Muzyka nie skończyła się wraz z Beethovenem i Czajkowskim

Dlaczego tak mało ludzi w Polsce chce słuchać muzyki zwanej "poważną", szczególnie współczesnej?

Dlaczego tak mało ludzi w Polsce chce słuchać muzyki zwanej poważną, szczególnie współczesnej?

Muzyka jest z człowiekiem od czasów najdawniejszych. Dziś dociera jednak nieustannie do nas zewsząd. Mamy do wszelkiej maści muzyki dostęp tak łatwy, że nauczyliśmy się słuchać jej bezwiednie. Nie musimy już uroczyście udawać się do sal koncertowych czy kościołów. Większość z nas nie bywa nawet na gigantycznych koncertach gwiazd współczesnej muzyki popularnej organizowanych w halach, na stadionach, w plenerze. I bez tego podaż muzyki jest obecnie olbrzymia.

Na świecie wydaje się co roku wciąż wielką ilość płyt a są one coraz częściej zastępowane przez rejestrację na innych, coraz to nowszych nośnikach. Nagrania najróżniejszych utworów wciąż odtwarzane są przez radio, telewizję, w internecie. Chcąc nie chcąc słuchamy często melodii i jazgotów w restauracjach, kawiarniach, centrach handlowych, podczas plenerowych zabaw, gier sportowych bądź uroczystości państwowych.  Muzyka obecna jest na przestrzeni całego naszego życia, od narodzin aż do śmierci. Powszechny dostęp do niej sprawił jednak, że nie umiemy już, jak nasi przodkowie, słuchać jej uważnie. Mamy też kłopot z wartościowaniem różnych utworów. Z pewnością wielość muzycznych stylów i gatunków nie ułatwia nam zadania.

Dlaczego jednak tak mało ludzi w Polsce chce słuchać muzyki zwanej poważną, szczególnie współczesnej? Można odnieść wrażenie, że nazwiska twórców dwudziestowiecznej „polskiej szkoły kompozytorskiej”: Lutosławskiego, Pendereckiego, Góreckiego, Szalonka szerzej znane są publiczności zagranicznej niż naszej. Dzieje się pewnie tak dlatego, że, choć w Polsce funkcjonuje bardzo dobra edukacja muzyczna, dostęp do niej nie jest zbyt powszechny. Stąd bierze się przekonanie, że nasi słynni kompozytorzy piszą utwory trudne, „nie do słuchania”, elitarne. Bez wątpienia Krzysztof Penderecki nigdy nie będzie mógł liczyć na taką publiczność jak Madonna, ale nie przypadkiem w takich Niemczech np. dużo więcej osób niż w Polsce gra na instrumentach i uczęszcza na koncerty muzyki poważnej. Nie tylko klasycznej.

Brak umiejętności estetycznego wartościowania osłabia możliwość głębokiego odbioru muzycznej twórczości. Już w starożytności Pitagoras pojmował muzykę jako ukrytą mowę świata i kosmosu. Widziano w niej wyraz harmonii wyrażanej miarą, proporcją i liczbą. Św. Augustyn nie bez powodu pisał, że „w muzyce, w geometrii, w ruchach ciał niebieskich, w prawach matematycznych porządek rządzi tak, że jeśli ktoś zapragnie poznać — że tak powiem — jego źródło i wnętrza jego przybytków, to właśnie albo je tam znajdzie, albo dzięki tym naukom dotrze do nich”. Muzyka może zatem prowadzić do samego Boga. I, podobnie jak On, pozostaje niewyrażalna.

Sztuka muzyczna, tak bliska matematyki, jest całkowicie abstrakcyjna. W poezji, malarstwie, rzeźbie ma zawsze związek z rzeczywistością postrzeganą zmysłowo bądź dyskursywnie: słowa, barwy, kształty, itd. Materiał muzyki to dźwięk — coś trudno uchwytnego i niełatwo poddającego się opisowi. Mimo to sztuka muzyczna w niezrozumiały sposób daje odczuwać w sobie lekkość bądź ciężkość, szorstkość czy gładkość, prostotę czy złożoność. Są to cechy materialnych przedmiotu, które często odnosimy do ułożonego wedle matematycznych zasad postępu dźwięków w czasie. Postępowi temu często też przypisujemy emocje: smutek i radość, gwałtowność i spokój, wzruszenie i uczuciowy chłód. Pojawiają się też inne kategorie opisowe: powaga i figlarność, porządek i improwizacja, racjonalność i sentymentalność. A przecież muzyka właściwie nic nie znaczy poza samą sobą. O niczym nie mówi, nic nie przedstawia, nic nie symbolizuje. Niektórzy w tej jej szczególnej czystości dopatrują się związku z absolutem.

Św. Augustyn twierdził, że sam muzyczny ruch, rytm i melodia naśladują i odbijają poruszenia duszy człowieka stworzonej według tych samych matematycznych wzorów. Kontemplacja tych wzorów przez muzykę prowadzi nas do samego Stwórcy. Oddziałując na psychikę, muzyka ma też wpływ wedle świętego biskupa Hippony na postępowanie moralne człowieka. „Widać z tego — pisał Augustyn w „Wyznaniach” —  że wszystkie uczucia naszej duszy mają stosownie do swej różnorodności, odpowiednie tony w głosie i śpiewie, które przez jakieś tajemnicze pokrewieństwo budzą owe uczucia”. Oczywiście wpływ na dobre czyny może mieć tylko taka muzyka, która kontemplację rzeczy boskich umożliwia. Inna jest albo czymś płytkim, albo wręcz jazgotem prowadzącym do grzechu.

Jaka jednak muzyka wywołuje kontemplację zawsze rzeczy boskich? Niektórzy twierdzą, że tylko taka, która znajduje wsparcie wyłącznie sama w sobie bez pomocy poezji, religii czy jeszcze innych pomuzycznych treści. Krzysztof Penderecki w wywiadzie pomieszczonym w obecnym numerze Przeglądu Powszechnego konstatuje, że właśnie taką sztukę muzyczną uważa za najwyższą. A przecież z taką asemantycznej, ponaddyskursywnej czystości nie spotykamy znów tak często w dziełach twórcy „Siedmiu bram Jerozolimy”.

Inna rzecz, że w swojej młodości Penderecki mocniej chyba niż później pragnął taką czystość zachowywać, stosując w swych kompozycjach bardzo awangardowe środki wyrazu. Kompozycje te często wywoływały szok. Nie wszyscy słuchacze byli przed ponad półwieczem gotowi do słuchania takiej muzyki (dziś pewnie nie byłoby z tym lepiej). Wielu widziało w nich bezduszny formalizm. Innych poruszała dla odmiany niezwykłość takich utworów jak „Ofiarom Hiroszimy — Tren” czy „Polimorfia”.

Po jakimś czasie Penderecki całkowicie świadomie zdradził jednak awangardę. Sam tak mówił o tym po latach w jednym ze swych uniwersyteckich wykładów: „Awangardowość dawała złudzenie uniwersalizmu. [...] Szybko jednak zorientowałem się, że w nowatorstwie tym, sprowadzającym się głównie do eksperymentów i spekulacji formalnych, więcej jest destrukcji niż budowania od nowa, że ten prometejski ton jest utopią”.

Penderecki w 1962 roku napisał „Stabat Mater” — kompozycję, w której „pozamuzyczność” wyrażona w poezji i religii odgrywa wielką rolę. Stała się ona zalążkiem najsłynniejszego utworu kompozytora „Pasji według św. Łukasza”, którą stworzył i na siedemsetlecie katedry w Münster, i, jak sam przyznaje, na milenium Chrztu Polski. Chciał przy tym zmierzyć się i z wielką formą, i — z będącą dla wielu największym osiągnięciem muzycznym w dziejach — tradycją bachowską. Efekt był wspaniały. Przy całej nowoczesności języka Penderecki stworzył dzieło przystępne dla zwykłego melomana, o zrozumiałej treści, konstrukcji i emocji. Sam mówił: „Nie zależy mi na tym, jak 'Pasja' zostanie określona, czy jest tradycjonalna, czy awangardowa. Dla mnie jest po prostu autentyczna. I to wystarczy.” Do dziś „Pasja jednym z nielicznych utworów współczesnych wykonywanych chętnie podczas abonamentowych koncertów filharmonicznych. To świadectwo, że wielkość muzyki poważnej nie skończyła się (a tak przecież sądzi wielu) wraz ze śmiercią Beethovena czy Czajkowskiego.

Penderecki przed półwieczem miał odwagę poważyć się na samoistne dziedzictwo Bacha (po Janie Sebastianie żaden z uznanych kompozytorów pasji nie stworzył). Dziś na taką odwagę zdobył się Paweł Mykietyn — już uznany powszechnie przez krytykę za najwybitniejszego kompozytora młodego pokolenia w Polsce. O jego „Pasji według św. Marka” pisze na naszych łamach Tomasz Cyz.

Oba te utwory, dla których źródłem i podstawą jest tekst Ewangelii, są dowodem, że muzyka — tworzona współczesnymi środkami i wyrażona w wielkiej formie — wciąż prowadzi, jak chciał św. Augustyn, do kontemplacji rzeczy boskich. Gdy ma się takie skarby, czymś nieprzyzwoitym byłoby zamykanie na nie uszu. W obecnym numerze Przeglądu pragniemy zachęcić do słuchania współczesnej muzyki poważnej. Jej odbiór, jak to się tylekroć już działo w przeszłości, nie musi wcale się ograniczać do dziedziny czystej estetyki.

Sebastian Duda

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama