Nie dam zniszczyć telewizji

Rozmowa z Prezesem TVP

Edward Kabiesz: Czy media publiczne są skazane na ciągłą zależność od polityków mających wpływ na wybór ich władz?

Andrzej Urbański: — Nie zgadzam się z taką diagnozą. W moim przekonaniu nie są skazane. Z faktu, że prezesowi jest bliżej na lewo czy na prawo dla telewizji publicznej wynika bardzo niewiele. W TVP pracuje kilka tysięcy osób, zmiana prezesów powoduje tylko kilka procent zmian personalnych w spółce.

Nie chodzi jednak tylko o zmiany personalne.

«Nie można najpierw niszczyć, a później zastanawiać się nad źródłami finansowania. A tak zrobiła ta władza.»

— W moim przekonaniu TVP jest przede wszystkim dzieckiem Andrzeja Drawicza. Mentalnie jest oparta na takim przekonaniu, że między stanem wojennym a III RP można przejść, nie zauważając, że coś się stało. Albo lekko tylko zauważając. I mentalnie to jest firma, która ma do polityki stosunek Unii Demokratycznej z tamtych czasów. I żadne próby przechylania w lewo czy w prawo tak naprawdę się nie powiodły i powieść nie mogły. Odrodzona TVP musi być stacją, w której jest miejsce na całe spektrum przekonań, na programy autorskie ludzi mających bardzo różne poglądy, jeśli są one zakorzenione społecznie.

Czy w tym mieści się przywrócenie seriali usuniętych z ramówki przez poprzednika, czyli „Czterech pancernych” i „Stawki większej niż życie”?

— Nie do końca. Bardziej chodzi o obecność w TVP wprowadzonych przeze mnie programów Tomasza Lisa czy Bronisława Wildsteina. Natomiast tamte decyzje wynikały z próśb publiczności, która jest dość konserwatywna. Oczywiście w zamiarach ekipy tworzącej „Czterech pancernych” były ewidentnie cele propagandowe, a płk Przymanowski był „ideologicznym ramieniem” PZPR. To jest jasne dla mnie i nigdy nie udawałem, że jest inaczej. Ale jednocześnie był to jeden z bardzo niewielu polskich filmów, w którym Polska zwycięża Niemców, gdzie Polacy są w obozie zwycięzców. Głęboko nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że Polska jest w dziejach tylko ofiarą. Sam należę do pokolenia, które nie jest w dziejach żadną ofiarą.

Jednak z tamtych seriali młodzież odbiera wypaczony obraz historii.

— Proszę jednak zauważyć, że od pierwszej niedzieli września wszedł na ekran „Czas honoru”, serial, pod którym mógłbym się podpisać obiema rękami. Moim zdaniem to kontynuacja „Polskich dróg”, serialu wybitnego, który nie był tak propagandowy jak „Czterej pancerni”. Ale to nie prezes jest osobą, dla której telewizja publiczna ma działać. To są miliony widzów i ja muszę uwzględniać ich gusta. Podobnie może pan zapytać, czy jestem gorącym odbiorcą serialu „M jak miłość”. Nie jestem, ale jest za to siedem milionów Polaków, którzy chcą tej wizji Polski i mają do tego prawo. Telewizja publiczna, która nie szanuje swojego widza, nie jest telewizją publiczną.

Czy publiczność ma zawsze rację?

— To pytanie możemy sobie zadawać jako dziennikarze. Często wydaje nam się, że publiczność nie ma racji. Ale prezes telewizji publicznej jest w innej roli. Tego, który buduje najszerszy typ wspólnoty w Polsce i to na różnych poziomach. I tak na przykład na poziomie ciepła, życzliwości, miłości do kraju „M jak miłość” jest serialem genialnym. Przekonuje, że pewien typ relacji społecznych jest możliwy. Nieoparty na konfliktach i obrażaniu się nawzajem.

Czy telewizja może być apolityczna?

— Apartyjna na pewno, apolityczna nie. W moim przekonaniu telewizja publiczna nie może też być antyrządowa. Musi wspierać władzę swojego kraju w jej staraniach o różne dobra, wewnętrzne czy zewnętrzne. Zawsze mnie bawiły opinie niektórych mediów w Polsce, że media niemieckie nie wspierają niemieckiego rządu. Jest wprost przeciwnie. Niemieckie media wspierają rząd Niemiec, gdzie tylko mogą, a niemiecki rząd, gdzie może, wspiera media niemieckie. W innych krajach jest podobnie. To jest norma. Opowieści o neutralnych mediach to bzdury, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

To zaskakujące stwierdzenie w kontekście Pana bardzo ostrych wypowiedzi w stosunku do członków obecnego rządu, jak np. „psuje” i „szkodnicy”.

— Jeżeli członek Rady Ministrów, minister skarbu — którego obowiązkiem jest dbanie o własność, którą nadzoruje, tj. TVP S.A. — działa na jej szkodę, to nieważne, z jakiej jest partii, zawsze znajdę dla niego odpowiedni epitet.

Jakie największe szkody wyrządzili?

— Spadek wpływów z abonamentu już w tym roku mógł się skończyć dramatycznie dla Polskiego Radia, gdyby prezes Czabański nie wypracował w zeszłym roku nadwyżki. Dla Telewizji Polskiej ten spadek też skończyłby się dramatycznie, gdybyśmy w zeszłym roku nie wypracowali takiego zysku. Ten zysk PR i TVP został jednak koncertowo zmarnotrawiony przez wypowiedzi wielu prominentnych polityków PO, wzywające do niepłacenia abonamentu. Nadal też wisi nad nami znajdująca się w Trybunale Konstytucyjnym ustawa znacznie ograniczająca grupę osób płacących abonament. Realnie ta władza zabrała TVP w tym roku ok. 100 milionów złotych, a może nawet 140 milionów. To pieniądze, za które przez rok mogłyby funkcjonować TV Polonia, TVP Historia i TVP Kultura. Tak więc politycy Platformy uderzyli w misję telewizji publicznej.

Ustawa medialna jednak nie przeszła.

— Ustawa była groźna, bo umożliwiała władzy dalsze, bezproblemowe niszczenie tej spółki. To był jej główny cel. Wystąpiłem zdecydowanie przeciw ograniczaniu abonamentu i przeciw niszczeniu telewizji publicznej. Nie dam podzielić TVP na trzy różne spółki, bo to oznacza zniszczenie narodowego dobra. Nie pozwolę na marginalizację, likwidację czy prywatyzację TVP. W każdym kraju telewizja publiczna jest narodowym dobrem, choć w niektórych (np. na Węgrzech) ją zniszczono. Nie można najpierw niszczyć, a później zastanawiać się nad źródłami finansowania. A tak zrobiła ta władza. Twierdzę, że 48 procent rynku widzów telewizyjnych, jaki ma TVP, to wielka wartość. Są za to politycy Platformy Obywatelskiej, którzy twierdzą, że to jest wielkie zło.

Kim są ci najwięksi szkodnicy?

— Osobami, które symbolizowały najgorsze pomysły, byli posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska i minister Rafał Grupiński. I to nie jest tylko moje przekonanie. I oczywiście minister Aleksander Grad, który jawnie działa na szkodę spółki. Ostatnio posługuje się kwestią rzekomych nieprawidłowo zawiązanych rezerw budżetowych. Panu ministrowi pragnę w związku z tym przypomnieć: fakt, że jest ministrem, nie zwalnia go z obowiązku znajomości prawa. A polskie prawo nakazuje tworzenie rezerw budżetowych, kiedy spółka jest w procesach sądowych.

Dlaczego ta rezerwa budżetowa spółki jest aż tak wielka?

— Bo zastałem spółkę w kilku procesach sądowych. W tym jeden jest bardzo poważny, bo odbywa się przed sądami amerykańskimi. A kolejny audyt znaczy tylko, że pan minister jako właściciel zajmuje się bardziej szkodzeniem spółce niż dbaniem o jej dobro. Dodam, że jako Zarząd TVP zupełnie się audytu nie obawiamy, bo wszystko jest w porządku.

Obecnie swoje stanowisko zawdzięcza Pan lewicy, która nie poparła ustawy medialnej.

— Zawdzięczam to przede wszystkim twardej postawie środowisk twórczych, ludzi kultury. Takie nazwiska jak Wajda, Kilar, Holland, Bromski wystąpiły w obronie mediów publicznych i politycy w głosy twórców się po prostu wsłuchali.

Z czego z okresu Pana kadencji jest Pan zadowolony?

— Z zeszłorocznego, rewelacyjnego wyniku finansowego. Byłem w spółce siedem miesięcy i udało mi się wypracować najlepszy wynik od 2000 r. Jestem zadowolony, że pozycja TVP została obroniona. 48 procent rynku to najlepszy wynik telewizji publicznej w całej Europie. Cieszę się, że udało się zbudować informacyjny kanał TVP Info. Że wielu znanych dziennikarzy wróciło do telewizji publicznej i nikt nie może zarzucić, że jest tu stosowane jakiekolwiek kryterium partyjne. Jestem dumny, że dzięki TVP powstało wiele filmów, np. „Katyń” — decyzję o współprodukcji podejmowałem, kiedy w ostatniej chwili wycofał się producent francuski. Z serialu „Czas honoru” i „Londyńczyków”, których zobaczymy niedługo.

Czyli zadowolony jest Pan ze wszystkiego.

— No nie. Jestem niezadowolony, że TVP nie jest tak sprawną korporacją jak telewizje moich konkurentów. To wynika z wielu lat zaniedbań. Nie jestem jeszcze w pełni zadowolony z przemian mentalnych w tej instytucji. Dla części pracowników telewizji publicznej jest ona instytucją, z którą oni nie do końca się identyfikują. I jestem bardzo niezadowolony, że dziennikarze z innych mediów traktują TVP jak pochyłe drzewo, na które każda koza próbuje wskoczyć. Telewizji komercyjnej wolno z dnia na dzień zwolnić 150 ludzi i zlikwidować cały pion informacji, a każda decyzja personalna w telewizji publicznej budzi zdumienie. To szkodzi polskiemu rynkowi mediów. Mógłbym powiedzieć o gazecie będącej częścią wielkiego polskiego koncernu medialnego, który stara się o zakup stacji telewizyjnej, że prowadzi bezpardonową walkę z telewizją publiczną. Udawanie, że się to robi w imię jakiegoś obiektywizmu, jest obrzydliwym oszustwem. Czy jest to uczciwe?

Od lat mówi się o reformie telewizji publicznej. Może jest ona niereformowalna?

— Często przywoływana jako wzór BBC musi zwolnić w najbliższym czasie kilka tysięcy ludzi. Wszyscy to rozumieją. Gdybym ja spróbował takich działań, nie mógłbym liczyć na życzliwość nikogo. Radio i telewizja BBC zatrudniają ponad 20 tysięcy pracowników. A naszej spółce zarzuca się przerosty. Nie mówię, że ich nie ma. Ale to nie argument, by traktować telewizję publiczną jako zło. Nikt tak przecież nie traktuje BBC.

Czy proces cyfryzacji jest dla telewizji publicznej szansą czy zagrożeniem?

— Jest oczywiście szansą dostarczenia lepszego produktu, niż niesie sygnał analogowy, ale istnieje zagrożenie destabilizacją ładu medialnego. Wspólny list, podpisany z prezesami TVN i Polsatu, wynika właśnie z tej obawy. Proszę pamiętać, że mówimy o ogromnych nakładach: co roku TVP wydaje na nowe technologie 200 mln złotych.

Ale cyfryzacja stwarza możliwości dla większej ilości stacji w dotarciu do widza.

— Problem w tym, że nie jest to produkcja pralek. Nie mówimy o tym, że im więcej producentów pralek, tym lepiej, tylko o tym, co dotyczy fundamentu kultury polskiej. Nie można z dnia na dzień np. stacji francuskiej przy pomocy lektora zamienić w stację polską. Jeżeli magnat ogólnoświatowy ma pomysł na telewizję w Bułgarii, to nie znaczy, że ten sam format telewizji bułgarskiej da się zastosować w Polsce.

Jaka przyszłość czeka ośrodki lokalne?

— Nie wiem. Ich przyszłość znajduje się w rękach ministra Grada. Jeżeli minister chce się zająć rozwojem ośrodków lokalnych, to musi coś zrobić. Poprosiliśmy ministra, by zwołał walne zgromadzenie spółki i powiedział, co chce zrobić z ośrodkami. Minister skarbu ma zresztą wielkie możliwości paraliżowania prac spółki, choćby poprzez niewydawanie zgody na wszystkie inwestycje powyżej 50 tys. euro. Jestem człowiekiem kompromisu, ale mój kompromis ma jedną granicę: nigdy nie zgodzę się na zniszczenie TVP.

W lutym 2007 roku Andrzej Urbański po odwołaniu Bronisława Wildsteina objął obowiązki prezesa TVP

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama