Japońska misja o. Maksymiliana Kolbego

Minęły zaledwie trzy lata od rozpoczęcia działalności polskiego Niepokalanowa, gdy ojciec Kolbe zaczął szukać nowych przestrzeni, w których mógłby rozwinąć swą działalność, kierując się dewizą „Zdobyć cały świat – wszystkie dusze dla Chrystusa przez Niepokalaną”. Wybór – bynajmniej nie oczywisty – padł na Japonię.

Jak zaczęła się niezwykła japońska przygoda franciszkanów konwentualnych i skąd w ogóle pomysł, aby wysłać tam braci, którzy nie znali ani miejscowego języka, ani kultury?

Początkiem było spotkanie z kilkoma japońskimi studentami spotkanymi w pociągu. W trakcie tej rozmowy o. Maksymilian, zgodnie ze swoim zwyczajem, ofiarował każdemu z nich Cudowny Medalik. Japończycy nie pozostali dłużni – w zamian zaoferowali mu kilka małych drewnianych słoników, które nosili jako „talizmany szczęścia”. Dla franciszkanina był to ewidentny znak duchowej ciemności, w jakiej żyli Japończycy i wielkiej potrzeby ich ewangelizacji. Pewnego dnia, bez wcześniejszych zapowiedzi, zwrócił się do swojego Ministra Prowincjalnego, mówiąc, że pragnie udać się do Japonii, aby założyć tam Niepokalanów.

Patrząc po ludzku, była to kompletnie nierozsądna propozycja. To nie był dobry czas na wyjazd – polski Niepokalanów dopiero się rozwijał i bardzo potrzebował tego, który był jego założycielem i spiritus movens. Pojawiły się pytania o pieniądze, znajomość języka, kontakty w Japonii. Na wszystkie padła odpowiedź negatywna – ani pieniędzy, ani języka, ani przyjaciół. Jednak o. Kolbe przekonany był, że wszystko znajdzie z Bożą pomocą. Choć nie od razu, po pewnym czasie przekonał jednak prowincjała.

Już 26 lutego 1930 roku ojciec Maksymilian, wraz z czterema braćmi, gotowy był do wyjazdu do Japonii. Nie zdążył się nawet pożegnać z matką, która w tym czasie była u sióstr w Krakowie, napisał do niej dopiero po przyjeździe na Daleki Wschód: „wybacz mi, Matko, że nie wezwałem Cię przed wyruszeniem w podróż, ale wtedy musiałbym ją opóźnić, a wiesz, że misje są sprawą najwyższej wagi.” Droga do Japonii wiodła przez Rzym, gdzie bracia otrzymali błogosławieństwo od papieża Piusa XI i generała zakonu. Zgodnie z franciszkańską regułą, przybywszy do Rzymu ojciec Maksymilian przekazał wszystkie pieniądze, jakie miał, rektorowi Kolegium Serafickiego w Rzymie. Otrzymał je wprawdzie z powrotem, ale zdarzenie to pokazuje, jak ściśle podchodził do ślubu ubóstwa, mając jednocześnie pełne zaufanie do Bożej Opatrzności. Wyjeżdżając z Rzymu do Japonii bracia mieli tylko bilety i pięćdziesiąt dolarów.

Statek, którym udawali się na wschód, wyruszyć miał z Marsylii, korzystając więc z tej okazji bracia odwiedzili Lisieux, miejscu pochówku świętej Teresy, a także Lourdes. Po drodze statek zawinął do Port Said, Sajgonu, Hongkongu i Szanghaju. Tu Ojciec Maksymilian dostrzegł możliwość rozwinięcia działalności i docelowo – budowy Niepokalanowa. Miasto było dobrze położone i skomunikowane, jednak ostatecznie na przeszkodzie stanęły kwestie jurysdykcyjne. Poszczególne zakony miały przydzielone sobie dzielnice i obszary, w których mogły rozwijać działalność misyjną, jednak ta, którą otrzymali franciszkanie konwentualni, była w rejonie górskim, do którego dostęp był utrudniony, a szanse na zbudowanie Niepokalanowa - nikłe. Choć znalazł się zamożny Chińczyk, który pragnął zaoferować franciszkanom cały swój dom, inni zaś gotowi byli współpracować z Kolbem przy redakcji i tłumaczeniu jego artykułów, jednak ograniczenia jurysdykcyjne nie pozwoliły przyjąć ich propozycji. O. Maksymilian uzyskał wprawdzie zgodę od wikariusza apostolskiego na założenie biura administracyjnego w centrum miasta, jednak nie na budowę klasztoru i wydawnictwa.

Ostatecznie Kolbe zrezygnował z pomysłu utworzenia filii w Szanghaju i udał się w dalszą drogę, zgodnie z pierwotnymi planami. W kwietniu bracia wylądowali w Tokio i spotkali się z Delegatem Apostolskim, któremu przedstawione zostały plany utworzenia Niepokalanowa w Japonii. Pomysł ten spotkał się z bardzo przychylnym przyjęciem hierarchy, który zasugerował Nagasaki jako najlepszą lokalizację dla tego projektu. Pomocne mogło być także to, że miejscowy biskup był rodowitym Japończykiem i mógł pomóc braciom, którzy nie znali ani miejscowej kultury, ani języka. Okazało się, że biskup znał także wspólnotę franciszkanów z czasów swoich studiów w Rzymie, bywał także w Asyżu. Zaakceptował plan o. Maksymiliana, prosząc go jednocześnie, aby – mając stosowne wykształcenie teologiczne i filozoficzne – podjął także wykłady w miejscowym seminarium diecezjalnym. Prośba biskupa została spełniona, a bracia szybko zabrali się do dzieła. Na początek wydzierżawili kawałek ziemi na przedmieściach Nagasaki i zbudowali mały drewniany domek dla siebie. Minęło zaledwie kilka dni, gdy pewien zamożny katolik zaoferował pomoc finansową, która umożliwiła zakup i uruchomienie drukarni. Tak powstał Mugenzai No Sono – „Ogród Niepokalanej”.

Tempo pracy było zaiste błyskawiczne i dzięki opiece Matki Bożej pierwszy numer japońskiego Rycerza Niepokalanej ukazał się już w maju, czyli zaledwie miesiąc po tym, jak franciszkanie postawili stopę w Japonii. 25 maja do Niepokalanowa dotarł telegram, który brzmiał: „Dziś wysyłamy Rycerza japońskiego. Mamy zakład poligraficzny. Niech żyje Niepokalanów! - Maksymilian”. Pierwszy numer powstał dzięki tytanicznej pracy braci i japońskich kleryków, którzy pomogli przy tłumaczeniu tekstów, jednak nie było to rozwiązanie na dłuższą metę. Pomoc przyszła z niespodziewanej strony – tłumaczem artykułów włoskich i angielskich został gorliwy chrześcijanin z innego wyznania - metodysta, natomiast niemieckich – profesor uniwersytetu.

Problemem było także zbieranie prenumerat. Nie można było wysyłać do potencjalnie zainteresowanych osób próśb drogą pocztową – to byłoby niezgodne z japońską kulturą. Zamiast tego ulotki z informacją o czasopiśmie wręczane były przez braci bezpośrednio przechodniom w różnych miejscach publicznych, otrzymując od nich w zamian wizytówkę. Dopiero w taki sposób zawarta znajomość pozwalała zaproponować prenumeratę Rycerza.

Do różnic kulturowych ojciec Kolbe podchodził ze zrozumieniem, ale jednocześnie był nieustępliwy, gdy chodziło o sprawy zasadniczej wagi. Jedną z takich kwestii była figura Buddy znajdująca się w niszy skalnej na zboczu góry, pod którą znajdowała się posiadłość franciszkanów. Aby ją usunąć z tego miejsca, franciszkanin zakupił całe wzgórze. W miejscu dawnej figury umieścił posąg Maryi Niepokalanej. Jednocześnie jednak Kolbe nie unikał kontaktów z przedstawicielami innych religii. Odwiedził między innymi miejscowy klasztor buddyjski – zaproszony przez jego przełożonego. Nie tracił okazji i opowiedział mnichom o Maryi - Matce Bożej. Co ciekawe – jego słowa zostały przyjęte z zainteresowaniem i bynajmniej nie spowodowały jakiegokolwiek międzyreligijnego zgrzytu.

Gorliwość Kolbego i jego braci przyniosła szybko owoce. W 1934 roku w Mugenzai no Sono było już dwudziestu czterech członków wspólnoty franciszkańskiej. Zanim dwa lata później o. Maksymilian wrócił do Polski, w założonym przez niego seminarium serafickim było już dwudziestu rodzimych alumnów. Zakonna wspólnota rosła szybko, choć początkowo warunki były bardzo trudne. Sklecony naprędce dom służył braciom jako miejsce zamieszkania przez pierwsze kilka lat, z ledwością zapewniając im dach nad głową i ochronę przed dość surowym klimatem Nagasaki. Jak wspominał Kolbe w roku 1931: „Mieliśmy wczoraj w nocy straszną burzę śnieżną.... Musiałem przykryć głowę, żeby zasnąć, bo śnieg wpadł na mnie... W dormitorium braci wszystko było białe...”. Bracia spali po prostu na słomie, a jedyne meble, które posiadali, to proste ławki, przy których spożywali posiłki.

Miasto Nagasaki kojarzy nam się niewątpliwie z bombą atomową, która została tam zrzucona w roku 1945. Choć niemal całe miasto zostało zrównane z ziemią, klasztor franciszkanów i wydawnictwo ocalały i już w roku 1946 podjęły na nowo działalność zawieszoną w czasie wojny ze względu na rządowe restrykcje.

Japoński okres w życiu o. Maksymiliana trwał sześć lat, jednak nie oznaczało to nieprzerwanego pobytu na japońskich wyspach. W międzyczasie, zgodnie z poleceniem prowincjała, udał się bowiem do Indii, aby i tam założyć kolejny Niepokalanów, uczestniczył także w 1933 r. w kapitule prowincjalnej, która odbywała się w Polsce.

Do Indii o. Kolbe przybył w czerwcu 1932 r. Nie był to dla niego łatwy czas, bowiem dokuczał mu uciążliwy problem zdrowotny – ropień na karku. Jednak własne zdrowie było na drugim miejscu, wola przełożonych i Niepokalanej - na pierwszym. W liście pisanym w drodze do Indii pisał: „Myślę, że Najświętsza Dziewica daje każdemu z nas dokładnie tyle łask, ile potrzeba do realizacji Jej planów. W związku z tym uważam, że w każdym kraju należy założyć lokalny Niepokalanów, wykorzystując wszystkie produkty nowoczesnej techniki, ponieważ najlepsze wynalazki mają służyć przede wszystkim Jej”.

Płynąc do Indii Maksymilian poznał wikariusza generalnego obrządku syryjsko-malabarskiego w Indiach. Po wylądowaniu w Ernaculam ten nalegał, aby Maksymilian najpierw omówił swoje plany z biskupem jego obrządku. Wikariusz był do tego stopnia zafascynowany charyzmą Kolbego, że sam gotów był wstąpić do franciszkanów, jeśli tylko powstałoby ich odgałęzienie w obrządku malabarskim. Jednak zgodnie z prawem kanonicznym wypadało zwrócić się najpierw do biskupa obrządku własnego – czyli łacińskiego. 

Oczekując na przyjęcie przez biskupa, o. Kolbe usiadł przed figurą świętej, którą szczególnie – Teresy z Lisieux. Modląc się, zauważył, jak z bukietu znajdującego się przed figurą wypadł jeden kwiat, upadając przed samym franciszkaninem. Tak zdarzenie to opisywał w swym pamiętniku:

Na korytarzu stała figura św. Teresy od Dzieciątka Jezus, Patronki wszystkich misji, a u jej stóp sporo kwiatów podobnych do róż. Gdy już trudności tak ścisnęły, że straciłem wszelką nadzieję, zacząłem prosić, czy nawet skarżyć się trochę św. Teresie i zakończyłem: „zobaczymy czy pamiętasz”. Wtem jeden kwiatek bez przyczyny upada na stojący pod figurą stolik. Zrobiło to na mnie wrażenie, ale zapanowałem nad sobą i pomyślałem sobie: zobaczymy, czy to co znaczy. Od tej chwili wszystkie trudności jedna po drugiej, jak pod dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikały i po dwóch dniach nie tylko nie było po nich śladu, ale miałem obiecany dla Niepokalanowa indyjskiego i plac do użytku, i budynek na natychmiastowe zaczęcie pracy, i kaplicę sporą. [Cytat za: https://pisma.niepokalanow.pl/868i-pamietnik-14-i-1930-25-xii-1932]

Faktycznie, coś musiało się zdarzyć w „sferach niebieskich”, bo początkowo niedostępny arcybiskup okazał mu nadzwyczajną życzliwość, przewożąc go nawet własnym samochodem do miejsca, w którym mógł powstać indyjski Niepokalanów. Nie minęło pięć miesięcy, a arcybiskup oficjalnie poprosił polskiego prowincjała o przysłanie do Ernaculam kapłanów zakonnych i braci, aby założyli tam lokalny Niepokalanów. Czas pobytu o. Maksymiliana w Indiach dobiegł do końca, nie zdążył więc zrealizować sam celu swojej misji, otworzył jednak dla niej drogę i przygotował grunt. Niestety, trudności przedwojenne i sama wojna opóźniły otwarcie indyjskiego Niepokalanowa, tak że rozpoczął on swą działalność dopiero po wojnie. Ale to już odrębna historia.

Sam o. Kolbe wrócił do Japonii, później zaś w 1933 udał się na kapitułę prowincjalną w Polsce, podczas której zrelacjonował to, co działo się na Dalekim Wschodzie. Po powrocie do Japonii rozpoczął pracę nad budową kościoła w Ogrodzie Niepokalanej. W tym czasie japońskie wydawnictwo osiągnęło liczbę 65 000 egzemplarzy rocznie. Był to niezwykły rezultat w kraju, w którym przez poprzednie kilka wieków chrześcijaństwo było surowo zakazane i istniały jedynie niewielkie, rozproszone grupy Kościoła podziemnego, pozbawione posługi duszpasterskiej kapłanów.

W 1936 r. misja japońska okrzepła już na tyle, że Maksymilian mógł wrócić do Polski, aby podjąć na nowo kierownictwo pierwotnego Niepokalanowa. W tym czasie stał się on największym klasztorem katolickim na całym świecie, mieszkało tam bowiem niemal siedmiuset braci. Przed wybuchem wojny o. Kolbe zdołał jeszcze zrealizować plany uruchomienia Radia Niepokalanów (w oparciu o licencję krótkofalarską), a w dalszej perspektywie było otwarcie lotniska, mającego usprawnić kolportaż czasopism oraz studia filmowego. Niestety te plany przerwała II wojna światowa, dwukrotne więzienie o. Maksymiliana (w 1939 r. w obozach w Łambinowicach, Gębicach i Ostrzeszowie oraz w 1941 r. na Pawiaku i w Auschwitz), a ostatecznie – jego męczeńska śmierć 14 sierpnia 1941 r. w oświęcimskim bunkrze głodowym.

 

 

 

« 1 »

Tu możesz nas wesprzeć

Darowizna

reklama

Pekao