Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

WIELBŁĄD I UCHO IGIELNE

ANKIETA "ZNAKU" (cz.2)


Leszek Jerzy Jasiński

INTERES WŁASNY I WSPÓLNY

 

1. W każdym zawodzie trzeba kierować się pewnymi zasadami, w każdym przypadku można więc mówić o pewnej etyce zawodowej. Do prowadzenia działalności gospodarczej z pewnością nie wystarcza znajomość języków obcych, logiki i teorii decyzji, nawet gdy tę ostatnią rozumie się szeroko, łącznie z regułami zarządzania i analizy finansowej przedsiębiorstwa. Nie przypuszczam, by Leszek Balcerowicz, wymieniając trzy niezbędne składniki osobowości biznesmena, negował całkowicie inne potrzebne mu cechy i umiejętności.

Etyka w światowym biznesie odgrywa rolę niemałą: poważny człowiek interesu nie zechce współpracować z partnerem o złej reputacji, oszustwo eliminuje z pracy w wielu instytucjach, zwłaszcza w bankach, a ustna obietnica bywa traktowana jak zobowiązanie na piśmie. Z tego powodu gospodarka rynkowa nie zamieni się w wielką dżunglę, chociaż występuje w niej wiele zjawisk negatywnych, a zdrowe zasady postępowania mogą iść w parze z racjonalnym egoizmem.

2. Integracja gospodarcza z Zachodem jest wielką szansą dla polskiej gospodarki, którą - jak każdą szansę - można zmarnować. Sukces integracji zależy od naszej konkurencyjności na rynkach międzynarodowych oraz od umiejętności wykorzystania nowych, powstających dzięki niej możliwości - wszystko to w wielkim stopniu zależy od zachowań polskich przedsiębiorstw. Obawiam się, że w tym procesie nasi biznesmeni nie odegrają jednak należytej roli. Dlaczego?

Integracja europejska jest procesem, którego ważnym elementem, chociaż ani początkiem, ani zakończeniem, stanie się uzyskanie przez Polskę członkostwa w Unii Europejskiej. Prawdopodobnie nastąpi to w roku 2002. Proces ten, obejmujący przemiany w strukturach produkcji, handlu, zatrudnienia, własności, przestrzennego rozmieszczenia obiektów gospodarczych i wiele innych zjawisk, rozpoczął się kilka lat temu. A zatem już dzisiaj można oceniać postawę polskiego biznesu wobec zachodzących przemian.

Naszych przedsiębiorców interesuje, jakie konkretne udogodnienia i koszty spowoduje adaptacja przez Polskę kolejnych systemowych rozwiązań europejskich. Mają oni też świadomość, że na naszym rynku, w obliczu liberalizacji importu i napływu kapitału zagranicznego, zaostrza się konkurencja. Wielu z nich, widząc tę perspektywę, powiększa już dzisiaj nakłady na inwestycje. Oba zjawiska wypada oceniać pozytywnie.

Co zatem wydaje się niekorzystne? Polski biznes jako całość nie jest siłą istotnie wpływającą na kształt procesu integracji, nie jest podmiotem, z którym polskie władze, rządy krajów Unii oraz instytucje europejskie muszą się poważnie liczyć. Biznes adaptuje się do wymogów integracyjnych, ale jeżeli sugeruje coś rządowi, wynika to bardziej z interesów doraźnych niż z potrzeb długofalowych i ogólnogospodarczych. Wypada zauważyć, że sposób oddziaływania polskich kół gospodarczych na inne procesy ekonomiczne jest podobny.

I jeszcze jedna uwaga: jako społeczeństwo żyjemy trochę ponad stan. Będąc od bardzo niedawna krajem o gospodarce rynkowej, zbyt dużo przeznaczamy na konsumpcję, za małą wagę przywiązujemy do poprawy infrastruktury gospodarczej, unowocześnienia państwa i własnej gminy, do edukacji, dokształcania się, rozwoju nauki i technologii. Nie jest to postawa właściwa w świecie, w którym konkurencyjność jest tak ważna, a Polska po wielu trudnych latach uzyskała szansę lepszego rozwoju. Wina za to spoczywa w dużym stopniu na środowisku biznesu.

3. Nie potrafię analizować polskiego prawa z punktu widzenia łatwości podejmowania działań nieetycznych. Osoby lepiej ode mnie zorientowane twierdzą, że przepisy prawa i sposób ich egzekwowania pozwalają w praktyce na bardzo wiele działań nieetycznych i pozaprawnych, lub też legalnych, ale sprzecznych z etyką. Można, na przykład, prowadzić własny interes, zwłaszcza rodzinny, otrzymując jednocześnie zasiłek przysługujący bezrobotnemu (gdy tylko robi się to "w odpowiedni sposób", nie istnieje groźba wpadki).

Ryzykuję jednak tezę, że polski biznes na tle innych krajów nie jest wyjątkowo niemoralny. Niepokoi natomiast utrzymywanie się wśród dużej części społeczeństwa poglądu o nieuchronnej amoralności biznesu, co w gruncie rzeczy podważa sensowność zasad etycznych oraz wpływa negatywnie na rzeczywistość. Być może z robieniem interesów w Polsce jest jak z przestępczością: nie jest ona u nas dramatycznie wysoka, ale brakuje nam przekonania, że możemy sytuację poprawić.

Chociaż stworzenie prawa, które wymuszałoby przestrzeganie etyki, jest pewnie niemożliwe, to jednak stan rozwiązań systemowych oddziałuje na postępowanie biznesmenów. W Polsce pożądane jest zmniejszenie obciążeń podatkowych, których wysokość wręcz zachęca do oszustw. Zachodzi także potrzeba przeciwdziałania monopolizacji oraz nieuzasadnionej regulacji życia gospodarczego przez państwo. Prywatyzacja majątku państwowego rodzi wyzwania moralne, powstają one jednak także wtedy, gdy prywatyzacja jest opóźniana, a w rękach osób zarządzających tym majątkiem pozostaje własność w zasadzie niczyja. Trzeba również postulować większą trwałość przepisów prawa.

Posłużę się pewnym przykładem. W latach 1992-1996, a więc w okresie 60 miesięcy, tylko w ciągu 21 miesięcy ministrowie współpracy gospodarczej z zagranicą nie wydali nowych aktów prawnych regulujących handel zagraniczny, mających postać rozporządzeń, czyli uzupełnień ustaw parlamentarnych. Były też wydawane akty prawne niższego rzędu. Kto zliczy, ile w warunkach takiej niestabilności podjęto działań moralnie wątpliwych?

4. W pracy duszpasterskiej Kościoła w Polsce problemy gospodarcze: indywidualna etyka pracodawcy i pracobiorcy oraz etyka społeczna, zajmują niewiele miejsca. Przypuszczam, że wynika to z częstego, chociaż nie zawsze świadomego przekonania o małym znaczeniu tych problemów, a także z ograniczonej znajomości tej tematyki wśród większości księży.

To małe zainteresowanie sprawami etyki w gospodarce jest, być może, następstwem określonego sposobu rozumienia dominacji tego, co duchowe, nad tym, co materialne - tak zwanego sakralizmu, którego przeciwnikiem był św. Tomasz z Akwinu. Jak pisał Stefan Swieżawski, pogląd ten oznaczał, "że istnieje sfera spraw i przedmiotów związanych z kultem i życiem religijnym, tzw. sfera sakralna, (...) [która] zasługuje na specjalne zainteresowanie i szacunek ze strony człowieka wierzącego. Reszta zaś spraw, tzw. rzeczywistość niesakralna, czyli świecka sfera życia - jakby nie ostemplowana tym znakiem sakralności - to dziedzina co najwyżej tolerowana, ale w gruncie rzeczy w stosunku do sfery sakralnej nieważna, niegodna uwagi i troski. (...) W istocie - i to jest rzecz zasadnicza - tego rodzaju sakralizm jest podobnym zniekształceniem chrześcijaństwa jak i manicheizm."1

Chciałbym w tym miejscu przedstawić dwie obserwacje osobiste. W latach siedemdziesiątych byłem związany z ośrodkiem duszpasterstwa akademickiego bardzo wysoko notowanym w skali kraju. Nasz duszpasterz, niezwyczajny zakonnik-naukowiec, nigdy jednak nie mówił o katolickiej etyce społecznej, chociaż miał wokół siebie niemałą grupę studentów ekonomii. W innych ośrodkach nie było chyba inaczej.

Obserwacja druga. W książce o. Macieja Zięby poświęconej nauczaniu Jana Pawła II2 wiele miejsca zajmują rozważania na temat demokracji i gospodarki rynkowej. Prowadzą one do precyzyjnego ustalenia, jakie jest w tych kwestiach stanowisko Papieża, a więc i Kościoła. Jest dla mnie paradoksem to, że po ośmiu latach demokracji i gospodarki rynkowej w Polsce oraz po tak wielu okazjach do popularyzacji myśli papieskiej istnieje potrzeba wypowiedzenia, co w tych sprawach jest fundamentalne. A na dodatek powstaje żal, że ta świetna książka, z braku reklamy, nie zbłądziła pod strzechy.

Obecność zagadnień gospodarczych w pracy Kościoła wypada chyba rozpatrywać w związku z polskimi tradycjami ekonomicznymi, które są dosyć skromne. Nieszczęściem I Rzeczypospolitej była nie tylko "złota wolność", ale i brak warunków dla rozwoju mieszczaństwa. Na skutek rozbiorów staliśmy się narodem bez wieku dziewiętnastego, bardzo ważnego w rozwoju gospodarki światowej. II Rzeczpospolita istniała zbyt krótko, by przezwyciężyć brak kapitałów i silnych rynków zbytu.

W polskiej tradycji wizerunek kupca zajmował zbyt mało miejsca, patriotyzm Wołodyjowskiego dominował nad patriotyzmem Wokulskiego. Polska przez tysiąc lat pozostawała częścią Europy: politycznie, kulturowo, religijnie, także gospodarczo, jednak w tym ostatnim przypadku zbyt słabo. Dopiero po 1989 roku powstała szansa na stopniową zmianę naszej pozycji w świecie.

W roku 1945 Kazimierz Wyka pisał o szkodach, jakie w etyce gospodarczej Polaków spowodowały lata okupacji; na oznaczenie rozbratu moralności i ekonomii użył terminu "gospodarka wyłączona".3 To określenie wydaje się dobrze ilustrować także sytuację występującą w PRL. Istnieje groźba powtórzenia się takiego "wyłączenia" po raz trzeci, zwłaszcza w sferze społecznego rozumienia zjawisk gospodarczych. Tym razem jednak nie dokonałoby się to w następstwie zniewolenia zewnętrznego.

Nie ma lepszego nauczyciela etyki, także etyki zawodowej, niż Kościół. Katolicyzm, inaczej niż etyka racjonalnego egoizmu, zawiera zarówno zachętę do aktywnego gospodarowania, jak i zrozumienie sytuacji słabszego. Jest otwarty dla osób myślących, jak produkować dużo i wydajnie, oraz dla używających pojęć pozornie staroświeckich, jak sprawiedliwość społeczna, cena sprawiedliwa, wyzysk, postęp, solidarność. Czy należy się godzić, by na ocenę zjawisk ekonomicznych przez społeczeństwo składały się infantylne wyjaśnienia rodem z PRL, czasem połączone z przesądami o rodowodzie endeckim, lub najtańsza odmiana liberalizmu, uznająca, że wolny rynek, niczym czarodziejska różdżka, uwalnia nasze sumienia od wyzwań pojawiających się w gospodarce?


LESZEK JERZY JASIŃSKI, profesor Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN. Publikował m.in. w "Znaku’’, "Znaku-Ideach’’ i w czasopismach specjalistycznych.

 



 

Krzysztof Pawłowski

SZCZĘŚCIE PRZEDSIĘBIORCY

 

 

1. W kierowanej przeze mnie uczelni - nowosądeckiej Wyższej Szkole Biznesu - etyka biznesu wchodzi w skład kursu obowiązkowego. Najprostsze wytłumaczenie tego faktu jest suche i pragmatyczne: wykłady z etyki biznesu przewidziane są w programie przejętym od będącego naszym partnerem amerykańskiego uniwersytetu. Nie jest to jednak wytłumaczenie ostateczne. Na całym świecie panuje obecnie tendencja do wzbogacania studiów biznesowych o przedmioty humanistyczne. Pozwalają one na wykorzystanie w prowadzeniu biznesu nowych obszarów ludzkiego umysłu. Podobne znaczenie mają wykłady z etyki biznesu. Staramy się wpoić naszym studentom przekonanie, że w dłuższej perspektywie działanie zgodne z zasadami etyki pozwala korporacji na osiągnięcie lepszych wyników finansowych. To właśnie z tego powodu (a nie ze względów religijnych czy moralnych) zajęcia z etyki biznesu znalazły się w programach wszystkich liczących się uczelni biznesowych na świecie.

Dla mnie motywacja moralna ma w działalności gospodarczej znaczenie samoistne - należy postępować moralnie, bo tak trzeba, a nie dlatego, że się to opłaca. Wydaje mi się jednak, że pokoleniu moich studentów nie da się skutecznie przekazać katalogu wartości moralnych, jeżeli w stosowaniu się do nich nie będą widzieli celów zgodnych z racjonalnością ekonomiczną. Studenci trafiają na uczelnię ukształtowani przez wzorce wyniesione z domu rodzinnego i jeżeli studia mają przygotować ich do podejmowania dojrzałych (a więc także moralnych) wyborów życiowych, to może tak się stać tylko dzięki osobistemu autorytetowi nas samych, wykładowców czy władz uczelni. Myślę, że osobisty przykład jest w procesie kształcenia najważniejszy. Podobnie jest w polityce; nie należy deklarować, że jest się na przykład politykiem chrześcijańskim - należy postępować tak, by inni sami dostrzegali w naszym działaniu wierność wartościom Dekalogu.

Mam świadomość, że trening menedżerski, jakiemu poddajemy naszych studentów (na przykład zaszczepianie im przekonania, że "są dobrzy" i mogą wiele w życiu osiągnąć), rodzi niebezpieczeństwo zachłyśnięcia się skutecznością. Ale dla mnie ważniejszy jest aspekt pozytywny: w polskiej tradycji czci się przegranych bohaterów, nie ma natomiast szacunku dla wygrywającego. Dlatego uruchomiliśmy pewne mechanizmy, które naszych studentów zmuszają do rywalizacji. Równocześnie jednak - aby uniknąć groźby, że w swoich kolegach widzieć będą tylko konkurentów - staramy się zapewnić im warunki (także materialne: akademiki, zaplecze sportowe itp.), w których czuliby się wspólnotą. Walkę o zwycięstwo łączymy z elementami pracy zespołowej. Taki też m.in. cel ma stworzenie duszpasterstwa akademickiego.

Z punktu widzenia doświadczeń ostatnich kilkunastu lat widać wyraźnie, że w przeszłość odchodzi czysto pragmatyczny model przedsiębiorcy. Czołówka wielkiego biznesu zaczyna zrywać z traktowaniem pracowników w kategoriach "siły roboczej". Pracownika traktuje się coraz częściej jako partnera (dobrym przykładem jest powołana przez General Motors fabryka "Saturn", wymyślona i stworzona przez dwóch ludzi: dyrektora General Motors i szefa tamtejszych związków zawodowych). Trzeba uczciwie powiedzieć, że o popularności takiego podejścia decyduje fakt, iż przynosi ono lepsze wyniki finansowe, podnosi wydajność pracy. Nie jest to motywacja szczególnie szlachetna, ale wyraża się w niej także szacunek dla pracy.

2. Na przedsiębiorstwach spoczywa przede wszystkim odpowiedzialność za wspólnoty lokalne. Możliwe są dwa do pewnego stopnia przeciwstawne rodzaje działania ze strony firm. Pierwszy to prowadzenie działalności charytatywnej, drugi - tworzenie nowych miejsc pracy i wzbogacanie konkretnych pracowników. Przyznam, że ta druga metoda jest mi bliższa. Jeżeli przedsiębiorca płaci swoim pracownikom w sposób uczciwy, jego zamożność zaczyna się "rozlewać" na otoczenie. To, że średnia zarobków w mojej szkole jest stosunkowo wysoka, oznacza, że wokół szkoły tworzy się łańcuch rodzin, którym łatwiej żyć. Zasada: "gdy ktoś prosi o rybę, daj mu wędkę", jest najskuteczniejszym sposobem niesienia pomocy.

Trzeba jednak przy tym pamiętać o tych, którzy - z rozmaitych przyczyn - nie radzą sobie w gospodarce wolnorynkowej. Jak roztoczyć nad nimi opiekę - na to pytanie nigdzie na świecie nie zdołano udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi. Wzorcem niemożliwym w Polsce do zastosowania ze względu na różnice kulturowe jest system japoński, w którym bezrobocie nieomal nie istnieje, a człowiek wiąże się z firmą na całe życie. Japończycy godzą się zrezygnować z części zarobków, by wspomóc w ten sposób słabszych. U nas nie ma na to przyzwolenia. Ogromną rolę do spełnienia mają natomiast tak zwane organizacje pozarządowe, które powstają dlatego, że potrzebują ich konkretni ludzie. Takie grupy działają najskuteczniej. Przed półtora rokiem z grupą kilkudziesięciu burmistrzów zorganizowaliśmy doroczny konkurs na najciekawsze inicjatywy lokalne. Dla wielu burmistrzów wielkim odkryciem było to, jak wiele ciekawych oddolnych inicjatyw powstało na zarządzanym przez nich terenie. Rolą samorządów jest stwarzanie możliwości działania tym, którzy chcą zrobić coś pożytecznego na samym dole. Takich ludzi nie brakuje, a proponowane przez nich metody na przykład walki z bezrobociem są często skuteczniejsze od ociężałej działalności biurokratycznej machiny państwowej.

Odpowiedzialność za stan polskiej gospodarki w perspektywie jej integracji z rynkami zachodnimi spoczywa, w moim przekonaniu, na parlamencie i na rządzie. Ich zadaniem jest stworzenie czytelnych i obowiązujących wszystkich reguł. Na barkach przedsiębiorców nie spoczywa żadna misja zbawiania Polski - wystarczy, że każdy z nich, korzystając z równych dla wszystkich reguł, będzie prowadził normalną, nastawioną na zysk działalność. W ten sposób przyczyni się do pomnażania dobra wspólnego skuteczniej, niż gdyby przed swoją firmą stawiał szlachetne cele pozaekonomiczne. Ważną rolę do odegrania mają natomiast organizacje biznesowe, które mogą wypracowywać rozwiązania korzystne dla wszystkich podmiotów gospodarczych. Integracja oznacza także, że kilka tysięcy polskich przedsiębiorców i menedżerów będzie musiało nauczyć się funkcjonować w warunkach rynku jeszcze nie globalnego, ale już europejskiego. Drugim zadaniem organizacji biznesowych jest przygotowywanie przedsiębiorców do tej nowej sytuacji.

3. Największe możliwości moralnych nadużyć na styku gospodarki i polityki wiążą się ze sferą uznaniowości, która rozszerzała się w ciągu ostatnich lat. Nie jest to choroba specyficzna dla Polski. Podobne problemy, i to nierzadko na o wiele większą skalę, pojawiają się w krajach o najbardziej zakorzenionych tradycjach kapitalistycznych. Jedynym lekarstwem na korupcję jest stwarzanie jednoznacznych reguł prawnych. Ogromnym nieszczęściem Polski (do którego przyłożyły swoją rękę także rządy postsolidarnościowe) jest zakres rozmaitych delegacji ustawowych już nie tylko dla ministrów, ale i dla zwykłych urzędników. Stopień zdeprawowania aparatu państwowego jest przerażający. Sytuacji tej nie da się zmienić tylko przez zwiększenie kontroli ze strony organów sprawiedliwości. Jeżeli nie odbierzemy urzędnikom prawa do udzielania koncesji, do decydowania w sposób arbitralny, nie ograniczymy obszaru korupcji.

Osobny problem to kwestia finansowania działalności partii politycznych. Jestem zwolennikiem, by czynił to budżet państwa (jest tylko pytanie, do jakiego szczebla), bo pieniądze podlegające kontroli NIK-u są dużo bardziej "przezroczyste" i mniej korupcjogenne niż pieniądze płynące z kas prywatnych firm.

Jeszcze groźniejsze jest, moim zdaniem, szerzenie się przekonania, że pewnych rzeczy nie da się załatwić bez wręczenia łapówki. Jestem gorącym zwolennikiem gospodarki liberalnej po pierwsze właśnie dlatego, że minimalizuje ona obszar dowolności. Drugim zaś powodem jej wyższości nad znanymi z Europy Zachodniej rozwiązaniami państwa socjalnego jest fakt, że pieniądze przechodzące przez budżet państwa wydawane są mniej efektywnie.

4. Misja Kościoła dotyczy pojedynczego człowieka i jego zbawienia. Ale w Polsce Kościół tradycyjnie pełnił inną jeszcze rolę: obrońcy wartości w życiu publicznym. Także dzisiaj tego rodzaju działalność powinna zajmować ważne miejsce w pracy duszpasterskiej. Kościół powinien uczyć nie tylko poczucia związku z narodem, ale i poczucia odpowiedzialności za państwo. Przyznam, że świadomości tego obowiązku trochę mi w katechezie polskiego Kościoła brakuje. Druga dziedzina publicznej aktywności Kościoła to budowanie więzi na poziomie "małych ojczyzn". Na razie, niestety, tylko nieliczne parafie spełniają funkcję ośrodków integrujących lokalne wspólnoty.

Czy katolicka nauka społeczna może być przydatna w pracy biznesmena? Bałbym się teoretycznych generalizacji, dlatego odpowiem na to pytanie na konkretnym przykładzie mojej uczelni. Z punktu widzenia menedżerskiego jest ona klasycznym przedsiębiorstwem. Jednak fakt, że jestem katolikiem i że staram się traktować nakazy wiary w sposób uczciwy, nigdy nie był dla mnie obciążeniem. Przeciwnie, religia wskazuje mi granicę, której nie wolno przekraczać, a stosowanie się do jej przykazań nie prowadzi do zmniejszenia efektywności. Religia wyznacza "warunki brzegowe", a ich istnienie ułatwia skuteczne działanie.

Otwarte jest natomiast pytanie, czy z inspiracji religijnej można czerpać pozytywne wskazówki w prowadzeniu biznesu. Wielokrotnie je sobie zadaję i potrafię na nie odpowiedzieć tylko w sposób bardzo ostrożny: z punktu widzenia efektywności nie jest obojętne, czy przedsiębiorca jest człowiekiem szczęśliwym w najgłębszym wymiarze życia. Dla mnie elementem tego szczęścia jest coś, co można nazwać życiem wewnętrznym (wolę używać tak ogólnego określenia, bo publiczne mówienie o uporządkowanym życiu religijnym trąci faryzeizmem). Obejmuje to także udane życie rodzinne. W moim przypadku ma to miejsce głównie dzięki poważnemu traktowaniu wiary i duchowemu związkowi z Kościołem. Chciałbym, aby nie zostało to odczytane jako przejaw instrumentalnego podejścia do wiary, ale muszę powiedzieć, że dzięki uporządkowaniu tej sfery jestem także sprawniejszy w pracy.

Bardzo nie lubię mówić o sobie, że poświęcam się dla innych, lubię natomiast słowo "wyzwanie". To niezwykła radość: móc tworzyć i wiedzieć, że jest się "w porządku". Kilkakrotnie otarłem się o śmierć i żartuję sobie czasami, że widocznie nagrzeszyłem tak dużo, iż Pan Bóg mnie nie chce. Ale czasami pojawia się myśl: a może dlatego właśnie dane mi jest jeszcze żyć, że mam coś istotnego do zrobienia? W moim przypadku wiara religijna jest niezwykle mocną motywacją do pracy. To ona też daje mi siłę, by w sytuacjach moralnie niejednoznacznych, należących do tak zwanej "szarej strefy", która zgodna jest z prawem, ale budzi wątpliwości moralne, opierać się pokusie przyjęcia korzystnych propozycji.

Muszę się wreszcie przyznać i do tego, że gdybym był "bezdusznym" przedsiębiorcą, to na przykład w szkole pracowałoby mniej osób. Ale dotykamy tu sprawy bardzo delikatnej: poczucie bezpieczeństwa nie może demoralizować pracowników, sprawiać, że nie przykładają się do obowiązków, spychając je w ten sposób na tych, którzy pracują uczciwie, czy pogrążając przedsiębiorstwo w tarapatach.


KRZYSZTOF PAWŁOWSKI, fizyk, założyciel i rektor Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, były senator i prezes Klubu Inteligencji Katolickiej w Nowym Sączu.

 



Tadeusz Syryjczyk

CNOTA ZAUFANIA

 

Wzór osobowy polskiego biznesmena będzie się kształtował przez pokolenia. Trudno dzisiaj mówić o - dobrej lub złej - ale wykształconej obyczajowości. Jej powstanie było bardzo utrudnione ze względów historycznych. Czas zaborów, niedorozwój kapitalizmu sprawiły, że zarówno wpływy refleksji moralnej kształtującej etos bourgeois, jak i praktyka kapitalizmu nie pozostawiły większych śladów w społecznej mentalności.

Dziś Benjamin Franklin - o ile ktoś w ogóle kojarzy jego osobę - pozostaje raczej wynalazcą piorunochronu niż wielkim wychowawcą epoki młodego kapitalizmu. Jego maksyma: czas to pieniądz - nie znajduje przesadnego uznania. Również autor Przygód Robinsona Crusoe, Daniel Defoe, i jego znana powieść nie kojarzą się z etosem przedsiębiorcy. Specyfiką okresu międzywojennego była słabość polskiego kapitalizmu i kapitału, a wzorce osobowe kształtowały raczej cnoty rycerskie i tradycja walki o niepodległość niż cnoty mieszczańskie. Na dodatek w czasie wojny i po wojnie klasa średnia uległa całkowitej destrukcji. Zagłada Żydów, którzy odgrywali znaczącą rolę w handlu, wywłaszczenie reszty przedsiębiorców, którzy przeżyli wojnę, i wreszcie "bitwa o handel" oznaczały nie tylko likwidację klasy społecznej. Nawet ci, którzy przetrwali, prowadząc niewielkie warsztaty lub sklepy, bardzo często uważali się za grupę schyłkową i skłaniali swoje dzieci do wyboru innego sposobu na życie niż własna przedsiębiorczość. Tak więc nawet to, co w niesprzyjających okolicznościach zdołał wykształcić wiek XIX i pierwsza połowa XX, nie było przekazywane ani w rodzinie, ani - tym bardziej - przez oficjalny system wychowawczy. Przeciwnie - uległo destrukcji.

Równocześnie etos kupiecki, mieszczański - jak trafnie zauważa Maria Ossowska - był poddany krytyce, i to z trzech różnych punktów widzenia. Wywodziły się one z zupełnie różnych tradycji - szlacheckiej, marksistowskiej i bohemy artystycznej, ale w dziele obrzydzania cnót właściwych klasie średniej spotkały się bez przeszkód. W tym sensie prowadzenie interesów, oszczędzanie, by inwestować, posiadanie czegoś więcej ponad dobra osobistego użytku, osiąganie zysku i w ogóle "bycie prywaciarzem", "badylarzem" itp. jawiło się po prostu jako zło. Bariera uczciwości oraz moralna legitymacja dla prawa własności zostały postawione w miejscu przedziwnym. Z socjalistycznej zasady wspólności środków produkcji oraz bezwzględnego poszanowania własności osobistej wynikało na przykład, że wyższy tytuł do swej własności miał właściciel jachtu wypoczynkowego (własność osobista chroniona konstytucyjnie) od właściciela łodzi, który przeprawia ludzi przez rzekę (środek pracy - a więc w rękach prywatnych narzędzie wyzysku - podlegający nacjonalizacji).

Przemiany 1989 roku zniszczyły tę barierę z epoki socjalizmu: początkowo surową i prostą, potem dziwacznie pokrzywioną, stopniowo pozbawianą głębszej motywacji ideologicznej, nadszarpniętą przez powszechną tolerancję dla jej omijania. Omijania koniecznego do życia człowieka, ale w końcowej fazie socjalizmu - koniecznego także dla funkcjonowania społeczeństwa i gospodarki. Zniszczeniu barier towarzyszy jednak powstanie próżni. Tak się też stało. Po odrzuceniu zakazu przedsiębiorczości w ogóle powstał zamęt. Próby moralnego uzasadnienia dość elementarnych zakazów, na przykład prawnego wykluczenia ewidentnego konfliktu interesów polegającego na pełnieniu funkcji kierowniczych w firmach, które ze sobą handlują, napotykały na niezrozumienie także u uczciwych ludzi, dalekich od jakichkolwiek krętactw. Traktowano je jako recydywę socjalizmu.

Tymczasem pomiędzy zakazem handlu i moralną delegitymizacją własności a przyzwoleniem na dowolne zachowania rozpościera się przepaść. Różne religie i kultury wypełniają ją rozmaicie. Brak wzorców, etyki i dobrych obyczajów jest zjawiskiem negatywnym. Prawo nie zastąpi ich do końca. Zresztą kształtowanie prawa wyłącznie w oparciu o sprawdzone wzory zagraniczne jest zadaniem skomplikowanym, a stosowanie prawa nie zakorzenionego w świadomości przeważającej części społeczeństwa napotyka na trudności, bywa, że prowadzi do konfliktu pomiędzy poczuciem prawa i moralności, co zagraża obniżeniem powagi państwa i prawa.

Kształtowanie zasad etycznych, wzorców postępowania, obyczajowości jest więc ze wszech miar pożądane. Miejscem ich powstawania powinny być kręgi elit, które zechcą uczynić z określonych zasad kryterium uznania. Powstanie elit, które narzucą sobie i pośrednio wszystkim standardy etyczne, jest czynnikiem twórczym i trudnym do przecenienia. Gdy one same - funkcjonując wewnątrz środowiska - zaczynają pewne zachowania krytykować i ganić, a inne pochwalać, stają się w ten sposób źródłem ożywiającym i umacniającym obyczaje z pogranicza profesjonalizmu i etyki zawodowej oraz środowiskowej.

Tworzenie etycznych standardów funkcjonowania biznesu powinno należeć do zadań stowarzyszeń gospodarczych grupujących przedsiębiorców. Demokracja to nie tylko struktury państwowe, partie polityczne i związki zawodowe. Potrzebne są również organizacje, które zrzeszają kilku czy kilkunastu ludzi zgromadzonych wokół wspólnych spraw, tworzących poglądy, które trafiają potem na szersze forum dyskusji; w ten sposób wykształca się opinia publiczna. Myślę, że nasze życie publiczne jest wciąż ubogie, gdyż nic nie wypełnia luki pomiędzy jednostką a państwem. Luka ta czyni demokrację kulawą, sprawia, że staje się ona grą elit politycznych pozbawionych zakorzenienia w społeczeństwie. Diagnoza ta dotyczy także sfery gospodarczej i jej wymiaru etycznego.

Skąd czerpać te wzorce i jakie powinny one być?

Zważywszy na dominującą rolę tradycji chrześcijańskiej, naturalnym źródłem jest społeczna nauka kościoła. Z powodów, o których wyżej, Kościół stał i w dużej mierze nadal stoi na uboczu tej problematyki. W ogóle problematyka etyki, nie tylko biznesu, traktowana jest z pewną rezerwą. W Polsce stosunkowo częściej kościelnej ocenie podlegają instytucje, prawo, państwo, rzadziej zasady, sposoby postępowania człowieka. Znaczenie Kościoła zależeć będzie od tego, jak szybko znacząca część duchowieństwa, katechetów i kaznodziejów zauważy że wśród wiernych coraz liczniejszą grupę stanowią ludzie, którzy stają przed dylematami moralnymi, jakie wiążą się z pracą "na swoim", z prowadzeniem firmy, z zatrudnianiem pracowników. Są to dylematy nie znane do niedawna ani im samym, ani nawet ich rodzicom.

Niezwykle ważny dokument, encyklika Jana Pawła II Centesimus annus, jest w polskim Kościele zbyt mało znany. Jakkolwiek dotyczy on raczej kwestii samego ustroju ekonomicznego, to jednak ukazuje, jakie wybory są w ramach wolnościowego systemu ekonomicznego możliwe i jaki jest sens moralny dokonywanych wyborów. Zapewne daleko stąd do wskazań etycznych, jest to raczej interpretacja wartości, ale jednak ten wielki wkład w uporządkowanie moralnych ocen instytucji i zachowań właściwych dla kapitalizmu wart jest lepszego wykorzystania.

Język i treści encykliki bliskie są tezom, które składają się na to, co Mirosław Dzielski nazywał chrześcijańskim liberalizmem. Jasne wskazanie na pozytywną rolę zysku i rynku połączone jest ze stawianiem przed państwem zadania prowadzenia aktywnej polityki, także polityki społecznej. Zadanie to jednak - wskazuje encyklika - nie powinno być realizowane na  drodze walki z rynkiem i korodowania mechanizmów gospodarczych. Innymi słowy, polityka społeczna nie może naruszać wolności ekonomicznych, które trzeba traktować z taką samą powagą jak inne wolności obywatelskie.

Mimo sporych luk w naszej tradycji również w Polsce nie brakowało prób sformułowania - i to na gruncie katolickim, a nie protestanckim - zasad etyki kupca, rzemieślnika itd. Warto też odrobić długotrwały brak rzeczowego kontaktu z tradycją burżuazyjną. Także dziś są formułowane zasady postępowania, które mają wymiar etyczny, jak na przykład zasady opracowane przez The Caux Round Table. Są one na ogół zbieżne z tym, czego uczy Kościół.

W Polsce mamy do czynienia z narastaniem dylematów o wymiarze moralnym. Pierwszy z nich to kwestia przejrzystości zachowań po stronie biznesu i państwa. Przejrzystość eliminuje korupcję, wzmacnia rolę kompetencji, jakości, a ogranicza znaczenie koneksji i układów. Ma swych zwolenników - istnieje nawet światowe lobby na rzecz transparency. Ma też przeciwników - nie tylko w Polsce - wskazujących, że powoduje ona zduszenie nowych inicjatyw w krajach o niższym poziomie rozwoju, które w warunkach pełnej przejrzystości muszą przegrać z renomowanymi firmami. W imię równości szans, ale nie równości formalnej, lecz  rzeczywistej, przeciwnicy przejrzystości gotowi są poszukiwać idei motywujących "gospodarczy nacjonalizm", pomimo znanych zagrożeń, jakie stąd wynikają.

Na tym tle pytanie o odpowiedzialność polskiego biznesu za interes gospodarki w procesie integracji prowadzi nas do rozważania znacznie głębszego problemu. W jakim stopniu biznes - choć nie tylko on - wykaże postawę, która sukcesu życiowego upatruje w zachowaniach opartych na kompetencji i uczciwości, a jednocześnie na wierze w szansę powodzenia i na odwadze podejmowania wyzwań? Czy też, paradoksalnie, także w tej grupie społecznej objawią się ludzie skłonni upatrywać wszędzie niebezpieczeństwa, poszukiwać sposobów obrony, a w rezultacie raczej propagować brak zaufania?

Jeżeli jednak pytamy o konkretne zasady, to osobiście uważam, że ich myślą przewodnią powinno być poszanowanie człowieka poprzez kształtowanie zaufania - pomiędzy samymi ludźmi biznesu, pomiędzy nimi i konsumentami oraz pracownikami, pomiędzy biznesem i społecznością - zarówno globalną, jak i lokalną. Jest to bardzo ważne kryterium; wiele wskazuje, że cnoty, które sprzyjają wzajemnemu zaufaniu oraz czynią zeń powszechny obyczaj, a z podstępu wyjątek, są nie tylko miłe Panu Bogu, ale w dłuższej perspektywie - jak pokazują badania nad losem narodów - stanowią niezastąpiony kapitał, konieczny do budowy pomyślnej egzystencji materialnej społeczeństw.

 



 

Jan Szomburg

ZARZĄDZAĆ PRZEZ WARTOŚCI

1. Z punktu widzenia czysto pragmatycznego (określonego potrzebami rozwoju gospodarczego) ważne jest, by istniejące wzorce osobowe biznesmenów czy menedżerów przekładały się na dwie elementarne kwestie: stworzenie odpowiedniej struktury bodźców oraz możliwie wysoki stopień pewności relacji między uczestnikami życia gospodarczego (przestrzeganie formalnych i nieformalnych umów). Gospodarki, w których nie ma odpowiedniego systemu bodźców i w których panuje nadmierna niepewność (umowy nie są przestrzegane), są nieefektywne. Nie ma uniwersalnego wzorca osobowego biznesmena, który sprzyjałby realizacji tych dwóch wymogów. Musi on być bowiem zgodny z tradycją i kulturą danego społeczeństwa. Wzorce japońskie będą kontrproduktywne w USA i na odwrót. W Japonii istnieje kapitalizm typu instytucjonalnego, oparty na "relacjach", w USA mamy kapitalizm rynkowy, oparty na "transakcjach".

Problem z polskim "wzorcem osobowym" biznesmena polega na trudności w sprecyzowaniu punktu odniesienia wobec dość szczególnego (przejściowego) stanu rozbicia kulturowego naszego społeczeństwa. Po dezintegracji wywołanej pierwszą, PRL-owską falą modernizacyjną oraz obecną drugą falą transformacyjną jest ono dopiero w trakcie poszukiwania swej nowej tożsamości kulturowej, nowej syntezy między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, która zostałaby uwewnętrzniona przez większość obywateli. Społeczno-kulturowo-polityczne rozbicie na dwie lub nawet trzy Polski utrudnia zaistnienie skutecznego (w sensie ekonomicznym) wzorca osobowego polskiego biznesmena, podobnie jak polityka itp.

Nie ma wątpliwości, że pożądany typ biznesmena powinien być oparty "na wartościach". Zarządzanie "przez wartości" jest bowiem przy współczesnej złożoności szeroko rozumianego procesu pracy (a w tym w szczególności potrzeby kreatywności) najskuteczniejszym sposobem zarządzania. Współczesny biznesmen musi być prawdziwym liderem, i to w szerokim tego słowa rozumieniu (również w sensie moralnym). Gospodarka rośnie na zaufaniu i akceptacji określonych reguł gry. Jednak trudno obecnie przesądzać, jakie reguły gry, jakie wartości zdobędą dusze Polaków: przykładowo, ile będzie tam wartości indywidualistycznych, a ile solidarystycznych.

Postulat etyki w biznesie ma oczywiście znaczenie przekraczające perspektywę samej skuteczności ekonomicznej. Etyka i kultura biznesu jest składową, a zarazem wypadkową etyki i kultury ogólnej społeczeństwa.

2. Generalnie biorąc, polski biznes powinien popierać integrację Polski z Unią Europejską, bo taka jest polska gospodarcza i polityczna racja stanu. Jednak praktyczne zdyskontowanie tych szans, które oferuje wejście do UE, będzie zależało od dwóch rzeczy: od tego, co dalej będzie się działo z reformami w Polsce - jaki ustrój gospodarczy sobie zafundujemy - oraz od tego, jak wejdziemy do Unii, czyli w jakich kwestiach i na jak długo wynegocjujemy tak zwane derogacje (przejściowe niestosowanie regulacji i norm unijnych). Polski biznes powinien popierać zdrową politykę gospodarczą, szybkie reformy instytucjonalne i strukturalne, gdyż to wzmocni organizm polskiej gospodarki (a w tym jej siłę kapitałową) i pozwoli nadrabiać dystans do krajów Europy Zachodniej. Oprócz strategii integracji Polska powinna mieć też narodową strategię doganiania krajów wysoko rozwiniętych.

Rząd nie jest w stanie - nawet przy najlepszej woli - sam sformułować dobrej strategii negocjacyjnej. Potrzebna jest tu aktywność bezpośrednio zainteresowanych.

3. Głównym problemem moralnym okresu transformacji jest nierówność szans. Dotyczy ona zarówno procesu dystrybucji własności (prywatyzacji), rozkładu dochodów, jak i szans na pracę. Nierówność szans ma częściowo charakter obiektywny, wynikający z samej istoty transformacji.

Pracownicy sektorów, które z arbitralnych względów były w okresie PRL-u nadmiernie rozwijane (a obecnie muszą się skurczyć), są w innej sytuacji niż pracownicy sektorów, których potencjał okazał się obecnie niedostateczny, które mogą liczyć na naturalny boom rozwojowy. Przejście z gospodarki księżycowej do weryfikowanej przez rynek (krajowy i zagraniczny) musiało wywołać znaczne perturbacje.

Obok tych niejako obiektywnych nierówności istnieją też jednak nierówności subiektywne, wynikające z przyjętej polityki gospodarczej i sposobu funkcjonowania państwa. Szczególnie rażące są te z nich, które wiążą się z zawłaszczeniem i eksploatacją państwa przez byłą nomenklaturę. W ciągu rządów koalicji SLD-PSL państwo w sposób ostentacyjny i na szeroką skalę używane było do realizacji interesów prywatnych, grupowych i politycznych. Podstawowymi narzędziami były prywatyzacja, dysponujące publicznymi środkami i majątkiem różnego rodzaju agencje (np. słynna Agencja Rozwoju Gospodarczego) i fundusze (np. Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych), kontyngenty i licencje, gwarancje i poręczenia, ulgi i umorzenia podatkowe, "układane" przetargi publiczne itp. W latach 1994-1997 miał miejsce wielki transfer majątku, pieniędzy i kontroli z rąk publicznych w ręce prywatne. Nastąpiło coś w rodzaju pierwotnej akumulacji kapitału, przy czym była to koncentracja wspomagana przez państwo, a nie przez rynek.

Okoliczności te są przez większość społeczeństwa odbierane jako niesprawiedliwe, godzące w poczucie ładu moralnego. Tworzy to u tej części społeczeństwa swoistą barierę psychologiczną utrudniającą akceptację nowej rzeczywistości i jej moralne uprawomocnienie. Nowa rzeczywistość nie jest odbierana jako bardziej sprawiedliwa. Nadal decydują układy (zmieniła się tylko forma), a ci, którzy mieli się dobrze w PRL i byli współodpowiedzialni za tamten system, mają się dobrze i teraz. Zło nie tylko nie zostało ukarane, ale wręcz nagrodzone.

Państwo w ciągu ostatnich lat dawało często zły przykład, promując raczej nieuczciwość niż uczciwość, stanowiąc nierzadko złe prawo, działając na granicy prawa itp. W takich warunkach nie buduje się autorytetu państwa i trudno oczekiwać lojalnych wobec niego zachowań biznesu (rezygnacji z szarej strefy).

Uzdrowienie państwa byłoby więc dobrym impulsem do wzrostu standardów etycznych w biznesie. Trzeba jednak zauważyć, że samo życie - doświadczenia praktyczne - też będzie raczej działało w tym kierunku. Polscy biznesmeni bowiem dopiero uczą się racjonalnych wzorców zachowań. Podejście "ukraść (czy oszukać) i w krzaki" pokazało już swoje słabości. Również złe traktowanie pracowników niejednemu dało nauczkę. Obyczaje biznesowe będą się więc zmieniać - na korzyść, jak sądzę.

4. Kościół wydaje się jeszcze ciągle nie przygotowany do odpowiedzi na pytanie, jak traktować w duszpasterstwie problemy gospodarcze. W latach 1990-1993 Kościół był w tych sprawach zbyt bierny (wyczekujący). Później poparcie dla nowej rzeczywistości było tym bardziej niezręczne. Jak wzywać do uczciwych zachowań, gdy nie przynoszą one efektów, jak wzywać do lojalności wobec pracodawców, gdy ci są nomenklaturowego pochodzenia i zajęli swe pozycje dzięki protekcji itp.? Tymczasem ta nowa rzeczywistość jest i potrzebuje swych fundamentów moralnych.


JAN SZOMBURG, ekonomista, prezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, członek Rady Przekształceń Własnościowych przy Premierze RP.

 



 

Jan Winiecki

RYNEK SPRZYJA ETYCE

1. Bardzo niechętnie wdaję się w dyskusję o "typach idealnych", ponieważ rzadko wnoszą one cokolwiek do przedmiotowej dyskusji. Tak jest i tym razem. Przyjmijmy jako daną, że aktualne wzorce osobowe znacznie odbiegają od cech przedsiębiorcy opisywanych na przykład przez Benjamina Franklina. Polscy przedsiębiorcy wywodzą się głównie z czterech środowisk: byłej nomenklatury, legalnych "prywaciarzy" czasów komunizmu, szarej strefy (np. byłych cinkciarzy) i wreszcie ludzi, którzy mają za sobą doświadczenia z Zachodu: pracy, oszczędzania, przedsiębiorczości (zakładania własnych firm). Z tych czterech grup tylko większość przedsiębiorców ostatniej grupy przyswoiła sobie zapewne w znacznej mierze zachodnie standardy solidności (mocno zresztą tam nadwerężone...). W innych grupach takie jednostki są ewidentnie w mniejszości.

Takie są realia i nasze preferencje nie mają tu wielkiego znaczenia. Mało tego, odwracają uwagę od dynamiki zjawiska. Rzadko bowiem przyswaja się doświadczenia kapitalistycznej gospodarki rynkowej, które wskazują, że poziom etyki biznesu, przedsiębiorców i menedżerów nie jest czymś niezmiennym. Użyję najprostszego przykładu: niezbyt uczciwy handlowiec z szarej strefy, sprzedający ze "szczęk’’, łóżka polowego czy bagażnika swego samochodu, który jako "Firma Krzak" sprzedaje jakąś przeterminowaną, zleżałą tandetę, a następnie zmienia miejsce pobytu, aby uciec przed nabranymi klientami, sam stanie się uważnym kontrolerem jakości sprzedawanych w swoim sklepie towarów po tym, jak dorobi się owego sklepu (tzn. kupi go czy wydzierżawi). Wie bowiem doskonale, że raz oszukany klient następnym razem zrobi zakupy u konkurenta, a on sam - po zainwestowaniu w sklep - nie może już umknąć z dnia na dzień.

Będzie to uczciwość wymuszona, ale będzie. Z czasem ów przykładowy handlowiec przekona się zapewne, że na dłuższą metę uczciwość popłaca, i przekaże tę prawdę swoim dzieciom, które przyjmą to już nie jak coś zewnętrznego, narzuconego, ale przeciwnie: zinternalizują ją w procesie wychowania. Powyższa dynamika wynika z faktu, że w odróżnieniu od socjalizmu (obojętne: realnego czy utopijnego) w kapitalizmie struktura bodźców materialnych jest pozytywnie skorelowana z uczciwością.

Oczywiście, dobrze byłoby, ażeby większość naszych ludzi biznesu wykazywała charakterystyczne dla tradycyjnego kapitalizmu cechy etyczne; "koszty uzyskania" - używając terminologii z księgowości - byłyby wtedy niższe. Ale tak nie jest i "koszty uzyskania" wyłaniającego się systemu są znacznie większe. Tyle że jeśli instytucjonalne jego cechy nie zostaną zniekształcone, to istnieje nadzieja, że koszty te będą się zmniejszać.

2. Jestem przeciwnikiem odpowiedzialności zbiorowej, stąd nie widzę żadnej odpowiedzialności biznesu en bloc. Przedsiębiorcy i menedżerowie (tam, gdzie właściciele nie pełnią już funkcji menedżerskich) odpowiadają za pomyślność własnych lub zarządzanych przez nich firm. Rolą państwa jest stworzenie takich warunków instytucjonalnych, aby nie dławiły one przedsiębiorczości i innowacyjności, a rolą polityki gospodarczej państwa - aby nie stwarzała zniekształconej struktury bodźców, która zniechęcałaby do eksportu dóbr i usług. Jeśli te warunki zostaną stworzone (a w wyniku wzrostu protekcjonizmu i w ogóle osłabienia dyscypliny rynkowej jesteśmy od nich bardziej odlegli, niż byliśmy np. w 1991), to można patrzeć optymistycznie w przyszłość, gdyż podtrzymamy wzorzec większości krajów średnio rozwiniętych po wstąpieniu do EWG/UE, tzn. ponadprzeciętnie wysoki wzrost gospodarczy vis-a-vis głównych krajów tego ugrupowania i zmniejszanie dystanu ekonomicznego do unijnej średniej.

3. Jak podkreśliłem w odpowiedzi na pierwsze z pytań ankiety, poziom etyczny w gospodarce, obojętne czy ludzi biznesu, wolnych zawodów, "białych kołnierzyków" czy robotników, jest - z wielu powodów - bardzo niski. Ponieważ głównym (choć nie jedynym!) powodem jest odziedziczona po komunizmie demoralizacja, więc też upływ czasu pod rządami wyłaniającej się kapitalistycznej gospodarki rynkowej działać będzie zdecydowanie korzystnie. Kapitalizm sprzyja etycznym zachowaniom nie tylko ludzi biznesu, ale i wszystkich innych. Powolny proces ponownego wiązania płacy z pracą, rewolucja w zakresie związku wykształcenia i w ogóle kwalifikacji z płacą już zrobiły swoje. Zmiana podejścia do roli wykształcenia, wzrost dyscypliny studiów, pracowitość młodych wykształconych - nie zdemoralizowanych przez komunizm - ludzi po wejściu na rynek pracy, to wszystko zjawiska nowe, korygujące odziedziczone deformacje.

Na marginesie jedynie zaznaczę zjawisko, które warte jest być może odrębnej dyskusji. Otóż z moich wypowiedzi dotychczasowych wynika coś odwrotnego od założeń tkwiących implicite w pytaniach ankiety. Mianowicie wynika z nich, że w Polsce i innych krajach postkomunistycznych to kapitalistyczna gospodarka rynkowa umacnia moralność, a nie moralność umacnia kapitalizm. Oczywiście, dobrze byłoby, gdyby istniała również zależność odwrotna. Mielibyśmy wówczas kapitalizm o niskich "kosztach uzyskania", jak w przeszłości wszędzie na Zachodzie, a obecnie jeszcze w kilku krajach tego regionu cywilizacyjnego. Ale tak nie jest i dlatego uważam, że wymuszone przez wyłaniający się system etyczne zachowania będą wpływać na poprawę poziomu etycznego społeczeństwa (w sposób określony powyżej) w większym stopniu aniżeli nauki wypływające z systemów etycznych świeckich lub religijnych. Z ułomności natury ludzkiej wynika bowiem, że jeśli zasady etyki poddane były długotrwałej korozji, proces ponownego przyswajania porzuconych wcześniej norm zachodzi wolniej gdy nie istnieje presja struktury bodźców materialnych, zachęcających do etycznych zachowań.

4. W duszpasterstwie Kościoła problemy gospodarcze nie są brane pod uwagę w dostatecznym stopniu, na co składają się przede wszystkim ujawnione preferencje Kościoła w sprawach życia społecznego. Bardzo trudno zajmować pozytywne stanowisko wobec systemu gospodarczego tworzącego bogactwo znacznie skuteczniej niż wszystkie znane nam systemy gospodarcze w historii ludzkości (nawet jeśli jest to system wymuszający etyczne zachowania), a jednocześnie grzmieć na konsumeryzm, pogoń za dobrami doczesnymi itd. Ponadto istnieje też tzw. problem agendy. Brakować może czasu na pogłębioną refleksję na tematy zachowań w gospodarce, w tym również elementarnej uczciwości, gdy większość rozważań i publicznych wystąpień koncentruje się tylko na jednym spośród dziesięciu przykazań...


JAN WINIECKI, profesor i kierownik Katedry Międzynarodowego Handlu i Finansów na Uniwersytecie Europejskim - Viadrina we Frankfurcie n.O.

 



CZY MUSZĘ OSZUKIWAĆ?

Pytanie o wzór osobowy polskiego biznesmena wydaje mi się źle postawione. Czy "wzór osobowy" należy rozumieć jako wzór do naśladowania, wzór idealny, czy też po prostu jako przykład sprawnego działania? Z punktu widzenia drobnego przedsiębiorcy - a takich jest dziewięćdziesiąt procent - zasady etyczne i normy religijne generalnie przeszkadzają w zarabianiu pieniędzy. Patrzę na tę sprawę bardzo praktycznie i napotykam takie problemy codziennie. Kontrakty, umowy, wzajemne rozliczenia itp. zmuszają do myślenia w kategoriach wygrany-przegrany. W takiej sytuacji automatycznie starasz się nagiąć rzeczywistość, podbarwić jej obraz, żeby wygrać, żeby w przyszłości zająć lepszą pozycję, żeby pokonać konkurencję. Bardzo blisko jest się wtedy granicy kłamstwa i oszustwa.

Oczywiście, w biznesie występuje też układ wygrany-wygrany, ale zdarza się to nieczęsto.

Uważam, że współczesny biznesmen musi mieć umiejętności czysto profesjonalne, gdyż w przeciwnym przypadku nie ma szans wobec rosnącej konkurencji, a byłoby ze wszech miar pożądane, by zechciał czerpać wzorce z tradycji i religii. Tu jednak też pojawia się pewien kłopot: ostatnio zawieram wiele kontraktów w Azerbejdżanie i przekonuję się, że pojęcie uczciwości oraz tradycja handlu są tam odmienne od naszych.

Czy stan prawa i sposób funkcjonowania organów państwowych skłania do łamania norm moralnych? Zacząłem pracować w swojej firmie w roku 1988. Wtedy naprawdę było ciężko pracować ze względu na dużo większą ilość koncesji, licencji, zezwoleń. Wyraźnie dawał się odczuć układ MY-ONI. Moralnie łatwiej było oszukiwać państwo. Dla nas, tj. małych przedsiębiorców, reprezentantem państwa są głównie urzędy skarbowe, to z nimi się stykamy, spieramy itd. Do dziś większość urzędników postrzega każdego przedsiębiorcę jako nieuczciwego naciągacza. Nakłada się na to duża ilość zmieniających się przepisów, z których wiele interpretowanych jest na różne sposoby (dziewięćdziesiąt procent na korzyść urzędu skarbowego). To zaczyna w końcu złościć i daje argumenty za oszukiwaniem. Dla mnie momentem przełomowym była decyzja ministra Osiatyńskiego o utrzymaniu na wcześniejszym poziomie kwot do opodatkowania. "Mój" rząd złamał umowę ze mną, w sposób jawny tłumacząc się, że potrzebne są mu pieniądze. Mnie też są potrzebne.

Potem nadeszły rządy koalicji SLD-PSL. Nagle zaczęła zwiększać się ilość koncesji, firmy "ustawione" politycznie zaczęły dostawać lepsze kontrakty. To również ułatwia rozgrzeszanie siebie z naciągania prawa i oszustw.

Problemy gospodarcze zaczynają być dostrzegane przez duszpasterzy. Nie spotkałem jeszcze duszpasterstwa dla przedsiębiorców, ale znam grupy, w których są oni licznie reprezentowani i problemy nas dotyczące poruszane są samorzutnie. Myślę, że duchowni mają trudności z przygotowaniem wspólnego programu duszpasterskiego dla wszystkich biznesmenów. Stanowią oni bowiem jedną z bardziej zróżnicowanych intelektualnie grup, mają zawsze zbyt mało czasu, zwykle są w głębi duszy lekko pyszni i wynoszą się nad innych z powodu sukcesu materialnego. To jednak tylko dodatkowy powód, aby Kościół objął tę grupę swoją pracą wychowawczą.

(Nazwisko i adres Autora znane redakcji)



 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: demokracja ekonomia oszustwo moralność etyka gospodarka wolny rynek biznes liberalizm podatki przedsiębiorca przedsiębiorstwo biznesmen pracodawca pracownik uczciwość fiskus zarządzanie podatek