Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Niewolnik

Przyznałem się publicznie do lęków przeżywanych przed podróżą w rejony konfliktu między Indiami i Pakistanem i teraz, po szczęśliwym powrocie, muszę te lęki uzasadnić. (Gdyby miały się okazać nieuzasadnione, wyszedłbym na tchórza). Nie widziałem siatek maskujących, które wiszą na Taj Mahlu, ale odczułem niewygody w związku z tym, że przestrzeń powietrzna nad Pakistanem jest zamknięta i trzeba latać naokoło, co dodaje blisko dwie godziny podróży i zakłóca wszelkie połączenia. Dawniej z Bombaju do Europy leciało się przez Delhi, teraz odwrotnie — z Delhi leci się przez Bombaj i dalej, nad Arabią Saudyjską i Iranem. Dla samolotów Pakistanu niedostępne są przeloty nad Indiami, więc prezydent, lecąc z Islamabadu do Katmandu, musiał wybrać drogę przez Pekin (tak podają to zdarzenie Hindusi). W prasie indyjskiej pełno wiadomości o zakupie lotniskowca z Rosji i umowach na zakup samolotów, a wśród znajomych usłyszałem, że dzięki posiadaniu własnej bomby atomowej ich kraj poczuł swoje znaczenie (Pakistańczycy pewnie twierdzą to samo).

W ramach poprawiania samopoczucia w Indiach zmieniono w ostatnich latach cały szereg nazw geograficznych i popełniam polityczną niepoprawność, pisząc Bombaj, Kalkuta, Madras czy Trivandrum, bo te miasta mają nowe nazwy, wolne od kolonialnej spuścizny. Szydercy wprawdzie twierdzą, że w ferworze narodowych uczuć popełniono znowu filologiczne błędy, ale nowe nazwy obowiązują na papierze, a cudzoziemcy, którzy z trudem uczyli się kiedyś geografii dalekiego subkontynentu, pozostają przy tym, co im zostało w pamięci, i zamiast Mumbai mówią Bombaj, na co zresztą — jak spostrzegłem — nikt specjalnie nie zwraca uwagi.

Jeżdżąc dosyć regularnie od kilkudziesięciu lat do Indii widzę, jak powoli języki lokalne zastępują angielski. Jednocześnie znajomy fizyk z Bombaju przekonuje mnie, że to dzięki znajomości angielskiego, jako pierwszego języka, Indie odgrywają taką rolę w matematyce i informatyce, jako że żaden z języków lokalnych nie uczy myślenia w ramach zasady niesprzeczności, na której Zachód oparł swoje cywilizacyjne zdobycze. Teza, którą usłyszałem po raz kolejny w Indiach, przypomniała mi dawne debaty, w których mój przyjaciel, indyjski katolik z Korali, przekonywał mnie, że wierzy w Chrystusa jako jedynego Boga, ale mu to całkiem nie przeszkadza czcić całego hinduistycznego panteonu. Jeden z indyjskich guru tłumaczył mi, że mądrości nie da się zamknąć w żadnym zdaniu niesprzecznym i to właśnie między sprzecznościami jest wszelka prawda o życiu. Zasada niesprzeczności pozwoliła zbudować lokomotywę i samolot, ale w sprawach szczęścia Zachód nie ma żadnych bezspornych osiągnięć, chyba że uznać za takie przezwyciężenie powszechnej nędzy i uciemiężenia człowieka. Ten, co w nędzy i uciemiężeniu jest szczęśliwy, patrzy na sukcesy Zachodu z ironią i powątpiewaniem.

Przed kilku laty ówczesny premier Indii, liberał nazwiskiem Rau, ironizował w Davos na temat ubezpieczeń socjalnych i zdrowotnych, które wydają się symbolem zachodniego stylu rozwiązywania problemów. W Indiach pomoc rodzinna i sąsiedzka działa często skuteczniej od naszych ubezpieczeń i ma niewątpliwą przewagę w wymiarze człowieczeństwa.

Indie, które spotkałem dwadzieścia parę lat temu, zadziwiały wyrozumiałością i tolerancją religijną. Paradoksalnie, pod wpływem Zachodu tolerancja paruje, a hinduistyczny fundamentalizm obraca się częściej przeciw chrześcijanom niźli muzułmanom. Wojownicze nastroje, których echo pobrzmiewa w dokumentalnych filmach, wydają się kalką czegoś, co dobrze znamy w Europie. Z Europy także (czy może ze Stanów) przypłynął postmodernizm — którego tezę usłyszałem w debacie o tym, czy kino i sztuka mogą nieść wartości uniwersalne. Postnowoczesna wiara wpisuje się nagle w nacjonalizm i wyraża się w tezie, że kultury są nieporównywalne, więc nie mają sensu międzynarodowe festiwale ani jury, któremu dane mi było przewodniczyć. Każda kultura musi być oceniana w swoich manifestacjach artystycznych we własnym gronie i przez swoich. Kiedy wyznałem nieśmiało, że trzygodzinny dokument (obsypany zresztą przez nas nagrodami) wydawał mi się meandryczny, usłyszałem, że jestem niewolnikiem mego zachodniego myślenia. A tymczasem ja byłem za, a tylko troszkę przeciw.

opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Polska Europa prawa człowieka polityka ekonomia media gospodarka Rosja natura świat Indie Chiny prawa natury globalizm Zanussi zależnosci Hindusi