Odnalazłem się w KoŚciele katolickim

Kościół z perspektywy osobistych doświadczeń związanych z Ruchem Odnowy w Duchu Świętym

Moja przygoda z Panem Bogiem rozpoczęła się sześć lat temu, podczas studiów w Gdańsku. Czułem się bardzo osamotniony, byłem spragniony miłości i dlatego na różne sposoby szukałem szczęścia. Gdy trafiłem di jednej z grup modlitewnych Odnowy w Duchu Świętym poznałem miłość Pana Jezusa w bardzo osobisty sposób. Wcześniej - owszem, byłem człowiekiem religijnym, chodziłem do kościoła, codziennie omawiałem pacierz, ale wszystko to robiłem z obowiązku. Spotkanie z Jezusem zupełnie przemieniło moje życie. Doświadczyłem i doświadczam tego, co można nazwać osobistą relacją z Panem Bogiem.

W poszukiwaniu formacji

Od momentu nawrócenia byłem zafascynowany Jezusem, Jego miłością, Jego działaniem. "Pożerałem" wszystkie książki i broszurki, które wpadły mi w ręce a które mówiły o doświadczeniu Boga, o wierze, o charyzmatach, o walce duchowej... Cieszyłem się ilekroć mogłem słuchać katechez, nauczań i świadectw ludzi, których życie - tak jak moje - zostało przemienione przez Boga. W tym czasie nie miało dla mnie znaczenia, kogo słucham: katolika, czy protestanta. Ważne było jedynie to, czy człowiek, który przemawia poznał osobiście miłość Bożą, czy też nie.

Pragnąc wzrastać duchowo zacząłem jeździć na konferencje charyzmatyczne organizowane przez Ruch Światło-Życie, Odnowę w Duchu Świętym czy przez grupy ponadwyznaniowe. Nie istniały wówczas dla mnie różnice między wyznaniami. Wydawało mi się, że wszyscy mówią o tym samym - o Jezusie, a ja przecież chciałem Go coraz bardziej poznawać. Z czasem tylko zacząłem zauważać istotny rozdźwięk między tym Kościołem, którego doświadczałem we wspólnocie i na konferencjach a Kościołem, który spotyka się na co dzień w parafiach.

Kończyłem studia i musiałem opuścić moją macierzystą grupę modlitewną. W tym czasie wraz z innymi błagałem Boga o to, by w moim rodzinnym mieście powstała wspólnota, w której będę mógł nadal wzrastać. Pan Bóg odpowiedział na nasze modlitwy o wiele szybciej niż się spodziewałem. Grupa powstała, a ponieważ okazało się, że wśród osób, które ją tworzyły właśnie ja najwcześniej nawiązałem osobistą więź z Jezusem, więc w naturalny sposób stałem się za nią odpowiedzialny.

Wiedziałem, że aby formować innych muszę formować się sam i sam wzrastać duchowo. Byliśmy grupą katolików spotykających się przy parafii katolickiej, ale mnie najbardziej pociągała duchowość przekazywana na konferencjach ekumenicznych, dynamiczna i prosta. Coraz chętniej sięgałem po książki wydawane przez niekatolickich autorów i coraz bardziej skwapliwie brałem udział w konferencjach, na których nauczali niekatolicy.

Bunt

Im bardziej chłonąłem nauczanie ponadwyznaniowe, tym bardziej odsuwałem się od nauczania katolickiego i stawałem się coraz bardziej nieufny.

Na homiliach, kazaniach i katechezach głoszonych w kościołach parafialnych nigdy nie słyszałem o potrzebie zmiany swojego życia mocą Jezusa, o konieczności "narodzenia się na nowo", o osobistej relacji z Bogiem, natomiast słuchani przeze mnie nauczyciele od tego zaczynali wszelkie nauczanie. Byłem więc dumny z mojej więzi z Bogiem, a jednocześnie gardziłem (chyba to tak trzeba określić) rzeczywistością, z którą spotykałem się w parafiach.

Z czasem zrodził się we mnie bunt wobec Kościoła w ogóle. Bolało mnie w nim wiele spraw, np. to, że nasze szczere pragnienie poznawania Jezusa, poznawania Pisma Świętego, pragnienie modlitwy i ewangelizacji budziło u kapłanów bardziej podejrzliwość niż entuzjazm. Brakowało mi życzliwego przygarnięcia przez hierarchię, postawy wyrażającej się w słowach: "Świetnie, że poznaliście Jezusa, ale zobaczcie, że nauczanie Kościoła katolickiego w zakresie duchowego wzrostu jest pełniejsze od tego, czym wy się karmicie." Miałem więc żal do hierarchii i szukałem formacji poza Kościołem. (Dziś rozumiem dlaczego kapłani byli tak nieufni wobec mnie, rozumiem znaczenie słów: "herezja" i "pycha" oraz "pokora" i "jedność".)

Przeżywając takie czy inne rozterki nie czułem się szczęśliwy. Kiedy jednak pytałem Pana Jezusa o Jego wolę odnośnie mojej obecności w Kościele, to zawsze niezmiennie, PAN przekonywał mnie, że moje miejsce jest w Kościele katolickim, chociaż czułem się tu obco, byłem rozżalony i pełen lęku. Nominalnie więc pozostawałem katolikiem, ale w sercu buntowałem się przeciw tej rzeczywistości.

Pytanie o prawdę

Zawsze zadawałem sobie pytanie: "Gdzie w końcu jest prawda?". Z jednej strony pogardzałem obrządkiem katolickim ( w pewnym sensie oczywiście, może raczej go nie rozumiałem), z drugiej zaś zauważyłem, że osoby z grupy, którą prowadziłem nie wzrastają duchowo. Dostrzegłem, że zatrzymują się na pewnym etapie, że nie ufają mi, że coś nas dzieli... Wszystkie moje pomysły dotyczące rozwoju grupy, nie dawały pożądanych rezultatów. Ale Pan Jezus i wtedy nie pozostawił mnie samego.

Latem ubiegłego roku, kiedy tak się miotałem, do naszego miasta przyjechał na urlop mój przyjaciel a zarazem mój były animator z Gdańska. Spędziliśmy wspólnie wiele długich wieczorów rozmawiając o moich rozterkach. Mój przyjaciel zwiedził wiele krajów, poznał różne denominacje chrześcijańskie i przybliżał mi problemy, z jakimi borykają się wierni innych wyznań. Przekonywał mnie usilnie, że Kościół katolicki jest Kościołem Bożym i że właśnie w nim obecna jest prawda i "pełnia środków zbawczych" (jak uczy Sobór Watykański II). Mówiąc odwoływał się do biblijnych podstaw nauki katolickiej i to zaczęło mnie przekonywać. To był początek mojego uzdrowienia.

Kolejnym jego etapem było przeczytanie książki, kupionej w kiosku parafialnym w Zakopanem, traktującej o masonerii i jej roli w walce szatana z Kościołem. Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów byłem tak poruszony, że nie zmrużyłem oka przez pół nocy. Zrozumiałem dlaczego Kościół katolicki, jako jedyny, jest przedmiotem tak wyrafinowanych ataków. Zobaczyłem, że uległem fatalnej manipulacji. Będąc tak blisko życiodajnego źródła bałem się z niego pić bojąc się, że jest zatrute. Nie chcę dzisiaj nikogo osądzać ani oskarżać, ale wówczas z całą ostrożnością dostrzegłem, czemu służą tzw. Konferencje ekumeniczne. Praktycznie są one adresowane (przynajmniej w Polsce) głównie do nawróconych, ale jeszcze nie dojrzałych w wierze katolików (młodzież katolicka jest na takich spotkaniach większością). Te konferencje głoszą Jezusa, który żyje i uzdrawia, ale jednocześnie zaszczepiają nieufność wobec Kościoła, hierarchii, dogmatów i całego nauczania katolickiego. Zamiast umocnić osłabiają więc gorliwość w pracy dla Kościoła. Młodzi, nie ugruntowani w wierze ludzie oddalają się wówczas od nauczania Kościoła, od jego dogmatów, które są fundamentem ciągłości Kościoła i zwracają się ku nauczaniu ludzi, za którymi nie stoi żaden duchowy autorytet.

Być dzieckiem Kościoła

Nie chciałem być miotany przez różne modne trendy. Potrzebowałem trwałego Bożego fundamentu. Zapragnąłem poznać swój Kościół i jego nauczanie. Okazja nadarzyła się już wkrótce. Stał się nią I Kongres Grup Odnowy w Duchu Świętym Rejonu Elbląsko-Olsztyńskiego, który odbył się w Sanktuarium Maryjnym w Gietrzwałdzie.

Podczas Kongresu przeżyłem wielkie zaskoczenie: konferencje księdza Anrdzeja Grefkowicza, potem homilia ks. Arcybiskupa Edmunda Piszcza zapadły mi tak głęboko w serce, że czułem jakby mój umysł był oczyszczony z brudu czystą, źródlaną wodą. Uderzyła mnie dojrzałość, głębia, prawda biblijna, duchowość, która czerpie z dwudziestu wieków Tradycji przez duże "T". Ważne było dla mnie nauczanie o Maryi, które pomogło mi w uporaniu się z moim największym problemem: przełamało mój opór wobec maryjności. W moim sercu zaczęły się dziać dziwne rzeczy - doświadczałem na przemian nadziei oraz niepewności i nieufności. Pragnąłem, aby Bóg usunął z mojego serca nieufność, która narastała we mnie przez wiele lat i dlatego poprosiłem zaufane osoby o modlitwę wstawienniczą. W trakcie tej modlitwy Bóg przekonał mnie ostatecznie, że to, co obecnie przeżywam pochodzi od Niego, że On pragnie, abym był w pełni szczęśliwy pozostając zjednoczony z Kościołem katolickim.

Moja postawa wywarła wyraźny wpływ na naszą grupę. Wiedziałem od dłuższego czasu o grupach Odnowy w naszym rejonie, ale wcześniej bałem się nawiązywać z nimi może okazać się dla nas niekorzystny, może zagrozić naszej tożsamości. Po Kongresie bez wahania stałem się rzecznikiem pełnego przyłączenia się naszej grupy do Rejonu Elbląsko-Olsztyńskiego.

Spotkania organizowane przez koordynatora naszego rejonu, a przeznaczone dla odpowiedzialnych, stały się dla mnie kolejnym miłym zaskoczeniem. Nauczanie, które tam usłyszałem odpowiadało na najbardziej palące problemy potrzeby naszej grupy i bardzo budowało mnie samego. Okazało się, że już nie muszę czuć się wyłącznie odpowiedzialny za ludzi z mojej grupy, za ich formację - wszak nie tylko cały Kościół może w pełni uformować człowieka, że nie mogę pracować w pojedynkę, że jestem tylko częścią wielkiej całości. Bardzo wyzwalające stało się dla mnie to, że gdy formuję kogoś sam - będąc w rejonie - jestem formowany, że ktoś troszczy się o mnie, o mój rozwój duchowy. Daje mi to poczucie pełnej jedności z Kościołem. Będąc świeckim czuję się mu potrzebny.

W życiu duchowym zacząłem otwierać się na tradycję katolicką. Codzienne uczestnictwo w Eucharystii bardzo buduje moją więź z Bogiem. Nauczyłem się modlić liturgią godzin, w której odnajduję bogactwo duchowości Ojców Kościoła. Największe jednak zdziwienie wzbudził we mnie fakt, że pewien trudny problem w naszej wspólnocie rozwiązał się dopiero po zwróceniu się modlitwie różańcowej do Maryi z prośbą o Jej wstawiennictwo w tej sprawie.

Niestety nie wszyscy z naszej grupy podzielali mój entuzjazm dla Kościoła katolickiego. Przeżyliśmy mały rozłam. Boleję nad tym i bardzo chciałbym, aby wszyscy poznali prawdę.

Zeszyty Odnowy w Duchu Świętym, nr 6

Artykuł jest fragmentem publikacji "Wydawnictwa m" - Trwać w sercu Kościoła Spis treści - Trwać w sercu Kościoła

Wszystkie artykuły pochodzące z "Wydawnictwa m" zamieszczone na stronach Opoki:
Copyright © by Wydawnictwo m

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama