Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


KRZYSZTOF ZANUSSI

Robię swoje



Skoro kilka osób mówi ci, że jesteś pijany, to — choćbyś nie pił — lepiej idź do łóżka. Tak mówi praktyczne przysłowie, akcentując, że nasze subiektywne przekonanie nie zawsze pokrywa się z obiektywną percepcją naszych działań. Nie mam problemów alkoholowych, ale pamiętam to przysłowie, bo wiem, że stosuje się ono do różnych ludzkich działań. Kiedy czytam w przeciągu miesiąca dwie krytyczne uwagi dotyczące moich felietonów wychodzące spod piór znakomitych, to rozumiem, że muszę przemyśleć dalsze postępowanie. Krytyczne uwagi dotyczą tego, że zbyt często pisuję o swoich podróżach. Ostrze samej krytyki sięga faktu, że podróżuję zbyt często, a jeśli już taki fakt ma miejsce, to dyskretniej byłoby o tym zmilczeć. Tak przynajmniej sugerują zgodnie wybitna feministka i nie mniej wybitny krytyk muzyczny, który dał dowody niezależności swych poglądów, surowo sądząc kompozytorów uznanych i chwaląc tych, którzy nie są grywani.

W czasach, kiedy w szkole wbijano nam w głowę, że żegluga jest pożyteczna (Navigare necesse est), trudno było wyrwać się z kraju i każdy wyjazd za granicę miał smak owocu zakazanego. Ci, którym pozwalano na podróże, ekscytowali nas później relacjami ze swoich przeżyć i do dziś pamiętam emocje przy lekturze „Dwóch łyków Ameryki” Putramenta czy nieco chyba wcześniejszej „Podróży na Zachód”, którą barwnie opisywał Zygmunt Kałużyński. Oba dzieła nie grzeszyły wcale ani obiektywizmem, ani też rzetelnością, ale sprawiały radość przy lekturze, bo można się było z nich dowiedzieć, co się dzieje po drugiej stronie ciężkiej, żelaznej kurtyny.

Dziś jeżdżą wszyscy, którzy zechcą i mają trochę inicjatywy, jeżdżą mając pieniądze albo ich nie mając. Tych ostatnich spotykam przede wszystkim w Indiach, do których trafiam już po raz czwarty w przeciągu kilku miesięcy (a czeka mnie jeszcze w tym miesiącu Bangladesz, który też geograficznie stanowi jedność z Indiami). Czy wolno mi dzielić się odrobiną wrażeń, nie raniąc uczuć tych, którzy świadomie wybrali inny tryb życia i — jak sądzę — nie lubią samej myśli, że inni się przemieszczają? Pytam oczywiście retorycznie, bo przypuszczam, że rozdrażnienie moich dostojnych oponentów budzi cała moja osoba, a nie fakt, że pisuję o podróżach. Faktu, że kogoś drażnię, nie powinienem lekceważyć, a tym bardziej go prowokować, ale czasem odnoszę wrażenie, że źródło rozdrażnienia jest niezależne ode mnie i wtedy niewiele mam już do zrobienia poza tym, że powinienem robić swoje.

Tak więc znów Indie. Delhi w styczniu chłodne nocą, ciepłe za dnia. Wielu ludzi śpiących na ulicach zawija się w kołdry, ogrzewa przy ogniskach. Budzi w nas, Europejczykach, poczucie winy, jako że nie idziemy śladem świętego Marcina i nie dzielimy się płaszczem ani nawet zawartością konta, godząc się z nierównością, choćbyśmy w słowach chcieli się z nią nie zgadzać. Obyci w miejscowych realiach ludzie wskazują, że ci śpiący na ulicy mają się wcale nie najgorzej, oni bowiem najczęściej w pobliżu mają pracę. Najgłębsza nędza nie jest na widoku, kryje się przed okiem przechodnia.

Wygłaszam w Indiach odczyt ilustrowany filmami. Mówię o śmierci w sztuce, szczególnie sztuce filmowej, i zderzam się z jedną z najgłębszych różnic w zapatrywaniu na życie, jaka dzieli kulturę Zachodu od tego, co czują Indusi. Zaglądam w wolnych chwilach do parku nad rzeką, gdzie codziennie płoną stosy ze zwłokami zamożniejszych mieszkańców stolicy. Widok makabryczny dla Europejczyka nie budzi tu żywych emocji, ale ból po odejściu kogoś bliskiego jest niezmienny, choćby towarzyszyła mu wiara, że zmarły znalazł się już po jakiejś lepszej stronie kurtyny, którą jest śmierć.

 

Bywam w Indiach dosyć regularnie, przynajmniej raz do roku, od czasu, gdy w połowie lat siedemdziesiątych zaproszono mnie po raz pierwszy do udziału w jury festiwalu, odbywającego się w Delhi. Patronowała mu czynnie ówczesna premier pani Gandhi, która — jak wielu ludzi jej pokolenia — uczestniczyła za młodu w ruchu klubów filmowych i autentycznie kochała moją trzynastą i najmłodszą muzę. Pamiętam, że ówcześni goście festiwalu byli kilkakrotnie przyjmowani w pałacu pani premier i mieliśmy okazję rozmawiać z nią o wszystkim poza bieżącą polityką, bo tego tematu miała dosyć. Myślę dzisiaj, ilu ludzi związanych ze sztuką odgrywa jakąś większą rolę w polityce. Włochy poza premierem mają byłego krytyka filmowego, który był wicepremierem, a obecnie jest merem Rzymu. W Indiach, w Kalkucie, były krytyk filmowy Bhattacha Rjee jest premierem stanowego rządu, czemu zawdzięczam szczególny honor, jaki mnie spotkał jesienią, kiedy pokazywałem tam „Suplement”. Były krytyk wyróżnił mnie wśród gości festiwalu, przydzielając mi na cztery dni pobytu osobistą eskortę wojskową, która woziła mnie, jeżdżąc na sygnale, najczęściej pod prąd, po ulicach z rozdzielonymi kierunkami ruchu. O zakupach nie mogło być mowy, bo eskorta sześciu uzbrojonych ludzi wpędzała sprzedawców sklepowych w przerażenie i tradycyjne targowanie mogło się przerodzić w rabunek. Mimo gorących próśb z mojej strony, eskorty nie udało się usunąć i towarzyszyła mi aż do lotniska. Zanotowałem całe to wydarzenie w kategoriach kolejnej anegdoty, którą dzielę się z państwem bezinteresownie, nic z niej bowiem nie wynika poza tym, że zbyteczne honory bywają utrapieniem, a są zwykle efektem przypadku albo jakiegoś nieporozumienia. Mój premier stanowy, skądinąd komunista ze zreformowanej partii marksistowskiej, zapamiętał mnie z czasu, kiedy spieraliśmy się publicznie o Lenina i jego naukę. Było to zaledwie trzy czy też cztery lata temu, a wydaje się, że to są już zamierzchłe czasy, kiedy żyły ideologiczne spory. Dziś zastąpiły je nie lepsze spory w tonacji narodowo-religijno-fundamentalistycznej. Nie jestem w nich partnerem, pochodząc z innej cywilizacji niż indyjska, ale podejrzewam, że to właśnie od nas dotarł do Indii ton nietolerancji i narodowej bigoterii. Od nas, to znaczy z Europy, która swe dawne choroby przenosi niezamierzenie na kraje niegdyś zależne, takie jak perła w brytyjskiej koronie, niegdyś słynąca spokojnym współżyciem różnych wiar, kultur i narodów.

 

opr. mg/mg


 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć film podróże Indie nietolerancja niezależność Delhi stos poglądy klub filmowy swoje zdanie