reklama

„Nie pasowałam do stereotypu”. Fragment książki „Tajemnice szczęśliwych kobiet. Prawdziwe życie sióstr zakonnych”

Siostra Urszula długo szukała swojego miejsca. Długo, bo zakonnicą chciała zostać od dziecka. Wychowała się na wsi koło Gniezna, gdzie poznawanie różnych duchowości nie było łatwe. W ogóle poznawanie Kościoła nie było łatwe, bo miejscowy proboszcz był alkoholikiem.

AA

dodane 18.02.2026 12:04

Fragment książki „Tajemnice szczęśliwych kobiet. Prawdziwe życie sióstr zakonnych”

– Ale to był bardzo dobry człowiek – zapewnia siostra Urszula.

Bardzo chciała chodzić na katechezę, jak dzieci z sąsiednich wiosek. Ale w jej miejscowości proboszcz nie był w stanie prowadzić regularnie lekcji.

– Czytałam więc Żywoty świętych. Księga była piękna, wydana w XIX wieku.

Sama organizowała sobie lekcje. Czytając, wyobrażała sobie, że będzie taką siostrą jak te z Żywotów.

Nie mając innej możliwości zdobywania wiedzy religijnej, wpadła na pomysł, że przepisze zeszyt od koleżanki z sąsiedniej miejscowości. I tak zrobiła. Można powiedzieć, że była religijnym samoukiem.

Kiedyś pojechała na obóz harcerski. W czasie obozu harcerze mają obowiązek pełnienia warty nocnej. W swojej dziewczęcej wyobraźni Ula wymyśliła, że spróbuje przez całą noc odmawiać różaniec. Jeżeli wytrzyma, to będzie oznaczać, że ma zostać zakonnicą. Miała wartę od trzeciej do czwartej rano.

– I co zrobiło dziecko? Zasnęło – wspomina siostra Urszula.

Płakała do rana i przez cały dzień. Nikomu nie powiedziała, z jakiego powodu.

– Jak widać, Bóg sobie z tym poradził.

Była uparta w swoim dążeniu. I pracowita. Wiejskie dzieci dużo wtedy pracowały, pomagając w gospodarstwie. Ula znajdowała jednak czas, by poszukiwać dalej swojej zakonnej drogi. Zaczęła chodzić na pielgrzymki. Ekstremalne, bo plecaki nosili ze sobą. Jak na Camino. To tam poznawała różne domy zakonne i wiele sióstr.

– Żadna mi nie pasowała. W żadnym z tych domów nie widziałam siebie – opowiada siostra Urszula.

Potem jeździła na tak zwane oazy. Znowu poznawała zakonnice.

– W pewnym momencie przeżyłam dramat, bo bywając w tych domach sióstr, wciąż nie widziałam siebie w żadnym ze zgromadzeń. Myślałam, że może mam coś z głową, że chyba coś ze mną nie tak.

Nikt nie miał pojęcia o planach i marzeniach Uli Kłusek.

– Myślę, że gdybym nawet powiedziała, to i tak nikt by nie potraktował tego poważnie. Nie pasowałam do stereotypu zakonnicy. Nie byłam spokojnym dzieckiem. I nie jestem tą wersją kobiety, która jest cicha i spokojna – mówi siostra Urszula i dodaje: – Przez całe liceum jeździłam na poranne msze, ale robiłam to tak, żeby nikt się o tym nie dowiedział.

W klasie miała koleżankę Gosię, która wciąż opowiadała wszystkim, że pójdzie do zakonu. I poznawała, tak jak Ula, różne żeńskie wspólnoty.

– Strasznie się przy niej męczyłam, bo dalej nie chciałam nikomu powiedzieć, co planuję.

Jednego dnia Gosia spotkała w pociągu siostry pallotynki, nowicjuszki, które jechały na rekolekcje do Nakła. Zaprosiły ją, żeby do nich dołączyła. Miała pojechać ze swoją najbliższą przyjaciółką. Ale przyjaciółka zachorowała. Pojechała więc Ula.

– Coraz mocniej czułam, że Bóg się nie pomylił, że to ja miałam jechać do Nakła. Odkryłam w sobie pallotyńską duszę.

Zachwyciła się pomysłami Pallottiego i nieograniczonymi możliwościami działania, wspólnotą otwartą na świat, patrzącą na to, co dzieje się w świecie, rozeznającą znaki czasu i odpowiadającą na nie. Z jednej strony intrygował ją ekumenizm, z drugiej pociągała służba chorym, ludziom z marginesu. Apostolstwo wszelkiego rodzaju…

„Nie pasowałam do stereotypu”. Fragment książki „Tajemnice szczęśliwych kobiet. Prawdziwe życie sióstr zakonnych”

Siostra Urszula Kłusek, pallotynka. Ponad czterdzieści lat życia w Zgromadzeniu Sióstr Misjonarek Apostolstwa Katolickiego.

Źródło: Wydawnictwo Esprit

1 / 1

reklama