„Kościół katolicki jest obcym ciałem w białoruskiej rządowej układance” – mówi białoruski opozycjonista i działacz polskiej mniejszości Andrzej Poczobut. Kościół ten jest w związku z tym fizycznie osłabiony, bo często jeden kapłan przypada na kilka parafii, ale duchowo represje stanowią dla niego szansę. „Kiedy jest trudno, gdy człowiek potrzebuje oparcia, wraca do Boga” – przekonuje Poczobut.
Maria Przełomiec (KAI): Czy Kościół katolicki odgrywa na Białorusi jakąś rolę, jeśli tak, to jaką? Według danych z 2025 roku katolicy stanowią 14,5 proc. mieszkańców, podczas gdy większość Białorusinów deklaruje się jako prawosławni.
Andrzej Poczobut: Sytuacja jest ciekawa. Jeżeli weźmiemy pod uwagę dane statystyczne, to rzeczywiście większość Białorusinów deklaruje przynależność do prawosławia. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę realny wpływ Cerkwi i porównamy go z wpływem Kościoła katolickiego, będziemy mieć problem z jasną oceną wpływu na wiernych. Wpływ Kościoła katolickiego jest dużo większy niż wpływ Cerkwi. Po prostu ludzie deklarują wiarę prawosławną, ale de facto w życiu Cerkwi nie uczestniczą .
Ale przecież sam Aleksander Łukaszenka deklaruje się jako prawosławny ateista i demonstracyjnie uczestniczy w cerkiewnych uroczystościach.
Myślę, że to głębszy problem, ja się tym specjalnie nie zajmowałem, ale popatrzmy, nawet w rosyjskich bajkach pop jest przedstawiany dosyć krytycznie, bez szacunku. Tymczasem stosunek do księdza jest szczególny; u prawosławnych czegoś podobnego nie widziałem. Autorytet księży katolickich jest zdecydowanie większy. Natomiast, jeżeli idzie o realne wpływy, to oczywiście Cerkiew jest blisko władzy, a współpraca, która do 2020 roku miała miejsce między państwem a Kościołem katolickim, została bardzo ograniczona.
Kiedyś, gdy na Białorusi mówiono „katolik", było wiadomo, że chodzi o Polaka. To był synonim Polak-katolik. Jak jest teraz?
Pod tym względem zaszły duże zmiany. W czasach mojego dzieciństwa nie spotkałem nikogo, kto by mówił, że jest katolikiem i Białorusinem. Powiedzmy otwarcie: Kościół na Białorusi przetrwał dzięki Polakom, a Polacy na Białorusi przetrwali dzięki Kościołowi. Ta więź wydawała się bardzo mocna, zwłaszcza, że polskie parafie po białoruskiej stronie granicy do lat 90. XX wieku były częścią polskiej diecezji. Później wiadomo, Watykan zareagował na istnienie niepodległej Białorusi, Kościół katolicki nie chciał być Kościołem mniejszości narodowej. Stąd decyzja o wspieraniu białoruskości w Kościele, która miała określone skutki .
To chyba nie jest po myśli białoruskich władz?
Otóż nie. Łukaszence jest na rękę, jeżeli w kościołach język białoruski zastępuje polski i władze wręcz się tego od Kościoła domagają, żeby ograniczył liczbę Mszy w języku polskim.
Czy w takim razie zwiększyła się liczba wiernych?
O to należałoby zapytać naszych hierarchów, ale w mojej ocenie wprowadzanie języka białoruskiego do liturgii nie przełożyło się na wzrost liczby wiernych. Przy czym, niestety zdarzają się nieprzyjemne wypadki. Na przykład Związek Polaków na Białorusi organizuje wyjazdy dzieci do Polski. Te dzieci mówią po polsku, ale modlić się po polsku już nie umieją. Rozumiem kalkulacje: jest państwo białoruskie, jest większość narodowa, ale to wypychanie języka polskiego z Kościoła jest przykre. Przykry temat, zresztą w Kościele też nie ma co do tego jednej opinii.
Tylko w 2026 roku władze wydaliły z Białorusi pod różnymi zarzutami 20 księży katolickich. Dlaczego tak się dzieje, skoro hierarchowie spełniają życzenia władz w sprawie języka białoruskiego w Kościele?
Język to za mało. Dla białoruskich władz Kościół katolicki jest obcym ciałem. W tej chwili w Mińsku toczy się proces ks. Anatola Parachniewicza, oskarżonego o zdradę państwa. O procesie ks. Parachniewicza wiem tyle, ile przeczytałem, ale wygląda, że jego wina polegała tylko na tym, że był aktywnym duszpasterzem. Osobiście znam ks. Okołotowicza skazanego w zeszłym roku na 11 lat łagru. To dzielny, cieszący się ogromnym poważaniem kapłan. I właśnie ta aktywność ściągnęła na niego represje.
Przy czym obaj ci księża są obywatelami Białorusi, nie słyszałem o aresztowaniu proboszczów z obywatelstwem polskim. Ich się po prostu wydala. I tutaj władze są konsekwentne, w 2007 roku zapowiedziały, że ich celem jest całkowite usunięcie wszystkich księży-Polaków z Białorusi.
Tymczasem więzy pomiędzy Polską a białoruskim Kościołem katolickim były zawsze bardzo mocne. Gdyby nie pomoc księży-Polaków nie udałoby zrobić nawet dziesiątej części tego, co zrobiono dla rozwoju Kościoła katolickiego na Białorusi. Bardzo przykre jest to, że teraz są wyrzucani z kraju ci kapłani, którym nasz Kościół tak wiele zawdzięcza.
Czy to mocno osłabia białoruski Kościół katolicki?
Fizycznie osłabia, chodzi o kwestię powołań, obsadzanie parafii. Teraz na kilka parafii przypada jeden kapłan. Więc z jednej strony sytuacja na pewno nie jest łatwa, z drugiej wiara w warunkach represji staje się mocniejsza, płynący z Kościoła przekaz nabiera szczególnego znaczenia. Kiedy w warunkach dobrobytu, ktoś mówi o duszy, cierpieniu, to w codzienności nie przywiązujemy do tego specjalnej wagi, ale kiedy jest trudno, gdy człowiek potrzebuje oparcia – wraca do Boga.
Wspomniał pan o toczącym się procesie ks. Parachniewicza, o skazanym na 11 lat łagru, ks. Okołotowiczu. Na 13 lat łagru został skazany także ks. Aleksander Juchniewicz. Na szczęście księża Okołotowicz i Juchniewicz, po interwencji Watykanu, zostali w 2026 roku zwolnieni z łagrów, ale niestety, ceną za zwolnienie było wydalenie ich z Białorusi. Od 2023 roku zamknięta pozostaje jedna z ważniejszych świątyń, czyli tzw. Czerwony Kościół w Mińsku, ufundowany na początku XX w. przez znanego działacza polskiego Edwarda Woyniłłowicza. Czego boją się białoruskie władze?
Kościół katolicki jest, jak mówiłem, obcym elementem w białoruskiej rządowej układance. Tam ważne jest przywiązanie do Moskwy. Zarówno u Łukaszenki, jak i w białoruskiej Cerkwi podlegającej moskiewskiemu patriarchatowi. Łukaszenka jest zwolennikiem tzw. zachodniorusizmu, XIX-wiecznej teorii bardzo negatywnie patrzącej na polskość i katolicyzm, a głoszącej, że Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini to jeden naród. Dlatego Łukaszenka mówi o Moskwie – moja stolica.
Z punktu widzenia białoruskich służb Kościół katolicki ciągle jeszcze jest w pewnej mierze reprezentowany przez księży-Polaków, a więc ludzi, nad którymi reżim nie ma żadnej kontroli. Mamy tu zwyczaje rodem z PRL, gdzie każdemu wstępującemu do seminarium zakładano teczkę. Polakom się nie ufa, bo po pierwsze nie zostali uformowani na Białorusi, a po drugie jeżdżą do Polski, mają dostęp do niezależnej informacji.
Czy to znaczy, że na kapłanów np. po seminarium w Grodnie władze mają większy wpływ?
W ich opinii na pewno.
A naprawdę?
No cóż, ci księża mają na Białorusi rodziny i zdaniem służb to może być skuteczne narzędzie nacisku. Nie mówię, że jest, ale z punktu widzenia służb – może być, a im więcej narzędzi nacisku tym lepiej, tym bezpieczniej. Natomiast taki autonomiczny element, który nie został na Białorusi ukształtowany i od czasu do czasu wyjeżdża do Polski, jest dla władz zagrożeniem a priori. Przy czym zarzuty, które postawiono wymienionym wcześniej księżom można w zasadzie postawić każdemu.
Wymienię jeden przykład: niedawno tygodnik „Gość Niedzielny” został uznany za pismo ekstremistyczne i teraz każdego księdza na Białorusi, u którego znajdzie się tę gazetę albo który miał jakiś kontakt z „Gościem Niedzielnym” można skazać na 6 lat więzienia.
A jak wygląda współpraca pomiędzy Kościołem i Cerkwią prawosławną?
Ta współpraca istniała i nieraz była bardzo dobra. Mogę tylko przypomnieć nieżyjącego biskupa grodzieńskiego Arciemija. To był modelowy przykład i współpracy i bardzo dobrych osobistych relacji pomiędzy nim a biskupem Kaszkiewiczem – katolickim zwierzchnikiem diecezji grodzieńskiej, i to nie był jedyny przypadek.
Niestety, teraz jest inaczej, obecnie większość kleru prawosławnego na Białorusi pozostaje pod wpływem idei ruskiego miru. Zresztą to zrozumiałe, bo przecież białoruskie prawosławie podlega patriarchatowi moskiewskiemu Na szczęście i tutaj zdarzają się wyjątki.
Źródło: KAI