Bez eksplozji. Rozmach aborcyjnych demonstracji nie wgniata w ziemię

Rządząca partia zrobiła co mogła, żeby zwiększyć w Polsce liczbę aborcji. Zaczeła jeszcze przed wyborami, a i potem była konsekwentna jak w mało której sprawie. Dla aborcjonistów to za mało. I tak wrzeszczą stronę rządu swoje „wyp-lać”. Idealni sojusznicy. Warto się do nich przymilać.

Chcieli aborcji. Koalicja przegłosowała aborcję. No to pokazują czerwoną kartkę i chcą obalenia rządu.

Ot, lewacka wdzięczność.

Tuż po tym, jak sejmowa większość, czyli przede wszystkim Koalicja Obywatelska i sojusznicy (z wyjątkami, które nie wpłynęły na wynik) poparły dwie ustawy aborcyjne – jedną jawnie niekonstytucyjną, drugą pisaną pod handlarzy od „abortomatów” – aborcyjni aktywiści wyszli na ulice.

Szału nie ma

Odbywające się w blisko 30 polskich miastach demonstracje nie wywoływały déjà vu. Wiele rzeczy przypominało wcześniejsze protesty: uczestnicy (partia Razem, Amnesty International, Strajk Kobiet), pojawiało się tradycyjne hasło na literę „w”. Jednak czwartkowe manifestacje były po prostu słabe. W Warszawie uczestnicy potrzebowali pomocy policji, żeby przepchnąć się przez pikietę pro-life. W Lublinie nawet to się nie udało. W Krakowie demonstrowało raptem 200 osób. We Wrocławiu też; uczestnicy podają, że liczba dobiła później do tysiąca. W Częstochowie zwolenników aborcji było bodaj 60. W Łodzi też coś koło tego, a mówimy o jednym z największych polskich miast, jednocześnie najbardziej zateizowanym. Co do Poznania, to nie wiem, bo nagranie pokazuje głównie ciemną plamę i migające dookoła koguty policji chroniącej manifestantów. W Bielsku-Białej i Rzeszowie też było słabo.

Nie jest to ani rok 2020, ani nawet 2016, oględnie rzecz ujmując. Nawet jeśli demonstranci chcieli coś zdewastować, jak parę lat temu, to nie było kim robić. Może fachowcy od takich zadań jeszcze się uaktywnią (w końcu nie trzeba tłumów, żeby posmarować budynek czerwoną farbą w nocy), ale otwartego szturmu na kościół św. Krzyża dostępnymi obecnie siłami się nie powtórzy. Większe bywają comiesięczne publiczne różańce o zatrzymanie aborcji, nie mówiąc już o Marszu dla Życia i Rodziny, w którym w tym roku wzięło udział 40 tys. osób, w tym prezydent Karol Nawrocki.  

Biorę poprawkę na to, że demonstracje to nie wszystko, jeśli chodzi o nastroje społeczne i decyzje przy urnach wyborczych. I na to, że za jakiś czas same manifestacje mogą urosnąć. Nie można jednak powiedzieć, że wystarczyło rzucić iskrę i cały kraj eksplodował.

Główny wróg

Była jeszcze jedna różnica. Tym razem demonstranci byli tylko trochę zainteresowani posłami prawicy, nawet tymi, którzy mocno akcentują sprawę ochrony nienarodzonych. Czerwoną kartkę i tradycyjne hasło na „w” kierowano głównie w stronę rządu.

Przypomnijmy, Donald Tusk jeszcze przed wyborami pousuwał z list tych posłów, którzy mogliby głosować przeciw zabijaniu dzieci. Potem jego minister wprowadziła obowiązek przeprowadzania aborcji na podstawie lipnych zaświadczeń i zaczęła karać szpitale (i to nawet takie, w których dzieci giną, ale w jakimś konkretnym przypadku uznano, że to już za dużo). Posłowie już dwa razy próbowali przepchnąć przez sejm ustawę znoszącą kary dla sprzedawców tabletek poronnych, za drugim razem poparli też zgodę na abortowanie chorych dzieci. Właśnie im się udało.

Dla aborcjonistów to za mało. I tak wrzeszczą swoje „wyp-lać”.

Idealni sojusznicy. Warto się do nich przymilać.

Miło z ich strony, że jasno to pokazali – rządowi i tym politykom prawicy, którzy do dziś liczą, że zwolenników aborcji da się czymś udobruchać.

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« ‹ 1 › »