Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Thomas Philippe OP

MĄDROŚĆ RÓŻAŃCA

Przełożyła Dorota Szczerba

Tytuł oryginału: À L'École de Marie. La sagesse du rosaire
© Copyright by Association des amis du Pére Thomas
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo "M", Kraków 2001
ISBN 83-7221-269-4

Wydawnictwo "M" ul. Zamkowa 4/4, 30-301 Kraków, tel./fax (012) 269-34-62, 269-32-74, 269-32-77, www.wydm.pl, e-mail: wydm@wydm.pl



Rozdział dziesiąty

W sercu tajemnic bolesnych: siedem słów Jezusa na krzyżu

Tajemnice radosne, tajemnice bolesne: ta sama miłość

Wchodzimy w tajemnice bolesne, tajemnice, w których najbardziej potrzebujemy Ducha Świętego, Ducha Świętego w osobie. To właśnie odkrywamy we Wcieleniu. Duch Święty jest, jak dobrze ukazuje to Papież, "osobą-miłością", miłością przewyższającą miłość stwórczą, jeśli można tak powiedzieć: miłością będącą u źródła miłości stwórczej. Jest to jednak miłość, która w naszym ziemskim świecie światła i życia może się objawić w pełni jedynie przez cierpienie. Największa łaska, jaką Bóg może nam uczynić na ziemi, to pomóc nam przyjmować cierpienie z dziękczynieniem, a nawet z pewnego rodzaju radością, całkowicie bezinteresowną, dając nam zrozumieć, że przez cierpienie jesteśmy bliżej Niego. Na ziemi, a nawet w niebie, życie Osób Boskich nadal będzie dla nas pozostawać niezgłębioną tajemnicą, ale na ziemi jesteśmy jej najbliżej poprzez cierpienie. Kiedy kogoś kochamy, pragniemy nie tylko poznać jego cechy zewnętrzne. Dla prawdziwej miłości właściwe jest to, że kieruje się ku osobie. Dlatego chcemy, żeby przyjaciel zwierzał nam swoje troski, żeby nie krył przed nami tego, co w nim najbardziej bolesne, gdyż w ten sposób okazuje nam zaufanie.

Od początku tych rekolekcji widzieliśmy, że nawet tajemnice radosne rozpoczynają się w Zwiastowaniu wielką próbą, prawdziwą agonią Maryi. Widzieliśmy, że we wszystkich tajemnicach radosnych było obecne cierpienie, ale wszędzie wyraźna była obecność Jezusa, bliski kontakt z Nim. Widzieliśmy, że jesteśmy wezwani, by żyć tak jak Maryja, pozwalając Bogu, by nas kochał, jednak w wierze i w nadziei. Dopóki będziemy na ziemi, zawsze będzie istniał ten trudny kontrast pomiędzy chwilami pokoju, niezwykle głębokiej radości płynącej z obecności Osób Boskich a późniejszymi chwilami agonii. Powiedziałbym nawet, że im bardziej posuwamy się w życiu wewnętrznym, w tym większym stopniu poznajemy tę rozbieżność; stanowi ona wielkie cierpienie w życiu świętych i tych wszystkich, którzy chcą naprawdę, już tu na ziemi, jak najszybciej, pozwolić Duchowi Świętemu prowadzić się do świętości. Przeciętnego Francuza określa się czasem jako kogoś, kto chce uniknąć trudności i tak się ustawić, żeby wieść spokojne życie to dokładne przeciwieństwo świętości! Potrzebujemy odwagi, by pozwolić Duchowi Świętemu wprowadzać nas w głąb tajemnic radosnych i bolesnych.

Serca Jezusa i Maryi, zjednoczone w Zwiastowaniu, przeżyły tajemnice radosne, a później bolesne w Duchu Świętym. Jednak wielka różnica między tajemnicami radosnymi a bolesnymi polega na obecności. Tajemnice radosne wymagają, widzieliśmy to, życia niezwykle ukrytego, by bliskość jedności z Jezusem można przeżywać w cichej adoracji, coraz silniejszej. Życia ukrytego nie tylko wobec innych, tych, którzy nas widzą, ale ukrytego wobec nas samych. Chodzi wówczas o zgodę na pogrążanie się w ciemności, o to, by nauczyć się kochać noc. Noc wiary jest ciemniejsza niż naturalna noc: jest to "noc ciemna", o której mówi św. Jan od Krzyża; ta zupełna noc, w której może być pogrążona nasza wiara, gdy ponadto towarzyszy jej zwykle wielka słabość. Ale możemy powiedzieć, że pomimo wszystko Jezus jest tu. W tajemnicach radosnych Serca Jezusa i Maryi mogą żyć coraz głębiej w Duchu Świętym komunią i darem dzięki obecność.

Tymczasem zupełnie inaczej ma się rzecz w tajemnicach bolesnych: tu już nie ma bezpośredniego kontaktu jest oddalenie. Duch Święty daje nam zrozumieć, że dopóki jesteśmy na ziemi, nie możemy kochać w pełni, w sposób bezinteresowny, jeśli stale chcemy trwać w radości, jaką daje obecność. Nie będziemy mogli kochać w pełni jeśli nie zaakceptujemy ofiary. Nie tylko życia ukrytego, ale ofiary.

Ważne, by odróżnić jedno od drugiego. Jezus nie prosił Maryi, by wiodła życie zupełnie samotne, pustelnicze. W takim życiu możemy być coraz bardziej ukryci, ale bardzo często nie będziemy mieć tak dużo okazji do poświęceń, jak żyjąc w świecie, szczególnie współcześnie. Jezus prosi, żebyśmy żyli zanurzeni w świecie jako apostołowie, tak jak żyła Maryja, w sposób ukryty, ale bardzo realny, towarzysząc Jezusowi podczas całego Jego apostolatu i męki dlatego właśnie, byśmy poznali tajemnicę miłości ofiarnej. Podczas całego swego życia na ziemi Jezus był Zbawicielem, który pragnął ofiarowywać się, nie dla samej ofiary, ale by zbawiać innych, dla grzeszników, dla chwały Ojca.

Wzrastanie Syna człowieczego, tajemnica komunii

Tajemnice radosne to zawsze bliskość z Jezusem, jednak piąta tajemnica wymaga pomimo wszystko od Maryi trzech dni odosobnienia, które są jakby zapowiedzią trzech dni pomiędzy śmiercią a zmartwychwstaniem Jezusa. W tajemnicy Odnalezienia w Świątyni Maryja Panna znów doznaje silnego lęku: nie trwa on jednak długo. Jej cierpienie wynika stąd, że przypuszcza, iż Jezus już wkrótce rozpocznie życie publiczne, a Ona nie czuje się jeszcze gotowa Go opuścić. W głębi siebie, w swej najgłębszej wierze i nadziei, czuje, że nie skończyła otrzymywać tego, co On ma Jej dać. I w rezultacie św. Łukasz kończy opis wyraźnie zaznaczając, że życie ukryte trwa nadal: "Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi" (Łk 2,51-52). Co chcą powiedzieć te słowa? Jezus rósł, rozwijał się; ciało Syna człowieczego nie osiągnęło jeszcze fizycznej dojrzałości. Jednak św. Łukasz dodaje, że był to wzrost "w mądrości, w latach i w łasce". Wielka tajemnica Jezusa i każdego życia wyraźnie Bożego, gdy pozwala się Duchowi Świętemu urzeczywistnić w nas w pełni łaskę chrztu polega na tym, że łaska poprzedza naturę. Wzrost "w latach" Jezusa jest ściśle złączony z Jego wzrostem "w mądrości i w łasce".

Wzrost "w mądrości", gdy chodzi o Jezusa, jest czymś jedynym w swoim rodzaju. Od swego poczęcia Jezus ma wizję uszczęśliwiającą Ojca: łaska zjednoczenia, to znaczy unia hipostatyczna, przez którą jest On Bogiem, Słowem wcielonym, jest od razu pełna. Jest w Nim ustanowiona jednocześnie z łaską Głowy(*). Łaska Głowy jest pełnią łaski uświęcającej, która jest w Nim jako w Głowie Ciała mistycznego. Nie może więc być mowy o wzroście łaski Głowy Jezusa. Ale ta łaska Głowy będzie się wyrażać, wyjaśniać, rozwijać w świętym człowieczeństwie Jezusa, dzięki Jego Sercu, w życiu mistycznym, które będzie wiódł z Maryją.

Miłość, która była w Jezusie mogła bezpośrednio i w pełni promieniować na Maryję; nie poprzez wiedzę pojęciową, nie poprzez poznanie duchowe, wyobrażenia, ale dzięki boskiemu doświadczeniu, temu tak tajemniczemu kontaktowi, który od wieków nazywa się doświadczeniem mistycznym. (Gdyż jeszcze zanim objawienie Osób Boskich przez Wcielenie uczyniło możliwym kontakt osobowy, istniała już obecność nieskończoności: możliwość kontaktu ze Stwórcą).

Tymczasem właściwe i charakterystyczne dla poznania przez serce, dla poznania mistycznego jest to, że potrzebuje ono obecności, komunii. Taka jest ogromna różnica między miłością romantyczną, idealną a miłością realną. To dlatego Jezus zechciał poznać ten wzrost, jako Syn człowieczy. Dlatego Jego Serce chciało potrzebować Niepokalanego Serca Maryi, by móc wyrazić się w życiu mistycznym. Język serca potrzebuje obecności serce w serce, wzajemności.

W tym leży wielka tajemnica wzrostu Jezusa w czasie trwania tajemnic radosnych: w tej bliskiej więzi Serc Jezusa i Maryi, a trzeba też powiedzieć w bliskości ich ciał. Jest wiele rodzajów komunii. Wiecie dobrze, że dwie istoty mogą  ÔI0Ňsię całować, ściskać się bardzo mocno: jednak jeśli Duch Święty nie jest w tym obecny, może to nie mieć zbyt dużego znaczenia, a nawet jedno z nich może być tym rozdrażnione. Odwrotnie, proste podanie ręki może mieć wielkie znaczenie, jeśli serca są od wewnątrz głęboko zjednoczone. Życie mistyczne wymaga znaków, za pośrednictwem natury, być może bardzo małych, ale uobecniających komunię.

Szczyt życia ukrytego

Maryja i Jezus poznają po Odnalezieniu w Świątyni jeszcze większą bliskość; możemy tylko przypuszczać, że będzie to szczyt życia ukrytego, gdyż wszystkiego o nim nie wiemy. Tylko Duch Święty mógłby nas oświecić. Św. Józef musiał mówić tak, jak Jan Chrzciciel: "Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał" (J 3,30). Miłość Józefa była do tego stopnia bezinteresowna, że musiał być szczęśliwy, że umiera i zostawia Maryję i Jezusa razem, w samotnej miłości jeszcze silniejszej, jeszcze bardziej wolnej. To tajemnica tajemnic radosnych: im jest to bardziej ukryte przed światem, im bardziej oderwane od świata, tym bardziej Serca Jezusa i Maryi, tym bardziej całe ich istoty mogą do głębi zanurzać się w łonie Ojca.

Dobrze jest zwrócić uwagę, jeśli chcemy zrozumieć głębię tajemnic bolesnych, na to, że jeśli pozwalamy Duchowi Świętemu rozwijać w nas serce, to im głębsze jest zjednoczenie, tym głębsze są cierpienia rozłąki. Wiele osób boi się kochać: nie chcą wchodzić w zbyt wielką bliskość, bo zbyt ciężkie byłoby rozstanie... Są to w rezultacie egoiści, którzy boją się cierpienia. Nie pragną najpierw tego, by pozwolić Duchowi Świętemu urzeczywistnić w nich to, co On chce; chcą się bronić, ochronić siebie. Tajemnice bolesne będą o tyle boleśniejsze dla Maryi, o ile bliskość w tajemnicach radosnych stale rosła. Zgodnie z zamysłem Bożym Maryja rozumie bardzo dobrze, że powinna pozwolić Duchowi Świętemu urzeczywistnić w Niej więź z Jezusem, więź najgłębszą z możliwych, aby ofiara również mogła być największa. Wie doskonale, że dzieje się to dla ofiary, ponieważ od dnia Zwiastowania Jezus dał Jej swe Serce, Serce gorejące miłością do Ojca, oczywiście, ale też Serce zranione dla ludzi.

Kana: wesele, które rozdziela

W takim kontekście trzeba widzieć tajemnice bolesne. Dla Dziewicy Maryi rozpoczynają się one w Kanie. Tajemnica Kany jest dlatego tak niezwykła, że łączy tajemnice radosne i bolesne, życie ukryte i publiczne. Przy stole w Kanie mogą znajdować się uczniowie Jana Chrzciciela i uczniowie Jezusa. Jan Chrzciciel jeszcze żyje, według chronologii synoptyków nie został jeszcze zatrzymany. Jezus ustanowił już sakrament chrztu, gdy Jan Go ochrzcił w wodach Jordanu; teraz ustanawia sakrament małżeństwa w tych zaślubinach, które są zapowiedzią nowego przymierza. Tutaj uczyni pierwszy cud, zapowiadając Eucharystię w jej aspekcie najbardziej tajemniczym: wino, krew, którą nam daje do picia ma pomóc nam zrozumieć, że wzywa nas, byśmy rozpoczęli gody życia wiecznego.

Jezus czyni ten cud na prośbę Maryi, ale od tej chwili muszą się rozejść. Nie jest to jeszcze rozstanie śmierci, ale jest to już jego zapowiedź i przygotowanie do niego. To niezwykle poruszające: od tej chwili Ewangelia ani razu nie wspomina o bezpośrednim kontakcie pomiędzy Jezusem a Maryją, o ani jednym słowie pomiędzy nimi... Widzimy jak zbliża się do Niego kobieta cierpiąca na krwotok, by dotknąć Jego szaty i tyle innych osób, by coś do Niego powiedzieć, o coś poprosić, zbliżyć się do Niego... Ale nigdzie nie jest powiedziane, by Matka Boża sama z siebie starała się spotkać z Synem; jeśli jest tam, to w tłumie, z "braćmi i siostrami" Jezusa. Odnajdziemy Ją dopiero u stóp krzyża, ale podczas życia publicznego jest niewidoczna. Kiedy Jezus chce odpocząć, nie udaje się do Niej, do Nazaretu, ale do Betanii, do domu Łazarza i jego sióstr. Dla Niej ta rozłąka stanowi prawdziwe cierpienie, bardzo silne.

Słowo nie zostaje przyjęte

Ale ponieważ miłość Maryi jest miłością wyjątkowo bezinteresowną, nie to jest dla Niej najbardziej bolesne. Znacznie bardziej cierpi, gdy czuje niezrozumienie i słyszy krytykę faryzeuszy, uczonych w Piśmie, a nawet uczniów. Z Nią Jezus mógł swobodnie posługiwać się językiem serca, a teraz odkrywa boleśnie, gdy Jezus rozpoczyna życie publiczne, że Jego słowo nie zostaje przyjęte. Św. Jan napisze, znacznie później: "Na początku było Słowo (...). Przyszło do swoich, a swoi Go nie przyjęli" (J 1,1.11). Za każdym razem, gdy Jezus pozwala przemówić swemu Sercu, gdy przekracza język przypowieści, by w pewnym sensie ośmielić się mówić prawdę nie zostaje zrozumiany.

Bardzo to jest wyraźne w mowie o chlebie życia: tutaj Jezus mówi prawdę: "zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam" to nowa prawda, prawda serca, której nie wystarczają symbole... Ale właśnie dokładnie w tej chwili wielu uczniów opuszcza Go mówiąc: "Twarda jest ta mowa, któż może jej słuchać?" (J 6,60). Maryja bardzo cierpi, gdyż Ona wie jak Jezus by chciał, w swym świętym człowieczeństwie, móc mówić z obfitości serca! Jakiż kontrast z tajemnicami radosnymi! Elżbieta, maleńki Jan Chrzciciel, pasterze, starzec Symeon, nawet dobrzy trzej królowie rozumieli... Ich serca słuchały Serca Jezusa. A tymczasem teraz, gdy Jezus zaczyna swe życie publiczne ci, do których zwraca się jako do swych uczniów nie rozumieją! Maryja bardzo cierpi, gdy faryzeusze i uczeni w Piśmie, słysząc, jak Jezus mówi: "Twoje grzechy są odpuszczone", widząc jak uzdrawia w dzień szabatu, coraz bardziej odrzucają Go jako proroka; posuwają się aż do tego, że traktują Go jak opętanego!

Jakże Maryja cierpi widząc postawę apostołów, którzy tak powoli wchodzą w logikę miłości Serca Jezusa! W mowie o chlebie życia Jezus w łagodności swego serca odkrywa dużo najgłębszych sekretów, i wówczas wielu Jego uczniów odchodzi. Jezus, boleśnie zatroskany, zwraca się do Dwunastu: "Czy i wy także chcecie odejść?". I Piotr odpowiada: "Do kogóż pójdziemy?" piękna odpowiedź, ale pokazująca, że i Piotr w pełni nie zrozumiał: dla niego to oczywiste, że Jezus jest Zbawicielem, i że trzeba z Nim zostać, ale i on nie rozumie...! Nie rozumie wszystkiego, co mówi, nie rozumie wszystkiego, co robi. Widać to w wielu momentach Ewangelii, aż po krzyż.

Jakże Maryja cierpi, gdy widzi, że ilekroć Jezus chce wyjawić najgłębsze sekrety Wcielenia, nieustannie spotyka sprzeciw... Tak rzadko może głosić sercem, uprawiać "święte nauczanie"! Jak sam mówi, zmuszony jest nauczać w przypowieściach, zmuszony jest ukrywać sekrety serca, by jeszcze w ogóle mogli Go słuchać...

Miłość nie zrozumiana

Nowemu nauczaniu serca powinno towarzyszyć ćwiczenie się w miłości braterskiej pomiędzy uczniami. Jak bardzo Maryja musi cierpieć, widząc jak wygląda braterstwo i jedność Dwunastu! Jak musi cierpieć dostrzegając zazdrość Judasza, słysząc jego niezręczne uwagi, wówczas na przykład, gdy żałował pieniędzy wydanych na olejek wylany na stopy Jezusa! Ale nie chodzi tylko o Judasza: spójrzcie na postawę Jakuba i Jana, raptem kilka dni przed męką, gdy przychodzą do Jezusa ze swą matką, prosić Go, by "zasiedli w Jego królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Jego stronie" (por. Mt 20,21).

Maryja tak bardzo cierpi widząc, że oni nic nie zrozumieli: nie zrozumieli, że miłość trzeba postawić ponad wszystkim; nie zrozumieli, że wobec daru Ducha Świętego nie liczą się już żadnego rodzaju zewnętrzne hierarchie! Nic nie zrozumieli z Miłości nieskończonej! Ona wie to dobrze, Ona, która w Duchu Świętym kochała Józefa, Jana Chrzciciela i Jana Ewangelistę... Gdyby Ją ktoś zapytał: którego z tych trzech wolisz? Odpowiedziałaby tak, jak robią to małe dzieci: wszystkich trzech! Kocham trzech, inaczej, ale każdego kocham jako osobę jedyną!

Maryja czuje wszystkie te przeciwieństwa, niezrozumienie, podziały, które są wokół Jezusa. To są dla Niej najstraszliwsze cierpienia, tu już się zaczyna jej Kalwaria. Oczywiście cierpi z powodu rozłąki, ale znacznie bardziej cierpi czując, że jej biedny Jezus, którego dała z taką hojnością ludziom, nie został przyjęty przez swoich, nawet przez tych, których wybrał. Nie umieli przyjąć Go w taki sposób, w jaki prosi o to Duch Święty.

Siedem słów danych przede wszystkim Maryi

Teraz trzeba nam postarać się wejść w samo serce tajemnic bolesnych. By się w nich zagłębić, możemy wyobrazić sobie spotkanie Jezusa i Maryi na drodze Kalwarii. Tradycja drogi krzyżowej mówi o tym spotkaniu, którego opisu nie znajdujemy w Ewangeliach: Jezus aresztowany i ubiczowany wchodzi na Golgotę niosąc krzyż i wówczas spotyka przy drodze Maryję. Nie ma mowy o tym, że z sobą rozmawiają. Znamy obraz Weroniki, ocierającej twarz Jezusa, ale Maryi musiał Duch Święty pozwolić zrozumieć, że w tej chwili nie ma w żaden sposób interweniować. Szymon z Cyreny pomaga Jezusowi nieść krzyż, ale Maryi bez wątpienia Duch Święty daje zrozumieć, że jeszcze bardziej zjednoczy się ze swym Synem trwając w pewnym oddaleniu fizycznym i pozwalając, by jedność ich Serc rosła z każdą chwilą bardziej, jedynie przez to, że Ona patrzy na Jego cierpienia, i na wszystko co się wokół dzieje.

Ewangelie przekazują nam siedem słów Jezusa na krzyżu. Prośmy Ducha Świętego, by pomógł nam je zrozumieć. Mają one w sobie coś absolutnie jedynego w całości nauczania Jezusa w Jego życiu publicznym; a jednocześnie są bardzo różne od tego, jak możemy sobie wyobrazić język i gesty, jakimi posługiwał się podczas życia ukrytego z Maryją.

Słowo zawsze zwraca się do kogoś, i żeby zrozumieć jakieś słowo, trzeba wiedzieć do kogo się ono zwraca, inaczej ryzykujemy straszliwe pomyłki. Jezus z krzyża wypowiada siedem słów; a "pod krzyżem Jezusa stała Matka Jego" (J 19,25) oraz uczeń, którego miłował. Te słowa nie są wypowiedziane dla uczniów, ale nade wszystko dla Niej. To Ona pomoże Janowi i wszystkim uczniom je pojąć.

"Ojcze, przebacz im...". Ofiara, która jest wyłącznie miłością

"Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią" (Łk 23,34); to bardzo tajemnicze słowa. Jezus nie mówi: "Ojcze, racz im przebaczyć, błagam Cię!", Jezus mówi: "Przebacz im!". To nakaz. Jezus mówi w tym momencie z władzą. A jednocześnie mówi jak ofiara, prawdziwie w stanie ofiarniczym, w chwili, gdy jest ukrzyżowany, przybity do krzyża, unieruchomiony przez gwoździe, pomiędzy niebem a ziemią. I wtedy, gdy jest na krzyżu, ma już wyłącznie słowa miłosierdzia. To ważne, by to odnotować, gdyż całe nauczanie Jezusa trzeba widzieć w świetle tych ostatnich słów.

Kiedy Jezus mówił przypowieści o sądzie ostatecznym dokonywał pewnego rozróżnienia pomiędzy ludźmi, na dobrych i złych; tutaj już nie ma tego rozróżnienia. Kiedy Jezus woła: "Ojcze, przebacz im!", przebaczenie nie jest tylko dla Piotra, który uciekł, ani po prostu dla tych z Jego uczniów, którzy źle przyjęli Jego naukę; nie jest też wyłącznie dla Judasza. Ewangelia precyzyjnie opisuje wszystko, co dzieje się w czasie męki: są tam obecni najwyżsi kapłani, uczeni w Piśmie, starsi szydzą z Jezusa: "Niechże teraz zejdzie z krzyża, żebyśmy widzieli i uwierzyli" (Mk 15,31). Jezus wzywa przebaczenia nad wszystkimi tymi obelgami, brakiem wiary i miłości. W Jego słowach brzmi jedynie miłość i miłosierdzie.

Są te słowa niczym rozkaz. Nie można powiedzieć, że Jezus rozkazuje Ojcu, ale Jezus jest tak pewny swego Ojca! Jest między Nimi tak wielka więź miłości! Mówi jak Syn, który dysponuje dziedzictwem... Na krzyżu nie mówi jak małe dziecko czy jak młodzieniec: jest Synem i przez swą ofiarę, choć jest jeszcze na ziemi, jest jakby na równi z Ojcem, jeśli można tak powiedzieć: na równi, gdy chodzi o sprawiedliwość. Dlatego może mówić w ten sposób.

Jak dobrze jest przywoływać te słowa! Maryja jako jedyna rozumie je w pełni, gdyż w nich uczestniczy: żyje nimi. Żeby zrozumieć słowa Serca Jezusa, nauczanie miłości, jakie Jezus tu daje, trzeba najpierw, by serce nimi żyło. Gdyby nie było w Maryi pełnego przebaczenia, nie mogłaby zrozumieć tych pierwszych słów: Jan nie zrozumiał ich do końca. My również nie możemy ich w pełni zrozumieć, jeśli w naszym wnętrzu pozostaje jakakolwiek uraza, jeśli w naszym wnętrzu nie ma przebaczenia pełnego, całkowitego, autentycznej miłości nieprzyjaciół. Serce Maryi jest całkowicie zgodne z Sercem Jezusa; nie odczuwa najmniejszego żalu. Jest w Niej wyłącznie miłość, nawet dla Jego najgorszych oprawców. Gdy Jezus jest na krzyżu, ich dwa Serca są do tego stopnia zjednoczone, że Serce Maryi przebacza równie bezgranicznie co Jego Serce staje się całkowicie do niego podobne.

Tę pierwszą modlitwę Jezus mówi patrząc w niebo, kierując się do Ojca: Jezus aż do końca daje pierwszeństwo adoracji. Daje nam lekcję! Jakiekolwiek byśmy przechodzili cierpienia, jakiekolwiek trudności, zawsze adoracja ma być pierwsza i mamy trwać zwróceni ku Ojcu. Daje tę lekcję Maryi, Janowi i całemu Kościołowi. Maryja umie uszanować tę modlitwę adoracji Jezusa: nie niepokoi Go, pozwala Mu trwać w Jego postawie kapłana.

Ewangeliści mówią, że w czasie, gdy Jezus modli się do Ojca, żołnierze dzielą między sobą Jego szaty i rzucają los o suknię. Jezus chce umrzeć w całkowitym ogołoceniu. Gdy udajecie się do szpitala, w którym umarł ktoś z waszych bliskich, otrzymujecie wszystkie jego rzeczy: ubrania, drobiazgi... Jesteśmy tak uczynieni, że lubimy przechowywać przedmioty, pamiątki, potrzebujemy takich znaków. Jezus nie chce tego dla Maryi, Ona musi ofiarować wszystko. Jego tunika bez szwów, którą z pewnością z taką miłością tkała, musi zostać oddana żołnierzom.

"Oto Matka twoja". Uczeń, który nie mógł przebaczyć

Ale gdy Jezus spogląda na ziemię, Jego wzrok z pewnością przyciąga Maryja. W tym momencie, bez wątpienia, Duch Święty popycha Ją, by podeszła możliwie jak najbliżej krzyża, by dotknęła krzyża Jezusa, może nawet Jego nóg... Czuje, że teraz może ukazać się jako Jego Matka, publicznie, wobec wszystkich, i trwać tutaj jak najbliżej Niego. Ojciec Dehau lubił mówić, że trwała stojąc, by być bliżej Jego Serca.

Jezus widzi więc Maryję, która przez swą obecność stara się nieść Mu pociechę, nie pozostawiać Go samego. Jednocześnie obok Niej widzi Jana, który w sposób szczególny przyciąga Jego wzrok: wśród tych, którzy są u stóp krzyża Jan jest w największej rozpaczy... Rozpacza, ponieważ kocha Jezusa. Nie należy zapominać, że krótko wcześniej Jan spoczywał na Jego Sercu podczas ostatniej Wieczerzy. Jest zrozpaczony, gdyż czuje swą niemożność przebaczenia i kochania tak jak Jezus. Usłyszał przed chwilą jak Jezus się modlił: "Ojcze, przebacz im!"; przypominają mu się Jego inne słowa o przebaczeniu i miłości braterskiej, a sam czuje, że nie jest w stanie przebaczyć oprawcom, Judaszowi, a może najbardziej Piotrowi, który zaparł się Jezusa i uciekł...

Ten ewangeliczny opis jest tak ludzki i tak boski... Widzimy jak Piotr chciał bronić Jezusa, gdy miał być pojmany, i jak Jezus powiedział mu: "Schowaj miecz do pochwy swojej. Czyż nie mam pić kielicha, który mi podał Ojciec?" (J 18,11). Piotr musiał być zupełnie zdezorientowany... On, który był gotów bić się i umrzeć za Jezusa, uciekł wobec skandalu krzyża. Jednak Jan poszedł go odszukać: opisuje szczegółowo w swej Ewangelii w jaki sposób, znając najwyższego kapłana, udało mu się wprowadzić Piotra na dziedziniec, by próbować wspólnie bronić Jezusa... (por. J 18,16). Jan był najmłodszym z apostołów, nie czuł się zdolny przemawiać, nie miał elokwencji Piotra. Pod Cezareą Piotr tak wspaniale wyznał wiarę! Jan liczył na niego, liczył, że obroni Jezusa. A tymczasem wystarczyły słowa służącej, by Piotr tak się przeraził, że aż trzykrotnie się Go zaparł! (por. J 18,17-27).

Jan został więc sam i nie mógł już nic zrobić... Czy Jezus nie mówił im, by chodzili po dwóch? Z Piotrem mógłby coś zdziałać... Albo przynajmniej z Piotrem mogliby się podtrzymywać na duchu... Stąd jego straszliwe cierpienie, pomieszane z urazą wobec Piotra, który do tego stopnia go zawiódł.

"Niewiasto oto syn twój". Aktywny udział Maryi w ofierze

Widząc Jana tak zrozpaczonego, Jezus prosi Maryję o największą ofiarę, o jaką może Ją poprosić: najwyższą ofiarę by nie pozostawała zwrócona całkowicie ku Niemu, ale wsparła i pocieszyła Jana. Kto miałby odwagę widząc matkę, której umiera jedyny syn, lub małżonkę u wezgłowia umierającego towarzysza całego jej życia prosić, by w tym właśnie momencie zajęła się innymi? Jezus prosi Matkę Najświętszą o tę ostatnią ofiarę.

I Maryja Panna czyni tę ofiarę z wielką radością, odgadując do głębi intencje Serca Jezusa. W tajemnicach radosnych była na pierwszym planie, ale całkowicie bierna; od chwili Zwiastowania pozwalała Duchowi Świętemu urzeczywistniać w sobie Jego dzieło, poddawała Mu się. Z krzyża Jezus poprosił, by była aktywna. Ofiara słowo to dokładnie znaczy: sacrum facere wymaga czynienia czegoś! Maryja z pewnością nie pozostała bez ruchu po tych słowach, musiała pocieszyć Jana rzeczywiście, wziąć go w ramiona, zachowywać się wobec niego jak matka...

Dla Jana, w sercu, tajemnica zmartwychwstania, a nawet Zesłania Ducha Świętego zaczyna się w tym momencie, u stóp krzyża, gdy Maryja bierze go w ramiona, Ona, która w pewnym sensie miałaby prawo nikomu nie przebaczyć, a swą czułością prowadzi go do przebaczenia. Dany jest Jej jako syn, niczym biedny ksiądz grzesznik, który czuje się niezdolny wypełniać dzieło Jezusa, dzieło będące przede wszystkim przebaczeniem i miłosierdziem. Jan pojmuje z pewnością w tym momencie pierwszą rolę kapłana, na podobieństwo Jezusa; nie jest nią przede wszystkim przekazywanie słowa to mogą czynić prorocy ale moc Jezusowego kapłana do przebaczania. Staje się to jednak możliwe jedynie wtedy, gdy ksiądz sam nosi w sobie głębokie pragnienie przebaczenia.

Jan odnajduje wówczas nową moc i dzieje się tak dlatego, że zdołał przebaczyć; daje nam przykład. Gdy umiemy przebaczyć lub choćby uczynić gest przebaczenia albo modlić się, byśmy przebaczyli jesteśmy uwolnieni. Dlaczego tak często pozostajemy przygnębieni w naszych cierpieniach? Ponieważ odmawiamy przebaczenia lub proszenia o przebaczenie. Ponieważ "ja" egoistyczne jest tak zamknięte, że nie chcemy uczynić nawet małego gestu pojednania, małego gestu, który ukaże chociażby, że cierpimy z powodu naszych zazdrości, grzechów, że cierpimy z tego powodu, że nasza miłość do Jezusa jest jeszcze tak mało jednoznaczna. Jan doznał w tym momencie wyzwolenia.

"Dziś jeszcze". Dobry łotr

Maryja bardzo szybko otrzyma jeszcze jednego syna. Po prawej i po lewej stronie Jezusa ukrzyżowano razem z Nim dwóch złoczyńców. Jezus nie chciał umierać sam. Przy narodzeniu był sam, ale gdy umiera ma dwóch towarzyszy, dwóch skazanych na śmierć i tak jak On traktowanych jak kryminaliści. Różnią się jednak bardzo między sobą. "Dobry łotr" z początku również drwił z Jezusa, naśmiewał się z Niego, ale tak był poruszony sceną, która rozegrała się pomiędzy Jezusem, Maryją a Janem, że słowa Jezusa dokonały w nim nawrócenia. Zaczął więc wyrzucać drugiemu łotrowi, że szydzi z Niego: "My przecież sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił" (Łk 23,41) i zwracając się do Jezusa powiedział: "Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa". Na tę prostą prośbę otrzymuje wspaniałą odpowiedź Jezusa. Jezus nie obiecuje mu królestwa po okresie pokuty. Nie, miłosierdzie jest natychmiastowe: "Dziś ze Mną będziesz w raju".

Stare kraje europejskie, które tak bardzo muszą uczyć się przebaczać, mogą zazdrościć Kanadzie liturgicznego święta dobrego łotra: świętego dobrego łotra! Ten dobry łotr jest, po Janie, pierwszym dzieckiem, które otrzymała Maryja. Pokazuje nam jak daleko sięga miłosierdzie Jezusa, i że Maryja jest rzeczywiście matką biednych grzeszników, bez żadnych wyjątków.

Jeśli chcemy zrozumieć inne słowa Jezusa, trzeba je widzieć w świetle tych trzech pierwszych słów.

"Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" Jezus poślubia aż do końca cierpienie grzechu

Podczas ukrzyżowania dochodzi do cudownego zjawiska: mrok ogarnia całą ziemię. Wtedy Jezus wypowiada te przedziwne słowa, być może najbardziej tajemnicze słowa całego Pisma Świętego: "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" (Mk 15,34). Widzimy tutaj, że Jezus na krzyżu doznaje jakby dwóch stanów: chwil, gdy ma jeszcze siłę mówić, zwracać się do Ojca, do Maryi, Jana, do dobrego łotra, i chwil, gdy od nowa zanurzony jest w agonii.

Św. Teresa z Lisieux pomaga nam zrozumieć odrobinę tę agonię, gdy opisuje stan swojej duszy pod koniec życia: to, w jaki sposób Bóg dał jej zasiąść "przy stole grzeszników", dając jej doświadczyć czym może być ateizm: to cierpienie i pustka jakby Bóg nie istniał... Pisze, że nie ośmiela się już dalej opisywać tego, co czuje, z "lęku przed bluźnierstwem"...

Jezus zechciał, w swej boskiej wrażliwości, poczuć się jak opuszczony przez Ojca. Jezus nie jest tylko męczennikiem. Kiedy woła: "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?", pokazuje, że w swej agonii przeżywa w pełni stan ofiary. Znamy Jego modlitwę z Ogrodu Oliwnego, straszliwą agonię, przez którą przeszedł: "Moja dusza jest smutna aż do śmierci" (Mk 14,34). Teraz, na krzyżu, przeżywa szczytowy moment agonii. Jezus, w swej uczuciowości, chce poślubić, poznać naprawdę cierpienie grzechu: oddzielenie od Boga.

Jezus oddał swą Matkę; teraz został sam w swym poczuciu opuszczenia przez Ojca. Jest ofiarą aż do końca. Jedynie Maryja może zrozumieć te przedziwne słowa, którymi Jezus zwraca się nie do swego "Ojca", ale do swego "Boga"... Nawet dla Jana jest to zbyt mocne. Jeśli chodzi o innych, nic nie rozumieją... Sądzą, że wzywa Eliasza, podczas, gdy Jezus woła; "Eloi, Eloi...". Wiecie jak bardzo Martę Robin, podobnie jak wielu świętych przed nią, przejmowały te słowa, przekazane w języku ojczystym Jezusa. Ona sama, która przeżywała całą mękę Jezusa, mówiła, że ta faza opuszczenia i agonii była najboleśniejsza.

"Pragnę!" Pragnę, by ufano w moją miłość!

"Pragnę!" ten krzyk, o którym mówi Jan (por. J 19,28) ma w sobie coś bardzo tajemniczego i trzeba prosić Jezusa, by pomógł nam go dobrze zrozumieć. Pragnienie jest jednym z cierpień ukrzyżowanych, podobnie jak wszystkich umierających. Niektóre cierpienia fizyczne sprawiają, że nie odczuwa się już zupełnie głodu, ale jest się tym bardziej spragnionym, i to boleśnie. Jezus pozwala oprawcom na mały gest miłosierdzia: podają mu gąbkę nasączoną octem. Podobnie jak przyjął pomoc Szymona z Cyreny, który pomagał mu dźwigać krzyż.

W tajemnicy Wcielenia Bóg w swej mądrości posługuje się naszym biednym ludzkim ciałem, wszystkimi cierpieniami do jakich jest ono zdolne, wyrażającymi jednocześnie cierpienia serca. Gdyż oczywiście pragnienie Jezusa nie jest tylko fizycznym pragnieniem. Ludzie nie zrozumieli Jego nauki, i teraz Jezus pragnie, by przynajmniej zrozumieli Jego krzyż, zrozumieli Jego wołanie! Jedyna Maryja ma udział w Jego pragnieniu. Ona jedna rozumie wewnętrznie, sercem (bynajmniej nie umysłem), że misja Jezusa musiała się zakończyć, znaleźć swe spełnienie na krzyżu. Na krzyżu jeszcze Jezus mówi, przebacza, kocha nas aż do ostatecznego daru, i tylko pragnie, byśmy zaufali tej miłości!

To "Pragnę!" zwraca się do każdego z nas. Jezus pragnie, byśmy przychodzili prosić Go o przebaczenie. Jezus pragnie, byśmy zwracali się do Niego, gdy czujemy, że jesteśmy zablokowani, zamknięci w sobie, w naszych smutkach, zniechęceni. Powiedziałbym, że właśnie wtedy Jezus najbardziej pragnie nas pocieszyć, podtrzymać. "Pragnę!" Dobrze, jeśli będziemy lubili sobie przypominać to wołanie, z którym zwraca się do nas teraz. Z pewnością są wśród nas osoby, które dzisiaj powinny usłyszeć to Jego wołanie. "Pragnę!" Pragnę, byś Mi zaufał, pragnę, byś przyszedł do Mnie, pragnę, byś Mnie prosił o przebaczenie, byś prosił Mnie, a Ja cię pocieszę, podtrzymam...

"Wykonało się" "Ojcze, w Twe ręce składam ducha mego". Pokój obiecany wszystkim

Jezus dopełnił wszystkiego. Doszedł do kresu sam to mówi: "Wykonało się!". Ale trzeba umieć dostrzec, że wszystko dokonuje się w ogromnym pokoju, w rękach Ojcach: "Ojcze, w Twoje ręce składam ducha mego". W tych ostatnich słowach Jezus daje nam do zrozumienia, że choć być może poprosi nas na ziemi o to, byśmy poznali cierpienie, nie tylko cierpienia męczenników, ale znacznie głębsze cierpienia Jego agonii, jednocześnie daje nam pewność, że jeśli pozwolimy się prowadzić, jeśli nie będziemy się lękać, gdy pozwoli nam wejść w agonię, będziemy zjednoczeni z Nim i z Jego Ojcem, w pokoju. Jezus nie umiera w agonii, umiera w pokoju.

Zawsze staje przed nami ta ostatnia próba, za każdym razem, gdy Jezus pozwala nam poznać mocniej cierpienia swojej agonii: "Czy będziesz jeszcze szukać pocieszenia u stworzeń? Czy będziesz jeszcze błagać twego ojca duchowego, twych braci i siostry, nieważne kogo, by cię pocieszyli? Czy wreszcie zrozumiesz, że jedynie Duch Święty może cię pocieszyć, ponieważ to sam Duch Święty pocieszył Jezusa na krzyżu?".

Bóg nie chce, by umierano w agonii. Nigdy nie umiera się w agonii. Za każdym razem zwracam na to uwagę, gdy jestem przy umierającym. Przypominam sobie szczególnie śmierć mojej matki. Miała bardzo długą i bolesną agonię: przeżywała to, co czasem obserwuję u chorych w szpitalach psychiatrycznych: najwyższy lęk, gdy wydawało się, że zupełnie nad sobą nie panuje. W pewnym momencie przyjęła Komunię; kiedy indziej Jej odmawiała. Była w agonii, takiej autentycznej agonii, w której nie ma się już nikogo wokół siebie, w której poznaje się całkowitą samotność. Ale po śmierci, przynajmniej po śmierci klinicznej jakiż pokój na jej twarzy!

Prawie zawsze twarze zmarłych tracą ostrość i jest na nich pokój, i to jest znak, który pomaga nam zrozumieć, że w ostatniej chwili życia, jeśli się na to godzimy, Jezus zawsze daje nam swój pokój. Tutaj trzeba mieć pewność, bardzo silną nadzieję. Trzeba wiedzieć, w najgorszych chwilach cierpienia agonii, że pokój nadejdzie. Ale trzeba mieć też odwagę mówić Jezusowi: "Wiem, że tylko Ty możesz mnie pocieszyć".

Wielki krzyk miłości

Po tym ostatnim nauczaniu, jakie Jezus dał z krzyża, jest już tylko wielki krzyk, o którym mówi św. Marek (por. Mk 15,7).

Św. Tomasz z Akwinu tłumaczy jako teolog, że przez ten wielki krzyk Jezus ukazuje, że nie umiera z wyczerpania, ale że składa swe życie w godzinie Ojca, dobrowolnie. Widać to zresztą i od innej strony: Piłat dziwi się, że Jezus już skonał (por. Mk 15,44). Mistycy i św. Tomasz pod koniec swego życia widzą, że ten krzyk jest przede wszystkim krzykiem miłości. Ludzki krzyk jest niezwykle tajemniczy, już nawet krzyk zwierząt jest taki. Krzyk człowieka to mniej niż słowo, a jednak potrafi wyrazić to, czego słowo nie potrafi. U zwierząt spotyka się krzyk, który wydaje się niemal ludzki. Pomyślcie o krzyku jeleni lub łani w lesie... Ale są to tylko znaki bardzo dalekie od tego, czym może być prawdziwy krzyk miłości.

Podobnie jak podczas swych narodzin maleńkie dziecko słyszy wielki krzyk, swój "pierwszy krzyk", tak Jezus odchodząc z tego świata do Ojca wydaje wielki krzyk. Ale czy u Niego, który nigdy nie przestał wzrastać w mądrości, i umiera w Duchu Świętym, ten ostatni krzyk może być czymś innym niż krzykiem miłości?

Przez ten krzyk miłości, będący również krzykiem miłosierdzia, Jezus wzywa Maryję i Jana, by byli świadkami Jego śmierci. Maryja odbiera ten Jego wielki krzyk jako część ofiary, dobrowolnej i wolnej. Jezus poprosił Ją, by uczyniła ofiarę ze swej obecności blisko Niego w tym czasie, gdy znosił cierpienia na krzyżu, i jest to konieczne zarówno dla Niego, jak i dla Niej, by mógł poznać w pełni tajemnicę agonii. Ale w ostatniej chwili tak jakby Jezus znów przywoływał Maryję i Jana, by kontemplowali Go na krzyżu, by stali się świadkami tego momentu, gdy "skłoniwszy głowę oddał ducha" (J 19,30).

Znak przebicia włócznią

U synoptyków widać, że śmierć Jezusa jest dobrze potwierdzona przez licznych świadków: święte płaczące niewiasty, setnik i ci, którzy pilnowali Jezusa, wszyscy oni z daleka przyglądali się tej scenie... Widzimy Józefa z Arymatei, jak niezwłocznie udaje się do Piłata prosić o ciało Jezusa, by móc je namaścić. Jezus zadbał, by pozostały widoczne ślady Jego śmierci, byśmy o nich usłyszeli. Chciał, żebyśmy wiedzieli, że umarł naprawdę, że nie tylko wyglądał na umarłego, ale była to prawdziwa śmierć.

Wtedy następuje przebicie włócznią. Kiedy św. Katarzyna ze Sieny zapytała Ojca przedwiecznego, jaki był sens tego przebicia włócznią, skoro Jezus już nie żył, Ojciec odpowiedział jej, że cierpienia Jezusa były skończone, skończone same w sobie, ale Jego miłość jest nieskończona. Jego miłość przekracza wszystko, Jego miłość jest silniejsza niż śmierć i niż grzech! To właśnie oznacza Serce otwarte włócznią już po śmierci Jezusa. Serce Jezusa stanie się przez to nadzieją dla Maryi i dla Jana, i tych wszystkich, którzy będą je kontemplować na przestrzeni wieków w tym, co zostanie nazwane "duchowością Najświętszego Serca".

Wielu świętych lubiło mawiać, że w tym momencie Serce Jezusa opuściło swe miejsce i oddawszy wszystko, aż do ostatniej kropli krwi i wody, w pewnym sensie schroniło się w Sercu Maryi. Bicie tego Serca, całkowicie zgodne z biciem jej serca, było wewnętrznym światłem oświecającym całe jej życie. Oto teraz, przez uderzenie włócznią, to Serce się objawiło, i objawiło się poprzez ranę. Dla Maryi jest to wielka nadzieja, gdyż Ona rozumie w tym momencie, że nieskończona miłość Jezusa przekracza wszystko; ta nieskończona miłość, którą Duch Święty dał Jej w dniu Zwiastowania, która przemieniała całą jej istotę teraz odkrywa, że ona również pozwoli Jej przeżyć tajemnicę śmierci, tajemnicę śmierci Boga! Serce Maryi jest zarazem pełne bólu; spełnia się proroctwo starca Symeona: "A twoją duszę miecz przeniknie" (Łk 2,35) ale pozostaje zjednoczone z Sercem Jezusa. Jest to niezgłębiona tajemnica.

Pieta

Pieta, taka, jaką przedstawia rzeźba Michała Anioła jest sceną, którą łatwo sobie wyobrazić na podstawie wzmianek ewangelistów. Gdy zdejmowano ciało Jezusa z krzyża Maryja była tam; to Ona przyjęła to martwe ciało Jezusa, które pozostawało ciałem Boga, z pewnością z ogromnym pokojem... Kiedy Jezus daje nam poznać tajemnicę swojej agonii, są też zawsze chwile, gdy powraca dać nam pokój, powraca spotkać się z nami w sercu. Przyjmując martwe ciało swego Syna, Maryja przeżywa w pewnym sensie powtórnie, w sposób jeszcze bardziej boski, śmierć Józefa i śmierć wszystkich patriarchów. To boskie ciało daje Jej wielki pokój.

Martwe ciało Jezusa tchnie pokojem. Oblicze Jezusa jest tym, które widzimy na całunie turyńskim, ale to, co Maryja widziała w tamtej chwili nie mogło zostać uwiecznione na całunie: ta twarz do tego stopnia promieniejąca pokojem i miłością... To dla nas czasem bardzo duża pociecha, gdy jesteśmy przy kimś z naszych bliskich zmarłych: jego twarz odbija tajemniczy pokój, którego nie widzimy u martwych zwierząt. Pozwala nam to odkryć, że śmierć sama w sobie jest znakiem innego życia, które nas przekracza. Ten pokój pozwala nam zrozumieć, że nie znaleźliśmy się na świecie po prostu po to, by żyć na ziemi, ale że jesteśmy w drodze, viator, że przygotowujemy dopiero nasze ostateczne życie.

Trzeba prosić Boga, byśmy przeżyli tę tajemnicę piety, ponieważ to pomaga nam, gdy dotykamy śmierci, gdy spotykamy rodzinę, bliskich w żałobie... Tutaj w "Arce" pierwsza śmierć była niezwykłym doświadczeniem dla wszystkich pozostałych upośledzonych osób, które nigdy wcześniej nie widziały śmierci. Trzeba im było ukazać ją z łagodnością, mówiąc o wierze i nadziei. Musieliśmy modlić się z nimi blisko ciała, by odgonić wszelki lęk pochodzący z wyobraźni. Duch Święty sam musiał ukazać im to coś nieuchwytnego, czego nie mogą oddać fotografie, co przekracza wszelkie możliwości wyrazu.

W posłudze kapłańskiej Bóg prosił mnie, bym zawsze stawiał pomoc umierającym na pierwszym miejscu. Pierwszą śmiercią przy której byłem jako ksiądz była śmierć mojego dziadka i bardzo mocno ją przeżyłem. Od tej pory odczuwałem upodobanie Jezusa: ustanowił kapłaństwo przede wszystkim po to, by pomóc umierającym. I tak jak prosi mamy, by przygotowały dziecko do chrztu i do Komunii, tak księdzu powierza nade wszystko umierających. I zapewniam was, że to właśnie bardzo wcześnie uwolniło mnie od lęku przed śmiercią. Obecność zmarłego po jego śmierci, jeśli widziana jest w miłości, w wierze i nadziei, bardzo często w sposób niezwykły promieniuje niosąc pokój.

Zmarły człowiek bardzo różni się od martwego zwierzęcia. Ale gdy chodzi o Jezusa, jest to wszak ciało Boga! Mówiąc o unii hipostatycznej, czyli o jedności w Jezusie osoby Słowa z ludzką naturą, św. Tomasz z Akwinu mówi, że nie jest to jedność boskości jedynie z duszą Jezusa, ale rzeczywiście z duszą i z ciałem, gdyż żeby być prawdziwą ofiarą, śmierć Jezusa musiała być śmiercią boską. Zmarłe ciało Jezusa jest więc ciałem Boga, dlatego też może dawać Maryi tak wielki pokój.

Maryja w rezultacie po raz pierwszy od dawna doznaje głębokiego pokoju, gdy trzyma ciało Jezusa... Ale możemy sobie wyobrazić, że wkrótce pozwala innym obecnym tam kobietom, Marii Magdalenie, Józefowi z Arymatei namaścić je olejami (por. J 19,38-41). Jest to gest daru z jej strony, akt miłosierdzia, gdyż bardzo często ostatnie posługi wobec zmarłego przynoszą nam pociechę. Tu również Maryja musiała odczuć, że Jezus został Jej powierzony, ale nie ma Go zachowywać dla siebie, Syn został Jej dany, by mógł być dany wszystkim. Nie chce nawet trzymać zbyt długo zmarłego ciała Jezusa; uczyniła z niego ofiarę, gdy był On na krzyżu; ofiara to więcej niż dzielenie gdyż nie sposób podzielić ciała ofiara to całkowity dar.

Maryja ma świadomość, że ma do spełnienia misję większą niż namaszczenie ciała; misję, która nie została jeszcze dokończona. Czuje, że dusza Jezusa, oddzielona od ciała, nie dokończyła jeszcze swej odkupieńczej misji. Duch Święty popycha Ją; musi w odosobnieniu złączyć się z misją Jezusa, Jego misją w miejscu przebywania zmarłych, poprzez swoją głęboką agonię Wielkiej Soboty. Pozostawia więc Marii Magdalenie, tej, która już namaściła Jezusa drogocennym olejkiem troskę o złożenie wspólnie z Józefem z Arymatei ciała w grobie. A sama oddala się, by przeżyć agonię. Jan niechybnie Jej towarzyszy, jest wszak napisane: "Od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie" (J 19,27).


Przypis:

<*> Łaska Głowy Gratia Capitis, patrz św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, cz. III, 8 (przyp. tłum.)


opr. mg/mg





Copyright © by Wydawnictwo "m"

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: rekolekcje krzyż różaniec komunia odosobnienie Słowo niezrozumienie św. Jan Kana śmierć Jezusa dobry łotr odrzucenie Boga wykonało się tajemnice bolesne łaska głowy życie ukryte pascha Jezusa siedem słów Chrystusa na krzyżu