Templariusze i Całun Turyński

Wprowadzenie do książki prof. Barbary Frale specjalizującej się w historii średniowiecznej

Templariusze i Całun Turyński

Barbara Frale

TEMPLARIUSZE I CAŁUN TURYŃSKI

ISBN: 978-83-7505-713-3
wyd.: Wydawnictwo WAM 2011

Wybrane fragmenty
Wprowadzenie
Tajemniczy bożek templariuszy
Urok pewnego mitu
Od legendy do polityki

Wprowadzenie

Podczas pracy nad zredagowaniem tej książki rzucił mi się przypadkiem w oczy dość niezwykły fakt. Eksperci z różnych dziedzin, którym ją pokazywałam, czytając szybko tytuł bez zapoznawania się z treścią, odnosili wrażenie, że chodzi w nim o Całun Turyński uważany za prawdziwy całun żałobny Jezusa Chrystusa. W związku z tym odczuwam potrzebę powiadomienia czytelnika już na samym wstępie tej książki, że tytuł książki brzmi Templariusze i Całun Turyński. Oznacza on, że można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, iż owi bracia zakonu rycerskiego epoki średniowiecza strzegli przez pewien czas Całun Turyński, kontemplując w nim dowód na to, że Chrystus (a nie po prostu Jezus z Nazaretu) przeszedł rzeczywiście przez bramy śmierci. Różnica ta może na pierwszy rzut oka wydawać się czytelnikowi mało ważnym szczegółem, lecz wcale tak nie jest, o czym szczegółowo będzie mowa w tej książce.

Kwestia autentyczności Całunu Turyńskiego pozostaje nadal otwarta, wykraczając — tak czy inaczej — poza cel postawiony w tej książce. Przedmiotem badań przedstawionych w tym opracowaniu jest kult całunu w zakonie templariuszy, a nie ma wątpliwości, że dla templariuszy płótno to pochodziło z Grobu Świętego i okrywało ciało Chrystusa, zanim powstał z martwych. Rzeczywistość ta zmusza czytelnika do wejścia w pewnym sensie w ich położenie, nawet za pomocą fantazji. Jeśli chcemy bowiem badać pewien świat i zrozumieć jego sposób funkcjonowania, musimy utożsamić się z nim i starać się patrzeć na rzeczywistość jego oczami. W wielu ustępach książki będzie więc mowa o całunie jako głównej relikwii Męki Pańskiej, ponieważ w taki sposób był postrzegany przez templariuszy.

W roku 1988 przeprowadzono eksperyment datowania płótna metodą radioaktywnego węgla (14C), czyli systemu analizy chemiczno-fizycznej, która daje wyniki wiarygodne (chociaż z pewnym marginesem niepewności), jeżeli przedmiot był przechowywany w szczególnych warunkach i nie uległ zanieczyszczeniu materiałem organicznym. Na przykład znakomicie nadawałby się do tego rodzaju badań nienaruszony grobowiec etruski, zamknięty w VI w. przed Chr., a następnie ponownie otwarty, i to najlepiej przez archeologa, który go odkrył. Analizę fragmentu płótna powierzono trzem laboratoriom specjalizujących się w tego rodzaju badaniach, na podstawie których stwierdzono, że całun pochodzi z późnego średniowiecza, określając margines błędu na sto trzydzieści lat (1260-1390 po Chr.). Nie oznaczało to jednak wcale definitywnego rozwiązania problemu. Z jednej strony wynik badań datowania radioaktywnym węglem wywołał niekończącą się falę polemik, ponieważ zdaniem niektórych osób ta metoda nie przestrzegała zasad nieodzownych w badaniach o charakterze naukowym. Z drugiej strony podniosły się głosy podkreślające, że badanie radioaktywnym węglem nigdy nie mogłoby przynieść wiarygodnych wyników w przypadku Całunu Turyńskiego, znalezisku archeologicznym, które na różne sposoby uległo zanieczyszczeniu, i trzeba dokonać jeszcze wielu odkryć, by poznać jego historię. W swoim czasie wypowiedział się przeciw tego rodzaju badaniu również laureat Nagrody Nobla Williard Frank Lillby, który wymyślił i opracował w szczegółach metodę datowania znalezisk archeologicznych za pomocą izotopu węgla 14C.

Za pontyfikatu zmarłego papieża Jana Pawła II, wielkiego czciciela całunu, który przypominał mu w niewiarygodnie realistyczny sposób o cierpieniach Jezusa Chrystusa, kardynał Anastasio Ballestrero, który w owym czasie był papieskim strażnikiem Całunu, nazwał go „godną czci ikoną Chrystusa”. Wielu wiernych przyjęło te słowa z wyraźnym rozczarowaniem, gdyż oczekiwali, że papież ogłosi oficjalnie, że całun jest najważniejszą relikwią Jezusa, jaką posiadamy. W atmosferze poruszenia tamtych dni doszło nawet do tego, że Ballestrero, uznawany do tej por y za obrońcę konserwatywnego katolicyzmu, został obdarzony mianem „oświeceniowca w purpurze”, a więc przydomkiem, który nigdy nie sprawia szczególnej przyjemności osobie duchownej („La Repubblica”, 14 października 1988).

W rzeczywistości to określenie całunu staje się w pełni zrozumiałe, gdy uświadomimy sobie, że pojęcie teologiczne ikony nie jest absolutnie równoznaczne z ideą obrazu świętego, a intencją tych słów nie było absolutnie, aby całun był traktowany w taki sam sposób jak Pieta Michała Anioła albo inne dzieła sztuki przedstawiające Mękę Pańską w sposób realistyczny i bardzo poetycki. Według teologii chrześcijańskiej, a w szczególności chrześcijaństwa wschodniego, ikona nie jest zwykłym obrazem, lecz czymś absolutnie odmiennym. Jest czymś, co żyje i w pewien sposób ożywia; czymś, co jest w stanie obdarzyć ducha ludzkiego konkretnymi dobrodziejstwami. Wielu autorów zajmujących się zagadnieniem całunu nie dostrzegło nigdy tego aspektu, który ma przecież znaczenie. Nazwanie go „godną czci ikoną” było owocem długich i wnikliwych badań ze strony specjalistów w tej dziedzinie, którym z pewnością nie brakowało słownictwa. W rzeczywistości wyrażenie to odwołuje się bezpośrednio do myśli teologów uczestniczących aktywnie w pracach Soboru Nicejskiego II (787 po Chr.)w opinii których cudowny wizerunek Chrystusa jest miejscem kontaktu z tym, co Boskie. Równocześnie wyraża wolę patrzenia na ten przedmiot w identyczny sposób, pełen uszanowania i zdumienia, w jaki kontemplował go Kościół starożytny. Wszystko kręci się wokół bardzo prostej idei: poważne badanie Całunu Turyńskiego oznacza w każdym razie medytowanie nad ranami Chrystusa. Termin użyty przez kardynała Ballestrero był więc pełen delikatności i szacunku wobec głębokiej tajemnicy, jaka emanuje z tego przedmiotu, choć być może zbyt wyszukany, aby mogli go zrozumieć wszyscy. Ze swej strony różni papieże otwarcie wyrazili swe przekonania w tej materii: jeżeli już Pius XI określił całun jako „z pewnością nie przez człowieka uczyniony”, to Jan Paweł II mówił o nim jednoznacznie jako o najwspanialszej relikwii: „szczególnym świadku Męki i Zmartwychwstania” („L'Osservatore Romano”, 7 września 1936 i 21-22 kwietnia 1980).

Osobiście przypuszczam, że istotny jest także inny aspekt. Dzień, w którym Kościół zdecydowałby się oficjalnie ogłosić, że całun jest prawdziwym całunem Jezusa, oznaczałby, że dalsze prowadzenie na nim badań naukowych mogłoby stać się bardzo trudne, a może wręcz niemożliwe. W tym momencie stałby się on bowiem najświętszą relikwią chrześcijaństwa, przesiąkniętą krwią Chrystusa, a każde działanie podejmowane wobec niego byłoby traktowane jako wyraz braku szacunku. Chrześcijaństwo pragnie jednak jeszcze przez długi czas stawiać pytania temu enigmatycznemu przedmiotowi, o wiele spraw musi go jeszcze zapytać. W wielu środowiskach dochodzi do głosu przekonanie, że całun mógłby powiedzieć nam wiele na temat judaizmu epoki rzymskiej, czyli właśnie na temat kontekstu, w którym narodził się, głosił swe przesłanie i poniósł śmierć Jezus z Nazaretu. Wszystko to wchodzi w zakres badań, które są niezwykle interesujące bez względu na ich ocenę z religijnego punktu widzenia. Bardzo niewiele wiemy bowiem na temat tego okresu historii judaizmu z powodu rozkazów cesarzy Wespazjana (w 70 roku po Chr.) i Hadriana (132 po Chr.), które doprowadziły do zniszczenia Jerozolimy wraz z wszystkim obecnymi w niej archiwami oraz deportacji ludności żydowskiej z terytoriów Syrii-Palestyny. Pewne ważne ślady obecne na Całunie Turyńskim mogą być bardzo pomocne w dostarczeniu informacji na temat zwyczajów wyznawców judaizmu w okresie drugiej świątyni. Paolo Sacchi, jeden z bardziej cenionych znawców historii starożytnego judaizmu, pisze następująco: „Bez względu na to, czy wierzy się czy nie w boskość Jezusa z Nazaretu, mówił On językiem swego czasu do ludzi swego czasu, spotykając się bezpośrednio z problemami swego czasu” (Storia del Secondo Tempio, str. 17). Jeżeli pytania zostaną postawione delikatnie i z szacunkiem, to całun przemówi.

Przedmiotem rozważań proponowanych w tej książce nie będzie żadne ze złożonych zagadnień dotyczących autentyczności całunu oraz jego znaczenia z punktu widzenia religijnego. Osoba pragnąca pogłębić swą wiedzę na temat tych kwestii znajdzie stosowne odpowiedzi w publikacjach monsignore Giuseppe Ghibertiego: Sindone, vangeli e vita cristiana oraz Dalle cose che pati (Eb 5,8). Evangelizzare con la sindone1. Celem tej książki jest omówienie zagadnienia tylko na płaszczyźnie historycznej; nie ma bowiem wątpliwości, że z perspektywy historycznej Całun Turyński (bez względu na to, czym jest) jest prawdziwym dokumentem o olbrzymim znaczeniu.

Kolejne strony tej książki stanowią pierwszą część studium badawczego, tworzącego całość z drugim tomem (Całun Jezusa z Nazaretu, publikacja wkrótce), który jest poświęcony wszystkim nowym problemom natury historycznej, jakie wynikają z ostatnich odkryć pod wpływem badań przeprowadzonych na całunie. Niektóre najważniejsze argumenty, które będą omawiane w drugim tomie, tu będą tylko pokrótce zasygnalizowane, i to wyłącznie z konieczności. Rozważania przedstawione w drugim tomie zagłębią się bowiem w złożoną problematykę archeologii świata żydowskiego i grecko-rzymskiego I wieku, czyli poruszą tematy zbyt odległe od sprawy templariuszy, aby było możliwe przedstawienie całości zagadnienia w ramach jednego tomu. Badania nad tym zagadnieniem rozpoczęłam w roku 1996. Potem, wiosną 1998 roku, w wiadomościach RAI oznajmiono, że na lnianym płótnie całunu znaleziono ślady starożytnych pism. W owym czasie odbywałam studia doktoranckie z historii na uniwersytecie „Ca'Foscari” w Wenecji, pisałam pracę doktorską poświęconą templariuszom i zauważyłam już dawno, że w oryginalnych dokumentach procesu przeciwko nim znajdowała się pewna liczba zeznań, w których opisywano przedmiot identyczny z Całunem Turyńskim. Wiedząc, że Ian Wilson, historyk i absolwent Oksfordu, znalazł interesujące ślady posiadania całunu przez templariuszy, zdecydowałam się na zweryfikowanie tego problemu i rozpoczęłam badanie nad zagadkowymi napisami na całunie, by sprawdzić, czy przypadkiem nie są one dziełem braci-rycerzy należących do Świątyni. Wynik tych prac zrobił na mnie wrażenie i wydawał mi się tak bardzo złożony i intrygujący, że zdecydowałam się na kontynuację tych badań w dłuższym przedziale czasowym, odsuwając ostateczne podsumowanie zagadnienia aż do momentu odkrycia satysfakcjonujących dowodów. Dzisiaj uważam, że takie dowody istnieją, co więcej, że jest ich być może więcej, niż spodziewałam się u początków badań. Jest to w dużej mierze zasługa naukowców, którzy uczynnie udostępnili mi swój cenny wkład w badania nad tą problematyką. Pragnę podkreślić, że idee przedstawione w tej książce są wyrazem wyłącznie moich osobistych opinii i w żaden sposób nie mogą zostać przypisane innym osobom. Tak czy inaczej, bez względu na wartość przedstawionych tu wyników poszukiwań, uważam, że nawet dziesięć lat uporczywych, pełnych pasji badań doprowadziłoby mnie do ślepego zaułka, gdybym nie mogła korzystać z wielu wiarygodnych rad, sugestii, a czasem z obdarzających jasnością widzenia głosów krytyki.

1 W Polsce ukazały się: J. Panic, Tajemnica Całunu, Kraków 2010, B. Frale, Templariusze, Warszawa 2008 (przyp. red.).

opr. ab/ab



« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama