reklama

Wiara wymaga działania

Idea pokoju ma swoje źródło w religii. Dlatego religie nie mogą być dwuznaczne lub letnie w tej kwestii; muszą się stać pionierami pokojowych działań, mówi Marco Impagliazzo, przewodniczący wspólnoty Sant' Egidio

Wspólnota Sant'Egidio od 1968 r. angażuje się w działanie na rzecz pokoju, pojednania między narodami i wspierania ubogich. Od 6 lat współorganizuje korytarze humanitarne. O tym, czym one są, kogo ratują i dlaczego nie są dla nas zagrożeniem, opowiada Marco Impagliazzo, przewodniczący Sant'Egidio, w rozmowie z ks. Jarosławem Grabowskim.

Ks. Jarosław Grabowski: W tym roku w dniach 6-7 października modlitwę o pokój poprowadził papież Franciszek w Koloseum. Jak można dziś skonkretyzować wysiłki na rzecz pokoju na świecie?

Marco Impagliazzo: Wszystko zawdzięczamy niezwykłej intuicji św. Jana Pawła II, który tłumaczył całemu światu, że idea pokoju ma swoje źródło w religii, bo pokój jest darem Boga. Dlatego religie nie mogą być dwuznaczne lub letnie w tej kwestii; muszą się stać pionierami pokojowych działań, bo mają to w swoim DNA. Trzeba dawać światu wspólne świadectwo troski o pokój. Spotkania w „duchu Asyżu”, gdy w imię pokoju gromadzą się światowi przywódcy religijni, niosą przesłanie nadziei. Widzisz nie uzbrojonych ludzi, którzy walczą ze sobą od wieków, ale osoby modlące się o pokój w różnych miejscach — każda w swojej tradycji.

O pokoju dużo się mówi, ale tylko nieliczni rozumieją jego znaczenie...

Wydaje się, że obecnie słowo „pokój” nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Ataki z 11 września 2001 r. wywołały całą serię reakcji. Przede wszystkim utwierdziły w przekonaniu, że tylko wojna może rozwiązać kwestię terroryzmu i wielu sytuacji konfliktowych na świecie. Po upadku muru berlińskiego i odzyskaniu wolności przez państwa Europy Wschodniej nastąpił moment wielkiej euforii. Wydawało się, że świat wkroczył w okres dłuższego pokoju. Po II wojnie światowej pojawiła się idea „nigdy więcej wojny”, o co apelował papież Paweł VI na forum ONZ. Niestety, na początku XXI wieku, który rozpoczął się pamiętnymi atakami terrorystycznymi, zwyciężyła idea, że to wojna, a nie pokój czy dialog, jest jedynym sposobem rozwiązywania problemów. A przecież jest wręcz odwrotnie. Podam przykład: 20-letnia wojna w Afganistanie. Talibowie, którzy zostali wypędzeni, teraz powrócili, a życie straciło wiele tysięcy ludzi. Zginęło tam 7 tys. amerykańskich żołnierzy, a 30 tys. popełniło samobójstwo po powrocie z misji w Afganistanie. Takie są dramatyczne konsekwencje wojny. W naszej Wspólnocie Sant'Egidio mawiamy, że wojna jest matką wszelkiego ubóstwa. W takiej sytuacji dialog na temat pokoju musi się stać bardziej konkretny. Musi być mniej teoretyzowania i retoryki. Stąd idea wprowadzenia zasadniczej zmiany w naszej mentalności, tak by dialog stał się podstawowym narzędziem rozwiązywania konfliktów w społeczeństwach czy między narodami.

W czym więc tkwi problem z dialogiem?

W tym, że wojna bazuje na broni. Jak mówi papież Franciszek, produkcja broni i handel nią rozwijają się w zastraszającym tempie; choćby po upadku Związku Radzieckiego w światowy obieg weszła ogromna ilość broni. Jaki z tego wniosek? Taki, że wojna to biznes, pokój natomiast nim nie jest. My chcemy pokazać, że jest odwrotnie — że w pokoju społeczeństwa się rozwijają i bogacą. Dowodem na to jest historia pokoju w Mozambiku. Mimo współpracy międzynarodowej, wysyłania pomocy — wszystko szło z dymem z powodu toczącej się tam wojny. Tylko pokój zagwarantował pomyślność Mozambikowi, który dziś jest krajem wysoko rozwiniętym — choć na północy panuje islamski terroryzm. Musimy zrozumieć, że pokój jest wart zachodu i wszelkich wysiłków.

Pokój nie jest zatem utopią...

Oczywiście, że nie jest utopią! Jest wielką szansą, instrumentem wzrostu i postępu, pomaga rozwijać społeczeństwa, sprawia, że powiększa się bogactwo. Pokój to wygrana dla wszystkich w myśl zasady „win-win”: wygrywają zarówno ten, kto wprowadza pokój, jak i ten, kto cieszy się pokojem.

Czym są korytarze humanitarne, które Wspólnota Sant'Egidio tak mocno promuje?

Korytarze humanitarne powstały po raz pierwszy przed 6 laty dzięki porozumieniu władz Republiki Włoskiej, Wspólnoty Sant'Egidio i Kościołów chrześcijańskich. Są programem bezpiecznego i legalnego przesiedlania ludzi, którzy uciekają od wojny do Europy, a następnie ich włączania w życie społeczne danego kraju przy aktywnym udziale organizacji humanitarnych, samorządów, parafii i rodzin. Korytarze humanitarne ratują osoby, które nie mają niczego — ani mieszkania, ani pracy, często nawet — jak w przypadku dzieci — ojca i matki. Chodzi o uczynek miłosierdzia, o niesienie pomocy osobom, które są zmuszone szukać miejsca do życia poza swoim krajem z uwagi na to, że ich domy zostały zburzone i ich życie jest zagrożone. Zaczęło się to od Syryjczyków, którzy uciekali od wojny i strasznych warunków panujących w obozach dla uchodźców. W Libanie mieszkali w plastikowych namiotach, w których zimą jest bardzo mroźno, a latem bardzo gorąco. My, Europejczycy, żyjemy w dobrobycie — owszem, mamy swoje problemy, ale nie możemy z ich powodu odrzucać wartości humanitarnych. Mają one bowiem swoje źródło w naszej historii oraz wartościach chrześcijańskich, które leżą u podstaw istnienia Europy. Trzeba jednak jasno wytłumaczyć: korytarze humanitarne nie oznaczają, że otwieramy drzwi dla wszystkich...

... tak jak to zrobiła kanclerz Angela Merkel.

Otwieramy drzwi tylko dla tych, którzy nie mają niczego, bo wszystko stracili.

Ale żeby wiedzieć, komu te drzwi otworzyć, musimy znać historię człowieka, który chce do nas przybyć...

W przypadku korytarzy humanitarnych doskonale wiemy, kim są osoby, które przyjmujemy — istnieje ścisła współpraca między odpowiednimi służbami. Chodzi o ratowanie ludzkiego życia — każdego życia, do czego zobowiązuje nas wiara chrześcijańska.

To prawda, wiara, aby miała realny wpływ na nasze życie, wymaga działania. Dlatego polskim rozwiązaniem jest udzielanie pomocy potrzebującym na miejscu — np. w odbudowie domu. Mamy więc alternatywę dla korytarzy humanitarnych...

Dlaczego mamy stwarzać tę alternatywę? Przecież można działać na dwa fronty. Wy chcecie pomagać uchodźcom na miejscu, tam, skąd pochodzą — okej. A co w przypadku osób, które już wyemigrowały, np. Syryjczyków? Rozważmy to dobrze. Jeśli uciekam z kraju, to mam ku temu bardzo poważne powody. Nie zostawiam swojego domu z banalnej przyczyny. Swój dom w Syrii może będę mógł odbudować za 10 lat, ale teraz trwa tam wojna, która zaczęła się 9 lat temu. Osoby, które uciekły, są uznawane za wrogów przez reżim Baszara al-Asada i nie mogą powrócić do kraju. Z Afganistanu uciekają wszystkie mniejszości, bo grozi im śmierć z rąk talibów. W jaki sposób można pomóc tym ludziom na miejscu? Chyba że chodzi o pomoc w umieraniu, w czymś w rodzaju eutanazji czy wręcz w zabójstwie. Hazarowie, którzy wyznają islam szyicki, uciekają z Afganistanu — jeśli tego nie zrobią, talibowie ich zabiją. Im nie można mówić, żeby wrócili do swoich domów! Powtarzam: korytarze humanitarne pomagają osobom, które nie mogą wrócić do swojego kraju. Trzeba wyraźnie odróżnić „nie mogą” od „nie chcą”. Ci ludzie nie mogą wrócić. Sytuacja ta dotyczy także Afgańczyków.

„Nasz niespokojny świat potrzebuje wyraźnego znaku jedności między chrześcijanami, świadectwa wzajemnego szacunku, a zwłaszcza braterstwa między nami” — powiedział Franciszek. Jak w świecie zdominowanym przez skomplikowane prawa zrozumieć braterstwo? Czy pragnienie braterstwa nie jest marzeniem?

Zacznę od pandemii COVID-19. Mogę się uchronić przed zarażeniem tylko pod warunkiem, że działam razem z innymi. Bo jeżeli ja się zaszczepię, a druga osoba nie, jeżeli ja będę przestrzegać zasad sanitarnych, a ktoś obok już nie — to nie uchroni się nikt. Braterstwo polega na widzeniu w drugiej osobie brata, z którym można patrzeć w przyszłość, wspólnie budować świat, który pomoże przezwyciężyć kryzysy zachodzące obecnie w świecie. Pandemia pokazała, jak niewiele można zdziałać w pojedynkę. To, co powiedział papież, jest doskonałe. Tylko razem możemy pokonać pandemię i dlatego trzeba się jednoczyć, trzeba się dzielić dobrocią. Uwierzyliśmy, że możemy być zdrowi w chorym świecie. Chorym, ponieważ klimat jest zdestabilizowany — sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Życie w pojedynkę jest niemożliwe. Dlatego tak ważna jest kwestia braterstwa nie tylko między pojedynczymi ludźmi, ale także między narodami. Inaczej bowiem nie będzie ratunku dla świata.

Franciszek bardzo docenia Wasze wieloletnie działanie na rzecz pokoju i dialogu międzyreligijnego. Jakie będzie Wasze zaangażowanie w synod o synodalności, który ma być, w zamyśle Ojca Świętego, także doświadczeniem dialogu i współpracy z wyznawcami innych religii i niewierzącymi?

Jest to bardzo szerokie pole do współpracy. Jednym z pierwszych doświadczeń jest modlitwa o pokój w „duchu Asyżu”. Prowadzimy też konkretne działania lokalne. Wspomniane korytarze humanitarne są też doświadczeniem ekumenicznym, bo organizujemy je razem z włoskimi protestantami. Nasi współbracia w Belgii robią to samo we współpracy z muzułmanami czy żydami. Cieszę się, że papież Franciszek wystąpił z ideą synodu. Kościół potrzebuje nie tylko wsłuchać się w swoich członków, ale także musi rozeznać otaczającą rzeczywistość. Jeśli będziemy rozmawiać tylko między sobą, to synod będzie niepełny. Oczekujemy na działanie Ducha świętego w Kościele.

Jakie ważne inicjatywy zamierza podejmować wspólnota w najbliższym czasie?

Pierwszą, najważniejszą inicjatywą są korytarze humanitarne i przyjmowanie uchodźców. Druga inicjatywa to zmiana sposobu podejścia, przynajmniej na Zachodzie, do opieki nad seniorami. Trzeba zrobić wszystko, by osoby starsze mogły zostać we własnych domach, a ograniczyć działalność domów opieki społecznej czy spokojnej starości. Potrzebne są więc zmiany w systemie opieki lekarskiej, tak by mogła być ona świadczona w domu pacjenta. To przywróci tym starszym ludziom godność oraz połączy pokolenia, o co od dawna apeluje papież. Nasza trzecia inicjatywa dotyczy Afryki. Koncentrujemy się na zapewnieniu powszechnej dostępności do opieki medycznej i do edukacji oraz na ochronie praw człowieka.

Oznacza to, że rzymska Wspólnota Sant'Egidio staje się coraz bardziej międzynarodowa...

Tak, to prawda. Ale nasza siedziba niezmiennie jest w Rzymie, na Zatybrzu.

Marco Impagliazzo - profesor zwyczajny historii współczesnej na Uniwersytecie Roma Tre. Jest jednym z czwórki dzieci Dina i Fernandy. Jego ojciec — Dino Impagliazzo (zm. w lipcu 2021 r.), nazywany „kucharzem ubogich”, założył stowarzyszenie RomAmoR, które zajmuje się dożywianiem bezdomnych i biednych ludzi na ulicach Rzymu. Jest członkiem Watykańskiej Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia oraz World History Academy. Obecnie zajmuje się szeroko zakrojonymi badaniami zjawisk migracyjnych we współczesnej epoce.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Tu możesz nas wesprzeć

Darowizna

reklama

Pekao