. I jeszcze raz... Później, w ciepłym gniazdku naszego ustabilizowanego życia, ten wiersz był czymś w rodzaju amuletu, wydawał się stworzony specjalnie dla nas:

Ileż krzyżujących się szlaków,
Kawałków drogi, które przeszliśmy razem,
Losów tasowanych przez Boga!
Nasza miłość była silniejsza
I Bóg, walcząc ze śmiercią,
W końcu połączył nas ze sobą.

Kiedy pokończyliśmy studia — ja zarządzanie, on prawo — postanowiliśmy się pobrać. Wiele osób nie wierzyło w nasze małżeństwo po takiej długiej historii kłótni i godzenia się, przy naszych całkiem niedobranych charakterach. Inni natomiast, nie wiem, czy z rozmysłem, czy nieświadomie, popierali nasz związek z niezachwianą wiarą, że Bóg będzie z nami i pomoże nam. I może także dlatego że, jak mówi poeta, „marzenie rządzi życiem”. W pewne pogodne majowe popołudnie odpowiedzieliśmy oboje „tak” na pytanie zadane przez księdza Nuno, człowieka, który przeżył wystarczająco dużo, aby przekazać swojemu siostrzeńcowi Joachimowi — kiedy był jeszcze dzieckiem — przyjazną wizję Jezusa, a Joachimowi nastolatkowi — swoją wizję wiary; wreszcie Joachimowi dorosłemu wytłumaczył, co sądzi o zbawieniu duszy. W ten sposób Joachim, dorastając, przyzwyczaił się do zadawania pytań i do tego, żeby nie przyjmować standardowych odpowiedzi, żeby buntować się przeciwko Kościołowi w tym wszystkim, co nie znajduje się w sferze niepodważalnych zasad, ale i do tego, żeby podejmować praktyki, nie wdając się w filozoficzne rozważania. W ten sposób przebył religijną drogę z pewnością i bezpieczeństwem, w świetle wiary tak jasnej, jak to tylko możliwe.

W szczęśliwej chwili naszego ślubu pobłogosławionego przez Boga i zagwarantowanego przez Matkę Bożą — jak to chcieliśmy specjalnie podkreślać — nikt nie zastanawiał się, jak ja się będę czuła, przystępując do komunii po raz pierwszy po tylu latach. Może wiele osób myślało, że to zwykła sytuacja, powtarzająca się — niestety zbyt często — w życiu tylu ludzi w obecnych czasach. Kalendarzyki proboszczów są przecież pełne nazwisk narzeczonych, którzy chcą wziąć ślub, chociaż wcale nie zapełniają kościołów podczas mszy niedzielnych. Wuj Joachima, ksiądz Nuno, mówił, że jesteśmy owocem społeczeństwa, które proponuje sukces zamiast szczęścia, konsumpcję zamiast kontemplacji, racjonalizm zamiast duchowości, więc nic dziwnego, że cała ta armia nowożeńców nie znajduje później w swoim życiu miejsca na modlitwę i medytację.

No i w końcu, po tych paru latach małżeństwa, rozglądam się dookoła siebie otoczona komfortem mojego życia i mojego domu, i po prostu czuję się dobrze, bez wielkich powodów do narzekania czy rozgoryczenia. Zdjęcia przyjaciół, najbliższej rodziny, fotki z wakacji z Joachimem — wszystko to pokazuje szczęśliwe i pozbawione większych zmartwień życie. Myślę też o praktyce religijnej, która w dalszym ciągu pozostaje na marginesie mojego życia, i zarazem także życia Joachima. Zabrakło mu wiary czy może nie ma okazji do czegoś, co zdaniem wuja Nuno trzeba koniecznie robić razem? Przyznaję, że bardziej skłaniam się ku tej drugiej odpowiedzi i czuję szczery żal na myśl, że to ja pozbawiam go czegoś, co dla niego jest ważne. Jeśli o mnie chodzi, jest tak samo, jak było zawsze. Nie odczuwam potrzeby, nie słyszę wezwania, nie mam chęci. Czuję, że moje życie — a może życie całego mojego pokolenia, jak mówił wujek Nuno — jest wystarczająco wypełnione rozrywkami, sportem, sprawami zawodowymi, i nie mam ochoty na spędzanie pięćdziesięciu minut tygodniowo na powtarzanej w kółko modlitwie czy wysłuchiwanie kazań wątpliwej jakości. W moim przeglądzie nasuwających się wspomnień nie mogło jednak zabraknąć wujka Nuno i długich rozmów, jakie z nim prowadziliśmy, kiedy starał się mnie nawrócić, a ja opierałam się, wytaczając moje dawne racje — te, o których mówiłam przed chwilą — przypominając o różnych grzechach księży, jako że bogactwo i splendor Kościoła akurat w dzisiejszych czasach wydaje się sprawą co najmniej dyskusyjną, i inne jeszcze argumenty, które wydawały mi się wówczas nie do obalenia. Wuj Nuno, z cierpliwością, która, jak zrozumiałam później, nie miała granic, zawsze z przyjacielskim słowem, na spokojnie, jak pewny siebie i pogodny misjonarz, cytował Grahama Greena: „W naszym dzieciństwie jest zawsze chwila, kiedy otwierają się drzwi i wchodzi przyszłość”. Mówił, że to zdanie jest jak przypowieść mająca nas ostrzec przed tym, że nasze życie może nie upływać między tą czy inną sprawą toczoną w sądzie, cięciami kosztów w przedsiębiorstwie, wakacjami spędzonymi w modnej miejscowości i kolacjami w eleganckich restauracjach. „Całkiem nagle i niespodziewanie — tłumaczył — mogą się otworzyć jakieś drzwi w naszym życiu. Czy obydwoje jesteście na to przygotowani?” Muszę przyznać, że ta wypowiedź wydawała mi się dość pesymistyczna, nie na temat, może nawet to wszystko brzmiało dla mnie jak fałszywy alarm.

Całe moje życie jest spokojną rutyną, podobnie jak życie Joachima. Wszystko układa się normalnie i zupełnie tak samo, jak w przypadku tylu innych par z naszego pokolenia. Dlaczego miałabym myśleć, że przydarzy nam się coś nieoczekiwanego, coś złego? Wuj Nuno cały czas próbował nas uczulić na to, że nie powinniśmy być zbyt pewni; że życie nie zawsze będzie usłane różami i, jeśli nie będziemy odpowiednio zabezpieczeni, nasza łódź może zatonąć. Czuję, że nigdy nie zadowalała go odpowiedź, iż najważniejsze jest cieszyć się życiem z dnia na dzień; że jeśli się coś wydarzy, to z pewnością będziemy w stanie przezwyciężyć kryzys i poradzić sobie z nieszczęściami. Myślę, że trzymamy się razem na tyle mocno, iż możemy stawić czoła każdej fali, jaka by zagrażała naszemu małemu okręcikowi, dlatego też nie wydaje mi się...

opr. aw/aw

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama