Jezus żyje!

Całe moje życie jest cudem - mówi Ania. W historię jej nawrócenia wpisane jest ufne wołanie "Boże, jeśli jesteś..."

Prowadzi po wodzie albo każe skakać do basenu, mimo iż doskonale wie, że nie potrafimy pływać. Dla Boga każdy scenariusz jest odpowiedni, gdy w grę wchodzi uratowanie Jego dziecka. Ciebie i mnie! Bo On - jak przekonuje Artur - każdego grzesznika kocha miłością niewyobrażalną.

Całe moje życie jest cudem - mówi Ania. W historię jej nawrócenia - podobnie jak w przypadku Karoliny i Artura - wpisane jest ufne wołanie: „Boże, jeśli jesteś...?!”. W odpowiedzi On zawsze uchwyci wyciągniętą rękę i podaruje nowe życie.

Nie bój się skoczyć

- Moi rodzice długo nie mogli mieć dzieci. Modlili się i wtedy urodziłam się ja. Gdy skończyłam dwa lata, mama wyjechała do USA - opowiada Anka. Od początku chorowita: miała problemy ze wzrokiem i cierpiała na łysienie plackowate - z powodu „inności” czuła się odrzucona przez rówieśników. - Pamiętam, jak w drodze do szkoły chłopcy zdjęli mi czapkę, pluli na mnie i śmiali się... Nie wierzyłam w siebie - przyznaje.

Jako 15-latka Anka upijała się do nieprzytomności. Zaczęła sięgać po narkotyki halucynogenne. - Byle wyłączyć świadomość... - tłumaczy. Na pierwszym roku studiów zachorowała na gruźlicę. - W wersji hardkorowej - uściśla. - Choroba szybko mnie wykańczała. Do szpitala, w którym miałam spędzić pół roku, przyjechał mój tata. Dużo rozmawialiśmy, także o mojej relacji do Pana Boga. Zaczęłam wołać do Niego, że „jeśli jest...”. I wtedy stał się cud! Patrząc na moje prześwietlenie, ordynator oznajmiła, że jestem zdrowa i mogę już opuścić szpital.

O początkach nowej drogi Ania mówi: „modlitwa, upadek, modlitwa i kolejny upadek...”. - Często jest tak, że człowiek nawraca się, ale zostawia sobie „furtkę”. Moją był seks. Nie rozumiałam, dlaczego nie mogę kochać się z chłopakiem przed ślubem - wyznaje. Wspomina też, jak podczas jednej z imprez spotkała mężczyznę, który powiedział do niej: „Ania, ciebie już nie ma! Ja cię nienawidzę. Nie ma tych dzieci, nie będziesz tego robić...”. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, o co mu chodzi...

Po tym, jak postanowiła oddać się Bogu „na maksa” i odbyć spowiedź życia, usłyszała w konfesjonale: „Cześć Ania”. - Spytałam księdza, skąd zna moje imię, a on odpowiedział, że jest przy mnie całe życie. Kiedy zaczęłam wymieniać grzechy, przerwał i opowiadał je swoimi słowami. Mówił, że Bóg mnie kocha, że jestem wspaniała i mam powołanie... Od tego momentu zaczęłam żyć dla Boga - oznajmia.

Dziećmi „z przepowiedni” okazali się podopieczni świetlicy na warszawskiej Pradze, w pracę której - łącząc sztukę z psychologią - zaangażowała się jako wolontariuszka. Ania jest też inicjatorką projektu „Hope 4 Street” wspierającego proces wychodzenia młodzieży z trudnych życiowych sytuacji. - Mam nadzieję, że - na wzór apostołów - te dzieciaki zaniosą dobro i wartości wszędzie, gdzie tylko się da... - podkreśla. I wskazuje na swojego ziemskiego anioła: - Mój tata cały czas się za mnie modlił. Bóg posłużył się nim, aby mnie uratować.

Ania nie ma wątpliwości: - Bóg dla każdego z nas ma plan i zachęca: „Wskocz do basenu”. A my się asekurujemy, że wody nie ma albo że nie potrafimy pływać. Bóg mówi: „Skacz. Zaufaj Mi!”. Bo On działa tak, że jeśli zaufamy i wskoczymy, w trakcie wleje wodę... Tak też było ze mną - potwierdza, zachęcając: - Dostajesz wezwanie? Weź je, mimo że się boisz. Zgódź się, bo może okazać się twoją drogą do świętości.

Idziemy jak po wodzie

- W naszym domu było piekło - wyznaje Karolina. Urodziła się w rodzinie, w której nie istniał temat Pana Boga. - Mama miała wtedy drugiego męża. Pierwszy był schizofrenikiem, a drugi, czyli mój ojciec, alkoholikiem ze skłonnością do innych kobiet. Gdy miałam dziewięć lat, w domu pojawiła się przemoc psychiczna i fizyczna - dopowiada.

Znaczący lata dzieciństwa brak poczucia bezpieczeństwa nasilił się w czasie, gdy rozpadł się jej ośmioletni związek. - Zostałam sama. Nie miałam relacji z rodzicami. Skończyłam studia, nie miałam pracy ani pieniędzy - opowiada. Po tym jak zatruła się tlenkiem węgla ulatniającym się z piecyka, trafiła do szpitala. - Odwiedziła mnie Małgosia, która była w neokatechumenacie, z informacją, że w parafii św. Anny trwa przygotowanie do chrztu. Poszłam na spotkanie, ale moje nawrócenie to był powolny proces - jako winowajcę Karolina wskazuje... brak przebaczenia ojcu.

- Postanowiłam, że do niego zadzwonię. Powiem, że przebaczam i poproszę o przebaczenie. Poprosiłam też, by został moim ojcem chrzestnym - wyjaśnia. Sakramenty chrztu i Pierwszej Komunii św. miała przyjąć następnego dnia. Jej matką chrzestną była mama przyjaciółki. Po czasie dowiedziała się też, że jest „tą Karoliną”, za którą wspólnota mamy Małgosi modliła się od wielu lat. Na chrzcie córki zjawił się również ojciec.

Po czwartym roku „reżyserki”, którą studiowała, przy okazji organizacji jednego z koncertów Karolina poznała Radka. Rok później otrzymała SMS z prośbą o modlitwę w intencji jego żony i dziecka. - Dowiedziałam się, że żona Radka umiera na raka, a w szpitalu leży jego córeczka Marysia, która urodziła się w 24 tygodniu ciąży - wyjaśnia.

Spotkali się. Radek opowiadał jej o swoim życiu, a kiedy podczas Wigilii poprosił ją o opiekę nad Marysią, na widok dziecka z nieprawdopodobną wolą życia Karolina zrozumiała, że największym jej szczęściem będzie, jeśli będzie mogła ją wychować... Pół roku po tym, jak starsza córeczka Radka poprosiła, by została jej mamą, wzięli ślub. Dziś wspólnie prowadzą dom i wychowują pięcioro dzieci, a Pan Bóg - co akcentuje Karolina - prowadzi ich każdego dnia jak po wodzie... I idą z ufnością.

To jest twój czas

- Przez 30 lat nie chodziłem do kościoła. Nie wierzyłem w Boga. Przeklinałem Go - wyznaje Artur. Dziś jest członkiem Trzeciego Zakonu Franciszkańskiego i - jak tłumaczy - wierzy, że Bóg chce, by został świeckim ewangelizatorem.

- Jako roczny chłopiec straciłem ojca - opowiada. Pod koniec podstawówki zaczął trenować sztuki walki, a kiedy jego ojczymowi nie spodobało się, że zamiast pracy ucieka w hobby, rzucił: „To ja wam pokażę...”. - Dotarłem do kolegi, który wprowadził mnie w grupę zorganizowaną. Zaczęliśmy sprowadzać samochody. Zaliczki braliśmy w markach i dolarach. W wieku 24 lat odbierałem ludziom ich majątki, a pieniędzy miałem tyle, że nie wiedziałem, co z nimi robić... - wspomina.

- W 1997 r. podczas wyjazdu na Love Parade do Berlina po raz pierwszy sięgnąłem po amfetaminę, co z czasem przerodziło się w uzależnienie. Amfetamina, marihuana, alkohol, zabawa... Kupowałem najdroższe samochody, chodziłem obwieszony złotem - wyjaśnia Artur. Wkrótce też postanowił stworzyć własną grupę zorganizowaną. - Oszukanych, tj. moich ofiar, mogę liczyć w setkach. Byli wśród nich i policjanci, i prokuratorzy, sędziowie i księża. Na oddziale recydywistów spędziłem prawie siedem lat. Straciłem żonę i kolegów. Ci, którzy wcześniej poklepywali mnie po ramieniu, mówiąc: „Fajny jesteś, Artur!”, odeszli.

W zakładzie karnym zetknął się z okultyzmem, wróżeniem z kart, astrologią itp. Czytał „Księgę czarów”, odmawiał zaklęcia. Symptomy zniewoleń i dręczenia pojawiły się, kiedy wyszedł na wolność. - Zaczęły przychodzić do mnie różne postacie. Nocami coś ściągało mnie z łóżka albo siadało na klatce piersiowej i dusiło - wspomina. - Od 30 lat nie chodziłem do kościoła, nie wierzyłem w Boga, a wtedy powiedziałem na głos: „Jeżeli jesteś, Boże, to mi pomóż!”.

W niedzielny ranek Artur obudził się z silnym pragnieniem, by pójść do kościoła. Odtąd przesiadywał w nim godzinami, a piątego dnia (w pierwszy piątek miesiąca) usłyszał głos: „Idź. To jest twój czas, twoja chwila”.

- Podszedłem do konfesjonału i wywaliłem księdzu największe „armaty”: grzechy z 30 lat. Ksiądz już nie siedział bokiem, ale patrzył mi w oczy. Potem zadał konkretne pytanie: „W kogo ty wierzyłeś?”. „W szatana” - padła odpowiedz. Udzielił mi rozgrzeszenia, a za pokutę zadał obejście dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Otrzymałem też od niego płytę - zapis rekolekcji „Jezus na stadionie” o. Johna Bashobory.

„Jeżeli słuchasz tego nagrania - usłyszał Artur - uklęknij i rozłóż ręce jak Chrystus na krzyżu, i przywołaj Ducha Świętego”. - Kiedy za trzecim razem powiedziałem: „Przyjdź Duchu Święty”, poczułem, że płonę żywym ogniem. Całe moje ciało się paliło: ręce, głowa... Płonąłem, ale się nie spalałem. Ten płomień mnie oczyszczał - wyznaje. - Poczułem wtedy, jak bardzo Chrystus kocha każdego grzesznika, jak mnie kocha!

Jezus żyje! Artur nie ma wątpliwości: - Poznałem prawdziwego Boga i On dał mi nowe serce.

Więcej świadectw potwierdzających, jak Jezus działa w życiu tych, którzy odważą się zaufać Mu, znajdą Państwo na stronie Salve TV - Chrześcijańskiej Telewizji Internetowej. .

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama