Zabijała dzieci na raty. Wstrząsająca historia wachmanki z obozu koncentracyjnego dla dzieci

W tym obozie nie zabijano dzieci cyklonem B. Nie strzelano im w potylicę. Nie było krematorium. Zabijano je niewolniczą pracą, głodem, biciem. Terrorem psychicznym i fizycznym – opowiada Błażej Torański, autor książki „Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol”.

Poprzednią książkę „Mały Oświęcim” poświęcił Pan niemieckiemu obozowi dla dzieci, który działał w Łodzi. W tej na pierwszy plan wybija się jedna z wachmanek – Eugenia Pol. Dlaczego zdecydował się Pan kontynuować temat i dlaczego padło właśnie na tę bohaterkę?

„Mały Oświęcim” odniósł gigantyczny sukces. Z ostatniego raportu, jaki dostałem od wydawcy, wynika, że sprzedał się już w nakładzie 30 tys. egz. „Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol” jest zatem naturalną kontynuacją projektu, nad którym pracuję od czterech lat.

Eugenia Pol była prawą ręką Sydoni (Isoldy) Bayer, jednej z najpodlejszych wachmanek w obozie przy Przemysłowej, którą powieszono po procesie w listopadzie 1945 roku. Pol dorównywała jej okrucieństwem, niczym bohaterowie dramatów Szekspira. Nigdy nie udowodniono jej morderstwa, ale zabijała dzieci na raty. Biła je wszystkim, nawet łyżkami do zupy czy garnkiem. Najczęściej pejczem. Była więźniarka Krystyna Wieczorkowska-Lewandowska uważa, że Eugenia Pol była największym potworem w obozie. Zofia Jaworska mówiła, że „biła, gdzie popadnie. W głowę, plecy, ręce, brzuch”. Apolonia Beda-Szkudlarek zeznała, że kopnęła ją w głowę i rozerwała jej  ucho. Kazimierz Stefański wspominał, że uderzyła go garnkiem w głowę tak, że ślad pozostał. Jan Woszczyk zapewniał, zeznając w procesie wachmanki pod odpowiedzialnością karną, że podeszła za plecy jego kolegi, podniosła cegłę i uderzyła go w głowę, prosto w potylicę, krzycząc „Giń polska świnio”. Alicja Molencka-Gawryjołek żaliła się, że za jedno słowo polskie albo za wzięcie zgniłego kartofla biła ją, kopała butami, a nawet uderzała cegłą. Teodor Tratowski widział, jak myjące się w balii dzieci zalewała tak bardzo gorąca wodą, że powstawały im na skórze pęcherze. Zygfryd Żurek wyliczał, że zbiła go kilka razy, gdyż „biła przy każdej okazji, jak jej się ktoś nawinął”. Raz uderzyła go w twarz czymś twardym. Kiedy upadł kopała go. Doznał wstrząsu mózgu. Jadwiga Pawlikowska widziała, jak pejcz podobny do kija Polówna włożyła do brzucha Urszuli Kaczmarek, w ranę wielkości pięści, i przewracała jej wnętrzności. Maria Prusinowska-Migacz zeznała w jej procesie: „Dostałam paczkę żywnościową z domu. Pohl wezwała mnie do swojego pokoju. Powiedziała, że dostanę paczkę, jak przeczołgam się od drzwi wejściowych do jej stóp i wycałuję jej nogi. Nie chciałam, więc pobiła mnie kijem po ciele, szczególnie po głowie. W pewnej chwili złapałam kawałek ciasta leżący na stole i zaczęłam uciekać z pokoju. Kopnęła mnie w plecy tak silnie, że przewróciłam się na śnieg i rozgniotłam ciasto”.

Za co można było trafić do obozu przy Przemysłowej?

Oficjalnie chodziło o to, aby – jak pisał w swoim zarządzeniu z czerwca 1941 r. Himmler – „polscy młodociani przestępcy” byli „natychmiast umieszczani w obozach koncentracyjnych”. Co to byli za przestępcy? W jaki sposób zagrażali Trzeciej Rzeszy? Z dokumentów, jakie zachowały się w katowickim archiwum wynika, że Niemcy w konkretnych przypadkach uzasadniali to tak: „sierota, włóczy się, bez środków do życia”, „rodzice nie żyją, żebrze, włóczy się”, „zaniedbane dziecko polskie”,  „ojciec na robotach w Rzeszy, matka w Oświęcimiu”, „miał przy sobie zapałki”, „rodzice nie przyjęli volkslisty”, „przerzucał chleb do getta”, „córka polskiego profesora”, „syn polskiego oficera”, „przeszkadza otoczeniu i wywiera ujemny wpływ na dzieci niemieckie”, „zachodzi obawa, że wywodzi się z Cyganów”. Albo najprościej: „dziecko polskie”. To ostatnie uzasadnienie mogłoby starczyć za wszystkie inne, gdyż polskie dzieci na polskiej ziemi w jedynym tego typu niemieckim obozie koncentracyjnym więziono za polskość. Za ich rodziców, którzy walczyli z Niemcami w organizacjach podziemnych, albo trafili do obozów śmierci, oflagów albo zginęli na frontach drugiej wojny światowej. Te dzieci z dnia na dzień, mając ledwie po kilkanaście lat, musiały zastąpić tych rodziców, stać się głowami rodzin, wziąć pod opiekę młodsze rodzeństwo, prać im, gotować sprzątać, leczyć je i walczyć o środki do życia, zarobkować, niejednokrotnie żebrząc, a czasami kradnąc. Dzieci świadków Jehowy wsadzano do łódzkiego obozu za to, że „rodzice wychowują je w duchu wrogim państwu”. Polskie dzieci Niemcy odrywali od rodzin, odzierali z wolności, godności, bezpieczeństwa, zarzucali im zbrodnie, których nie popełnili. Więzili je za nic.

Oficjalnie miały tam być zamykane dzieci od czwartego do szesnastego roku życia. Ale bywało, że czasowo przebywały i niemowlęta. Niemcy łamali nawet ustanowione przez siebie prawo III Rzeszy. Zmuszali małoletnie dzieci do pracy od świtu do nocy. Już sama praca skazywała je na zagładę, bo nie wyrabiały norm.

Jak wyglądało życie dzieci w obozie?

Dzieci pracowały od świtu do nocy. Pozornie prace wydawały się łatwe. Dziewczynki sprzątały, prały, szyły, pomagały w kuchni. Wyplatały koszyki z wikliny, tworzyły sztuczne kompozycje kwiatowe, kleiły torebki. Pracowały w ogrodzie i warzywniaku. Sadziły nasiona, pieliły warzywa. Chłopcy wyrabiali ze słomy maty pod czołgi, paski do masek gazowych, skórzane części plecaków, naprawiali buty, kopali rowy. Ale także traktowani byli jak konie pociągowe. Jak niewolnicy w starożytnym Egipcie. Z założonymi na plecach skórzanymi szelkami, poganiani przez esesmana, ciągnęli wielki, ważący tonę walec wyrównujący drogę. Czasami na walcu siadał wachman i kazał się ciągnąć po terenie obozu.

Szczególnie uciążliwe było prostowanie igieł do maszyn przemysłowych i włókienniczych. Igły były długie na kilkanaście centymetrów i zakończone jakby haczykiem. Często pogięte, zwichrowane. Smarowano je naftą lub oliwą. Nafta i oliwa pryskały w oczy. Z tego brały się choroby niszczące wzrok, jak jaglica. Na kowadełku należało delikatnie młoteczkiem nadać igle prosty kształt. Umiejętnie, z zegarmistrzowską precyzją, uderzać w nią z właściwych stron, aby przestała być krzywa. Stukot młotków o kowadła przyprawiał o silny zawrót głowy. Bębenki niemal pękały w uszach.

W tym obozie nie zabijano dzieci cyklonem B. Nie strzelano im w potylicę. Nie było krematorium. Zabijano je niewolniczą pracą, głodem, biciem. Terrorem psychicznym i fizycznym. Chorobami i mrozem.

Te wspomnienia są makabryczne. Eugenia Pol jednak przedstawia zupełnie inną wersję wydarzeń. Ten kontrast między wypowiedziami jej i niektórych więźniów a większością świadectw jest uderzający. Podczas procesu kłamała?

Przed sądem nigdy nie przyznała się do zbrodni. Regularnie wypierała się zbrodni, broniła własnej skóry: „Nigdy, naprawdę, nie czułam się Niemką. Duchem i sercem jestem Polką, na wyzwolenie czekałam tak samo jak inni Polacy” – powtarzała, jak mantrę.

Przysięgała przed Bogiem, że nikomu nie robiła krzywdy. Zapewniała, że „za mało biła dzieci”. „Jeżeli je biłam, to tylko na polecenie i tak, aby nie zrobić im wielkiej krzywdy. Nie miałam sumienia. Codziennie nosiłam rózgę, ale tylko po to, żeby Niemcy nie widzieli, że jestem za dobra. Uderzałam nią lekko, aby nie bolało. Albo biłam obok, w drewno, w taboret, w deskę, po własnym kolanie, a nie w ciało. Dziewczynki chciały, abym to ja wykonywała karę chłosty, bo mówiłam im, aby coś sobie podkładały, na przykład sweter albo wręcz dawałam im poduszkę. Dziewczynki udawały, że je boli, krzyczały, aby wszyscy myśleli, że je biję. Kazałam im oczy moczyć wodą, żeby inni widzieli, jak niby płakały. Modliłam się w duchu, żeby się wszystko udało”. To była maskarada! Linia obrony. Mając do wyboru jej zeznania i wspomnienia dzieci nie mam najmniejszych wątpliwości, kto mówi prawdę. W tym przypadku prawda jest tylko jedna.

Jak doszło do tego, że przez wiele lat po wojnie Eugenia Pol żyła właściwie normalnym życiem? I jak to się stało, że do procesu jednak doszło?

Zaraz po wojnie przeprowadzono procesy dwojga wachmanów. Sydonię (Isoldę) Bayer powieszono w listopadzie 1945 roku, a Edwarda Augusta w styczniu 1946. Trzeci oskarżony z załogi obozu – Teodor Busch, esesman, folskdojcz, pracownik niemieckiej policji bezpieczeństwa – nie doczekał procesu. W lipcu 1946 roku został zakatowany w celi przez współwięźniów. Wszyscy inni uniknęli odpowiedzialności za zbrodnie. Zwłaszcza niemieccy komendanci Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt.

W latach 1945–1949 łódzka sędzia Sabina Krzyżanowska prowadziła śledztwo w sprawie Eugenii Pol, ale nie potrafiła (albo nie chciała) jej namierzyć. Z Urzędu Bezpieczeństwa i Biura Ewidencji Ludności dostała odpowiedź, że Genowefa „Pohl nie jest meldowana w Łodzi”. Tymczasem była wachmanka stale mieszkała w Łodzi przy Chełmońskiego 16 A, pod polską pisownią nazwiska Pol. To był sprytny zabieg z jej strony. Skuteczna maskarada.

W książce brytyjskiego historyka Laurence Reesa „Auschwitz. Naziści i «ostateczne rozwiązanie»”, przeczytałem: „W chaosie pierwszych lat powojennych, kiedy ludność dostosowywała się do rządów nowych władców przysłanych ze Związku Radzieckiego, nikogo nie interesowało wymierzanie sprawiedliwości sprawcom prześladowań byłych więźniów obozów koncentracyjnych”. Niewątpliwie odnosi się to także do Eugenii Pol.  W jej przypadku zadziałał jeszcze jeden parasol ochronny: ze strony struktur komunistycznego państwa. Zwłaszcza ZboWiD-u. Niewykluczone, że chronili ją także ubecy. W archiwum IPN nie znalazłem jednak dowodów na jej współpracę z Urzędem  Bezpieczeństwa Publicznego.

Czego nas uczy ta historia?

„Kat polskich dzieci” to nie jest książka naukowa. Ona ma oddziaływać na emocje. Jej celem jest wstrząśnięcie sumieniami i przywrócenie historii obozu pamięci zbiorowej Polaków. Już pierwsze recenzje i opinie potwierdzają, że książka spełniła oczekiwania. Zacytuje kilka z nich. „(...) Przerażająca, ale obowiązkowa lektura dla wszystkich, których losy wojennych dzieci nie są obojętne”. „(...) Szczerze polecam tę lekturę (...) nie tylko dlatego, że jest napisana w sposób przejrzysty, prosty i rzeczowy, ale przede wszystkim dlatego, by nikt nigdy nie zapomniał o tych małych Bohaterach, by prawda o obozie przy ulicy Przemysłowej pozostała wiecznie żywa (...)”. „(...) Błażej Torański oferuje czytelnikowi dobrze skonstruowaną książkę na pograniczu thrillera sądowego i reportażu biograficznego. Dużą zaletą omawianej publikacji jest mocne oparcie jej na materiale źródłowym. Książka jest pozycją godną polecenia, ukazującą upadek człowieka w trudnych, wojennych realiach, a także skomplikowaną, powojenną rzeczywistość PRL, w której niewydolny aparat państwa nie potrafił skutecznie rozliczyć zbrodni z okresu okupacji (...)”. „Historia Eugenii Pol to (…) cenna nauka na temat banalności zła i łatwości, z jaką niektórym ludziom przychodzi dostosowanie się do rządów terroru i przemocy (...)”.

„Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol” to nie jest lekka wakacyjna lektura. Być może w ogóle nie jest to książka dla każdego. Czy czytelnik powinien się jakoś przygotować do jej przeczytania?

Najlepsza literatura wymaga kompetencji. Trafnie zauważyła w swej głośnej wypowiedzi Olga Tokarczuk: „Żeby czytać książki, trzeba mieć jakąś kompetencję, pewną wrażliwość, pewne rozeznanie w kulturze. Te książki, które piszemy, są gdzieś zawieszone, zawsze się z czymś wiążą”. Noblistka popełniła jednak elementarny błąd. Nie można bowiem obrażać ludzi, nazywać ich „idiotami” z powodu braku kompetencji w rozumieniu literatury. Dla mnie każdy czytelnik „Kata polskich dzieci” zasługuje na szacunek i chciałbym, aby ta książka trafiła pod strzechy. Równocześnie mam świadomość, że tej książki nie da się czytać z powodu ciężaru treści. Mam jednak nadzieję, że wszyscy po nią sięgną z powodu języka, literackich środków wyrazu, metafor czy paraboli.

Jak na razie moje marzenia spełniają się, bo po miesiącu książka nie schodzi z czołówek list bestsellerów Empiku w kategoriach „druga wojna światowa” i „historia”.

Zabijała dzieci na raty. Wstrząsająca historia wachmanki z obozu koncentracyjnego dla dzieci   „Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol”, Błażej Torański, wydawnictwo Prószyński Media
« 1 »

Tu możesz nas wesprzeć

Darowizna

reklama

Pekao