Ostatni co chadzał po Księżycu

Kiedy prowadził statek Apollo, sądził, że przeżywa największą przygodę życia. Dziś wie, że radość chodzenia po Księżycu jest nieporównywalna do chodzenia po Ziemi z Jezusem

Niedawno prezydent Donald Trump zadekretował stosowne dokumentu, który jest amerykańskim programem  przewidującym  powrót człowieka na Księżyc w celu zbudowania odpowiedniej bazy, by z  niej można było polecieć na Marsa. Jednym z ostatnich trzech ludzi, którzy dokładnie  40 lat temu badali Księżyc był  Charles Moss Duke. Był członkiem załogi „Apollo 16”  Miałem szczęście, że  spotkałem go pod koniec lat 80.  w Domu Zielonoświątkowców w Opolu. Zrobił na mnie wrażenie człowieka jakby trochę nie z tej  planety. A miał do tego prawo, był wybrańcem losu — chodził po Księżycu.

Panie generale, jest Pan wybrańcem losu - powie każdy mój rodak.

Po  locie na Księżyc odpowiem, że chyba zostałem wybrańcem samego Pana Boga.

Jednak pańscy pragmatyczni rodacy skwitowaliby to, że jest pan po prostu człowiekiem sukcesu.

By się jednak spełnił się ten sukces,  osiągałem dobre wyniki w nauce. Na razie to było proste... No cóż,  ukończyłem Akademię Admiral Farragut St.Petersburg.

Jako student, w imieniu kolegów,  wygłosiłem  pożegnalne przemówienie. Ku zaskoczeniu nadano mi zaszczytny tytuł bakałarza nauk Amerykańskiej Marynarki Wojennej. Pełnia szczęścia, a tu taka przypadłość, którą dotychczas skrzętnie skrywałem przed kolegami, dowódcami i całym światem. Tylko okrętem zakołysało, a ja wymiotowałem  jak kot.

Myślałem, że wymioty i fatalne samopoczucie wkrótce przeminą, jak w powieści Margaret Mittchel z1936 r. Gone with the Wind. Jednak nic nie przeminęło z wiatrem. Czyżby mi pozostało żeglowanie po ziemi? Mało atrakcyjne... Na swoje szczęście, kiedy morska choroba, nie pozwała opuścić koi odkryłem niczym Newton prawo ciążenia, że przecież swobodnie można żeglować w powietrzu tylko to przyciąganie należy pokonać. Przeniosłem się do lotnictwa wojskowego. Byłem młodym pilotem, kiedy w 1957 roku na orbitę okołoziemską wystrzelono pierwszą rakietę. W tym samym  roku prezydent Kennedy ogłosił program „Apollo”. Wtedy nie miałem już wątpliwości, że tak bardzo chcę polecieć na Księżyc

Jednak trochę inaczej marzył pan o locie na Srebrny Glob niż większość nawet największych marzycieli. Ciekawe czy takie marzenia miały Striełka i Biełka, które szczęśliwie  wyleciał na orbitę ziemską w „Sputniku 5” i powróciły żywe? Nie wiem czy pan generał wie, ale Biełka dostała w stanie nieważkości zawrotów głowy i zwymiotowała. Zwłoki psów zachowano — wypchana Biełka i była eksponowana w Moskwie, a Striełka stała się atrakcją objazdowej wystawy kosmonautycznej. Striełka urodziła również sześć szczeniąt. Nikita Chruszczow przesłał jedno z nich, Puszynkę, prezydentowi  Kennedyemu jako prezent dla jego córki Caroline.

Nie marzę też o wypchaniu po śmierci  mojego doczesnego ciała. Dzisiaj podróżuję po  świecie w całkiem innym celu. [W jego głosie zabrzmiała nuta nawet dużego rozbawienia.]

Wiedziałem przecież, że gdybym nawet głośno wzdychał do Księżyca, a nawet wył do niego jak wilk w rozgwieżdżoną noc to przez to nie osiągnę celu. Najpierw w Bostonie ukończyłem Instytute of Technology, otrzymując tytuł magistra aeronautyki i  astronautyki. Następnie zaliczyłem Test Pilot Schol (Szkoła Pilotów Testowych - uwaga J.P.) w Kalifornii. Jako pilot oblatywacz w 1965 roku zgłosiłem się do uczestnictwa w programie kosmicznym. Po sześciu latach intensywnego treningu Johna Junga, Kena Mattingly  i mnie przypięto do foteli. "The last seconds counted down. 5 ... 4 ... 3 ... 2 ... 1. ZERO. Start!" I zaczęło się jedenaście najbardziej ekscytujących dni mojego życia. Jedenaście dni! Widok Ziemi był najwspanialszym widokiem  jakikolwiek dotychczas w życiu oglądałem. Ziemia z odległości 29000 km skrzyła się jak cudownie oszlifowany brylant — niebieskie oceany poryte bielą chmur i szare obszary. Ten klejnot wisiał w czarnej przestrzeni.

Panie generale, jednak nie dla  podziwiania pięknych widoków wystrzelono jednego z pionierów badających  Srebrny Glob

Głównym zadaniem naszej wyprawy, którą kierowałem było zbadanie gór. Zebraliśmy próbki skał, przeprowadziliśmy kilkanaście eksperymentów z zakresu sejsmologii. Niestety nie dokończyliśmy jednak badań nad intensywnością wyparowywania ciepła z wnętrza Księżyca. Astronom John Young pracował nad zasilaniem. Na Księżycu w skafandrze nie widzi się własnych stóp. Kiedy przechodził na drugą stronę prądnicy, zaplątał lewą nogę w kabel i zerwał zasilanie. Można to było naprawić, jednak opóźniłoby to nasz powrót. Mnie zaś dała porządnie w kość przeciekająca torba z wodą do picia. W hełmie, w stanie nieważkości, kropelki osiadały mi na nosie, na włosach. Frustrujące!

A może te psikusy robiły wam jakieś księżycowe ufoludki?

Niestety na Księżycu nie ma żadnego życia, zaś Srebrny Glob w przyszłości może stać się dla kosmonautów stacją przesiadkową. Po powrocie na Ziemię przyszła sława, podziw, wywiady, jednym słowem fetowanie sukcesu. Jednak w tym zamęcie uleciało coś bardzo osobistego, niezwykle ważnego. Powiedziałem wcześniej, że przed lotem w przestworza ciężko harowałem i nie  znajdowałem czasu dla żony Dotty i naszych dwóch synów, Żona całość domowych obowiązków i wszelkich domowych kłopotów przejęła na siebie. Po moim powrocie z Księżyca nie usiłowałem jej pomóc. Zamiast męża miała w domu bohatera! Wpadła w ogromna depresję, która skończyła się próba samobójstwa. Niestety po „Apollo 16”  mnie również dopadła nuda i frustracja. Co mi jeszcze pozostało? Często zadawałem sobie pytanie. Przecież osiągnąłem cel, byłem na Księżycu. Co mi teraz pozostało? Rzuciłem się wir różnych biznesów. Również z sukcesem. Zarabiałem miliony. I znowu frustracja.

Czego Pan chciał?

Jeszcze wtedy nie wiedziałem czego, ale to wkrótce przyszło. Po opuszczeniu NASA zacząłem zauważać zmiany u mojej żony. Zaintrygowało mnie to. Dostrzegłem, że jest coraz bardziej spokojna i wyciszona, w przeciwieństwie do mnie — rozedrganego, niespokojnego, pędzącego gdzieś na oślep.  A przecież z materialnego punktu brakowało mi tylko ptasiego mleczka. Coś tu nie gra w moim życiu — dręczyły mnie coraz bardziej różne myśli..

Dotty, ty się zmieniłaś,  jesteś taka dobra i spokojna, a ja? Miesiąc po sprzedaniu kolejnego biznesu żona poprosiła mnie, żebym pojechał z nią na dwudniowe studium biblijne do pobliskiego rancza. Usiadłem w fotelu z filiżanką kawy i z biblią na kolanach. Nagle z moich oczu spadły łuski. Modliłem się „Panie, dopomóż mi kochać moją żonę, chcę być dobrym mężem i ojcem”. Bóg wysłuchał wysłuchał mnie.

W 1972 roku kiedy prowadziłem „Apollo16”, przeżywałem najwspanialszą przygodę swojego życia, mawiałem że choćbym żył tysiąc lat to nigdy nie zaznam niczego podobnego, jak chodzenie po Księżycu. Dziś już wiem na pewno, że moja radość chodzenia po Księżycu jest nieporównywalna do chodzenia po Ziemi z Jezusem.

Rozmawiał Jerzy Przyłucki

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama